Walki z Narodowym Funduszem Zdrowia - ciąg dalszy
Urzędnicy widzą potrójnie
Biurokraci z Narodowego Funduszu Zdrowia tworzą absurdalne reguły, które wpędzają szpitale w zadłużenie. Cierpią na tym specjalistyczne ośrodki, które dla wielu pacjentów są jedyną nadzieją na ratowanie zdrowia.
Piotr Socha/Polityka

15-letnia dziewczynka trafiła do Centrum Zdrowia Dziecka wprost z oddziału pediatrii w Giżycku. Była przytomna, lecz miała mnóstwo objawów wskazujących na podrażnienie opon mózgowo-rdzeniowych. Lekarze ocenili jej stan na „ogólnie średni”, tomografia potwierdziła krwotok do mózgu. Neurochirurdzy przystąpili do operacji – usunęli naczyniak z czaszki i patologiczne naczynia, które prawdopodobnie były przyczyną wylewu. Po kilku dniach stan dziecka niespodziewanie się pogorszył. Doszło do porażenia lewej połowy ciała, utraty przytomności i dziewczynka na ponad miesiąc trafiła na oddział intensywnej terapii.

Takich trudnych przypadków, z powikłaniami najcięższych chorób i wad wrodzonych, mamy w naszym szpitalu mnóstwo – mówi Jacek Graliński, dyrektor ds. klinicznych Centrum Zdrowia Dziecka. W końcu po to jest ten szpital, by wykonywać w nim zabiegi, których nie można przeprowadzić w placówkach powiatowych. Po to tu zgromadzono najwyższej klasy sprzęt i zatrudniono najlepszych lekarzy. Inne instytuty i kliniki wysokospecjalistyczne mają zbliżoną funkcję: skupiać się na przypadkach najtrudniejszych. Niestety nie mogą liczyć na sprawiedliwą zapłatę.

Koszty leczenia i pobytu w Centrum Zdrowia Dziecka pacjentki z Giżycka wyniosły prawie 87 tys. zł. Narodowy Fundusz Zdrowia zapłacił szpitalowi za tę pacjentkę niespełna 36,5 tys.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną