szukaj
Histeria wokół CO2
Jeszcze w latach 70. wśród klimatologów panowało przekonanie, że zmierzamy dość szybkimi krokami ku kolejnej epoce lodowcowej.

Na początku XIX w., gdy odkryto rolę CO2 w procesie fotosyntezy, wydawało się, że wiemy już o tym gazie wszystko. Jednak w tym samym niemal czasie pojawiło się pierwsze pytanie: dlaczego zalewana promieniami słonecznymi Ziemia nie nagrzewa się do momentu, kiedy sama stanie się tak gorąca jak Słońce? Nie wiemy, dlaczego postawił je sobie akurat matematyk, genialny Jean Baptiste Fourier. Z jego obliczeń bilansu energii otrzymywanej ze Słońca i wypromieniowywanej przez planetę wynikało, że Ziemia powinna być zamarznięta na kość, utrzymując temperaturę 15 st. C poniżej zera. A więc – doszedł do wniosku – nie całe ciepło ziemskie ucieka w przestrzeń kosmiczną. Atmosfera, być może jakiś jej składnik, musi je zatrzymywać. Jak dach szklarni…

Nie drążył tego tematu. Na rolę dwutlenku węgla zwrócił dopiero uwagę na początku XX w. szwedzki chemik Svante Arrhenius, który nie bez satysfakcji odnotował, że znalazł sposób na poprawienie klimatu swojej chłodnej ojczyzny. Sugerował rodakom podwojenie spalania węgla – był bowiem przekonany, że wzrost obecności CO2 w powietrzu ociepli klimat. Nawiasem mówiąc, pół wieku później z podobnym pomysłem wystąpił słynny radziecki klimatolog Michaił Budyko, który chciał w ten sposób uwolnić Syberię od wiecznej zmarzliny.

Idea gazów szklarniowych i efektu cieplarnianego zadomawiała się powoli; jeszcze w podręcznikach akademickich lat 60. i 70. ubiegłego wieku był to temat zupełnie marginalny. Postulat pomiarów zawartości CO2 w wodzie oceanicznej i w powietrzu udało się wprowadzić, właściwie kuchennymi drzwiami, amerykańskim badaczom (Revelle i Suess) do programu Międzynarodowego Roku Geofizycznego. Przeprowadzono je po raz pierwszy w 1958 r. w dwóch miejscach – na Hawajach, w obserwatorium meteorologicznym na Mauna Loa oraz na Antarktydzie. Takie były narodziny wykresu znanego jako krzywa Keelinga (od nazwiska autora tych pomiarów), który dzisiaj jest koronnym dowodem na winę człowieka. Ale, o dziwo, przez lata nikt się tymi pomiarami nie interesował. Jeszcze w latach 70. wśród klimatologów panowało przekonanie, że zmierzamy dość szybkimi krokami ku kolejnej epoce lodowcowej. Jednak w kolejnych latach zainteresowanie efektem cieplarnianym zaczęło szybko narastać. Z analizy ciągów pomiarowych temperatury, a także z analizy rdzeni lodowych odwierconych na Grenlandii i na Antarktydzie wyłonił się obraz ocieplającej się planety z równoległym wzrostem stężenia dwutlenku węgla w atmosferze. Jednak spór o związek przyczynowo-skutkowy między tymi zjawiskami nie został jednoznacznie rozstrzygnięty.

W 1979 r. Światowa Konferencja Klimatyczna w Genewie nakreśliła program badań nad rolą gazów cieplarnianych i ocieplania się klimatu Ziemi. Wnioski z tych badań były na tyle niepokojące, że 9 lat później pod egidą Światowej Organizacji Meteorologicznej i Programu Środowiska Narodów Zjednoczonych powołano Międzyrządowy Zespół do spraw Zmiany Klimatu, słynny IPCC. Każdy kolejny raport IPCC (ogłaszane są mniej więcej co 5–6 lat, na razie ukazały się cztery), potwierdzając coraz szybsze tempo globalnego ocieplenia, jest coraz bliższy ostatecznego oskarżenia naszej cywilizacji o spowodowanie tego procesu.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj