Ginące pasieki
Nieloty
Słynnym powiedzeniem, powtarzanym do znudzenia, że zaraz po tym, jak wymrą pszczoły, podobny los spotka ludzi, jakoś się nie przejęliśmy. Lepiej, żebyśmy się nie przekonali, czy na pewno jest prawdziwe.
Jerzy Kowalczyk, pszczelarz z warszawskich Siekierek. Dziś miejskie pszczoły mają się lepiej niż wiejskie.
Filip Springer/Polityka

Jerzy Kowalczyk, pszczelarz z warszawskich Siekierek. Dziś miejskie pszczoły mają się lepiej niż wiejskie.

Plaga. Zaciska ręce na kierownicy i mówi: – Jedziemy we trzech, bo wszyscy cierpimy przez tę plagę. W Wadowicach jest taki jeden rzeźbiarz, zamówiliśmy u niego figurę św. Ambrożego, patrona pszczelarzy. Postawimy go przy drodze, te ostatnie nasze pszczółki będą go sobie oblatywać. Bo już chyba tylko to nam zostało.

A potem dodaje gazu. Za oknami, jak okiem sięgnąć, żółto od kwitnącego rzepaku.

Z życia pszczół. W ulu panuje precyzyjny podział obowiązków. Jest królowa, są trutnie, są też młode pszczoły dbające o czystość i porządek. I pszczoły lotne, których zadaniem jest przynoszenie do ula pyłku, nektaru i wody. To one wystawione są na największe niebezpieczeństwo. Giną pierwsze, gdy w środowisku pojawi się szkodliwa dla nich substancja. Mimo to pełnią swoje obowiązki do samego końca. Bo ról społecznych w świecie pszczół jest dużo, ale nie ma wśród nich roli pszczoły-buntowniczki.

Osiem. Wchodząc do pasieki Tomasza Waloszka, trzeba patrzeć pod nogi. On sam też patrzy, właściwie cały czas. Rozmawia z kimś albo pije kawę, albo sprawdza coś w telefonie, ale cały czas jego wzrok dokładnie omiata trawnik przed ulami. Wypatruje tam niemrawych pszczół. Jest ich coraz więcej. Owady gramolą się niezdarnie w trawie, nie mają siły lecieć. Waloszek podnosi je wszystkie, nie umie się oprzeć.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj