szukaj
Debata o GMO: polemika dr hab. Katarzyny Lisowskiej
Publikacji naukowych, które wskazują na różne niepokojące efekty diety z GMO jest sporo i coraz ich więcej.
To jest pole zmodyfikowanej genetycznie kuklurydzy odpornej na wpływ szkodników. Czy chcemy takiej kukurydzy także w Polsce?
Peter Blanchard/Flickr CC by SA

To jest pole zmodyfikowanej genetycznie kuklurydzy odpornej na wpływ szkodników. Czy chcemy takiej kukurydzy także w Polsce?

Rozwój „superchwastów” w USA w latach 1999-2007.
http://www.weedscience.org/Summary/UspeciesMOA.asp?lstMOAID=12/Materiały prasowe

Rozwój „superchwastów” w USA w latach 1999-2007.

Zużycie glyfosatu rośnie wraz z przyrostem areału genetycznie modyfikowanych upraw typu odpornych na herbicyd (herbicide tolerant, HT). Źródło: www.foei.org
www.foei.org/Materiały prasowe

Zużycie glyfosatu rośnie wraz z przyrostem areału genetycznie modyfikowanych upraw typu odpornych na herbicyd (herbicide tolerant, HT). Źródło: www.foei.org

Areał upraw GMO w Europie maleje.
www.foei.org/Materiały prasowe

Areał upraw GMO w Europie maleje.

Czytaj także

Polemika z artykułem red. Marcina Rotkiewicza nadesłana przez Dr hab. Katarzynę Lisowską, biologa molekularnego. Polemikę publikujemy bez redakcyjnych skrótów i innych ingerencji. Poniżej zamieszczamy odpowiedź red. Marcina Rotkiewicza.

Polska jest krajem, w którym kwestia genetycznie zmodyfikowanych roślin uprawnych pozostaje wciąż nieuregulowana prawem. W związku z tym uprawy takie w Polsce już mamy, ale pozostają one poza wszelką kontrolą, nie wiadomo ile ich jest i gdzie są zlokalizowane i do jakich skupów trafiają zbiory z takich upraw. Projekt nowej ustawy o GMO utknął w sejmie, bez szans na uchwalenie przed końcem obecnej kadencji. Nieoczekiwane, problem wypłynął ponownie w lipcu, kiedy okazało się, że zapisy o uprawach GMO pojawiły się w… ustawie o nasiennictwie. Na nowo więc rozgorzała społeczna debata: konsumenci protestują, wspierają ich w tym organizacje ekologiczne. Naukowcy, jak zwykle – mają podzielone opinie, a politycy miotają się pomiędzy ramowym stanowiskiem rządu: „Polska dąży do tego, aby być krajem wolnym od GMO w zakresie rolnictwa”, a unijnymi przepisami, które nie ułatwiają wprowadzenia zakazów upraw GMO.

Rola mediów w sporze o GMO

W tym zamieszaniu aktywną rolę odgrywają media, które zazwyczaj prezentują czytelne sympatie - albo wobec przeciwników albo wobec zwolenników GMO. Wśród tytułów, które trzeba zaliczyć do zwolenników GMO jest i Polityka. W ostatnich artykułach redaktorów Solskiej i Rotkiewicza dominuje przekonanie, że dla Polski nie ma ucieczki od GMO w rolnictwie i w produkcji żywności. Dziś było mi dane odnieść się do artykułu Marcina Rotkiewicza, który ukazał się 5 września w portalu Polityka.pl, jednak kiedy próbowałam polemizować z wcześniejszym artykułem Joanny Solskiej o paszach GMO, redakcja Polityki odmówiła jej wydrukowania.  

Ujawnione niedawno przez demaskatorski portal Wikileaks depesze amerykańskie z ambasady w Warszawie pokazują, jak intensywne działania prowadzą urzędnicy amerykańscy, aby pozyskać w Polsce zwolenników GMO. Korespondent raportuje, że amerykańscy wysłannicy przejechali po Polsce 8 tys. kilometrów i odbyli dziesiątki spotkań z naukowcami, politykami i przedstawicielami mediów. Szczególnie zależało im, aby odsunąć w czasie zakaz stosowania pasz GMO – według ich oceny roczny import soi GMO z USA do Polski jest wart 100 mln USD, jest więc o co walczyć. Analizując postawy Polaków, Amerykanie uznali, że  aby skutecznie oddziaływać na opinię publiczną, trzeba przede wszystkim podkreślać, że rezygnacja z GMO może spowodować wzrost cen żywności. Drugi argument, który uznali za przydatny, to podkreślanie, że „GMO już jest”, przykładowo – właśnie w paszach, czy w lekach, a więc… żadne protesty już nie pomogą.

Znając kulisy amerykańskich działań, szczególnie istotne jest, aby dziennikarze piszący o GMO pozostawali poza wszelkimi podejrzeniami o uleganie takim wpływom. Aby nie powstawało wrażenie, że - nawet nieświadomie - uczestniczą w realizacji strategii marketingowej, która narodziła się w ambasadzie USA i służy amerykańskim, a nie polskim interesom. 

Kto protestuje?

Aby zamknąć moją polemikę w rozsądnych rozmiarach, siłą rzeczy mogę się odnieść jedynie do kilku wątków poruszonych w artykule red. Rotkiewicza. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że została w nim błędnie nakreślona linia demarkacyjna pomiędzy zwolennikami a przeciwnikami GMO – do pierwszych zostali zaliczeni naukowcy – wszyscy bez wyjątku, do drugiej zaś wyłącznie tzw. „zieloni”. Tymczasem sytuacja jest dużo bardziej złożona: jest wielu utytułowanych pracowników nauki, różnych specjalności, którzy wyrażają daleko posunięty sceptycyzm wobec zastosowań GMO w rolnictwie. Protest ma też przede wszystkim charakter obywatelski, konsumencki. Protestują także rolnicy świadomi problemów, jakie stwarzają uprawy GMO dla upraw tradycyjnych i ekologicznych. A wśród zwolenników mamy naukowców o czytelnych powiązaniach z przemysłem biotechnologicznym, którzy są uparcie przedstawiani jako „niezależni eksperci”, co oczywiście znakomicie wprowadza w błąd opinię publiczną.

Wspaniałe GMO?

Artykuł red. Rotkiewicza roztacza szerokie perspektywy wykorzystania różnych GMO. Oczywiście nie mogło zabraknąć sztandarowego przykładu insuliny produkowanej przez GM bakterie. Jest to argument o tyle nieistotny i demagogiczny, że debata, jaka obecnie trwa w Polsce dotyczy zastosowań GMO w rolnictwie i produkcji żywności, a nikt, jako żywo, nie protestuje przeciwko wykorzystaniu GMO przemyśle czy farmacji.

Z kolei większość zalet roślin GMO wymienionych przez Autora to głównie teoretyczne możliwości, których po prostu nie ma obecnie w uprawie. Zwraca na to uwagę  m.in. raport Amerykańskiej Akademii Nauk z 2010 r. (http://www.nationalacademies.org/includes/genengcrops.pdf) podsumowujący korzyści i zagrożenia związane z technologią GMO w rolnictwie, w którym czytamy, że jak dotąd, skomercjalizowano bardzo ograniczone spektrum modyfikacji genetycznych, praktycznie tylko odmiany wykazujące oporność na herbicyd i/lub zdolność syntezy toksyny Bt. Przemysł biotechnologiczny nie jest bowiem zainteresowany komercjalizacją innych GM odmian (takich jak odmiany oporne na suszę, zasolenie gleby, chłód, itp.) ze względu na ich „niedostateczny potencjał marketingowy” Również słynny „złoty ryż” wzbogacony w prowitaminę A, jest zaledwie w fazie badań – nie jest dopuszczony ani do uprawy, ani do spożycia. Ale bywa reklamowany jako cudowny środek, który „uratował miliony dzieci w Azji przed ślepotą z niedoboru wit. A”.

Red. Rotkiewicz próbuje również przekonywać, że rośliny wykorzystywane dziś w rolnictwie nie są „naturalne”. Jednak taka argumentacja kieruje dyskusję na boczne tory, które nie dotyczą tematu genetycznie modyfikowanych organizmów, tak jak je definiuje ustawa: „GMO to organizm, […] w którym materiał genetyczny został zmieniony w sposób nie zachodzący w warunkach naturalnych […], przy zastosowaniu metod niewystępujących w przyrodzie […]”. No i różnica polega także na tym, że te rzekomo „nienaturalne” nektarynki czy pszenżyto - nie są opatentowane, a odmiany GMO są „własnością intelektualną” koncernów, za co trzeba im słono płacić.

Czy cały świat zakochał się w GMO?

Red. Rotkiewicz przywołuje też raporty ISAAA dotyczące światowego areału upraw GMO. ISAAA to organizacja finansowana przez Monsanto i inne koncerny produkujące GMO, której celem jest propagowanie biotechnologii w rolnictwie. Nie jest to rzetelne źródło danych, ponieważ ISAAA raportuje tylko sukcesy przemysłu biotechnologicznego i nie podaje danych z Europy, gdzie tych sukcesów jest coraz mniej. Już osiem krajów UE: Francja, Niemcy, Luksemburg, Grecja, Austria, Węgry, Bułgaria i Włochy, wprowadziło zakazy upraw obydwu zalegalizowanych w Europie odmian GMO (kukurydza MON810 i ziemniak Amflora) lub tylko jednej z nich. Irlandia oraz Walia prawie w 100% objęte są strefą wolną od GMO, zaś Anglia w blisko 50%. W Szwajcarii obowiązuje moratorium na uprawy GMO wprowadzone w wyniku ogólnonarodowego referendum. Na przestrzeni lat 2008 – 2010 areał upraw GMO w Europie spadł o 23%. Oczywiście są to dane niewygodne dla lobby GMO, dlatego również na stronie internetowej czeskiego oddziału Monsanto do dzisiaj pokazywane są mapy Europy sprzed wprowadzenia zakazów Francję i Niemcy, na których areał GMO przedstawia się całkiem inaczej niż w rzeczywistości. O ile nieuczciwe działania marketingowe koncernu nie są godne pochwały, ale niespecjalnie dziwią jako częsta praktyka w biznesie, o tyle podawanie opinii publicznej jedynie jednostronnej i niepełnej informacji nie znajduje żadnego uzasadnienia.

Doskonale przebadane?

W artykule red. Rotkiewicza czytamy: „Każda nowa roślina transgeniczna jest przed wprowadzeniem na rynek dokładnie badana pod względem bezpieczeństwa dla ludzi i środowiska”, a Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) jest przedstawiany jako absolutny gwarant bezpieczeństwa żywności GMO dla zdrowia. To mylne przeświadczenie. Zarówno amerykańska FDA, jak i EFSA rzeczywiście bardzo rygorystycznie przestrzegają skomplikowanych i długotrwałych procedur wymaganych przy dopuszczaniu do obrotu leków i chemikaliów spożywczych, jednak zaskakująco liberalnie odnoszą się do badań dotyczących żywności pozyskanej ze upraw GMO. Autoryzacja odbywa się w oparciu o tzw. zasadę równoważności składnikowej (substantial equivalence, http://ncseonline.org/nle/crsreports/05jun/97-905.pdf). Według tej koncepcji, GM produkty są równoważne produktom konwencjonalnym i równie jak one bezpieczne. Zasada równoważności składnikowej została sformułowana przez gremia urzędnicze i polityczne i nie ma żadnego naukowego uzasadnienia. W praktyce, zasada ta zwalnia firmy biotechnologiczne z obowiązku wykonywania badań toksykologicznych i umożliwia szybką legislację produktów GMO. Warto także dodać, że ani FDA, ani EFSA nie prowadzą własnych badań nad bezpieczeństwem żywności GMO – one podejmują decyzje na podstawie danych dostarczonych przez firmy producenckie! Łatwo sobie wyobrazić, że producent, który stara się o rejestrację swoich produktów, nie pokaże danych, które mogłyby budzić jakiekolwiek wątpliwości. A dokładna lektura dokumentów EFSA takie wątpliwości rodzi. Podam tylko jeden przykład (http://www.efsa.europa.eu/en/efsajournal/doc/10.pdf ) – kukurydza 1507 firmy Pioneer ma cechę oporności na herbicyd, a więc jej uprawy są kilkakrotnie w sezonie wegetacyjnym opryskiwane nieobojętnym dla zdrowia środkiem chwastobójczym, którego pozostałości mogą być obecne w ziarnie. Jednak ocenę bezpieczeństwa zdrowotnego wykonano na ziarnie kukurydzy, która nie była opryskiwana herbicydem. EFSA nie zażądała od producenta badań na kukurydzy takiej, jaką będą jedli konsumenci (czyli opryskiwanej), tylko wydała pozytywną decyzję! A problemy naukowców, którzy chcieliby badań wpływ odmian GMO na środowisko, to osobny problem, który był przedmiotem dwóch artykułów redakcyjnych w takich czasopismach jak Nature Biotechnology http://www.emilywaltz.com/Biotech_crop_research_restrictions_Oct_2009.pdf czy Scientific American http://www.scientificamerican.com/article.cfm?id=do-seed-companies-control-gm-crop-research , które dokładnie opisywały perypetie badaczy – począwszy od niemożności uzyskania zgody na badania, a skończywszy na naciskach dotyczących ostatecznego kształtu publikacji i blokowaniu publikacji niewygodnych wyników.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+