Dlaczego Polacy najczęściej umierają na serce?
Serce – szkoła przeżycia
Doczekaliśmy się jednego z najlepszych w świecie systemów leczenia zawałów serca, a mimo to Polacy umierają najczęściej właśnie na choroby układu krążenia. Co trzeba poprawić?
Powody niemiarowego bicia serca może wyjaśnić badanie EKG, lecz nie uchodzi ono za standard w gabinetach lekarzy rodzinnych.
maurus/PantherMedia

Powody niemiarowego bicia serca może wyjaśnić badanie EKG, lecz nie uchodzi ono za standard w gabinetach lekarzy rodzinnych.

Z silnym bólem w klatce piersiowej nie można czekać i trzeba jak najszybciej wzywać pogotowie.
Tim Vernon/ LTH NHS Trust/Science Photo Library/EAST NEWS

Z silnym bólem w klatce piersiowej nie można czekać i trzeba jak najszybciej wzywać pogotowie.

Choć zawał serca leczy się dziś krótko, to wcale nie oznacza, że po powrocie do domu można przestać o siebie dbać.
Simon Murrell/BEW

Choć zawał serca leczy się dziś krótko, to wcale nie oznacza, że po powrocie do domu można przestać o siebie dbać.

Jeszcze 30 lat temu, aby przeżyć zawał serca, trzeba było mieć dużo szczęścia i silny organizm. Jeśli lekarzom powiodła się reanimacja, uratowany pacjent z reguły musiał przez miesiąc leżeć w łóżku, podawano mu tlen przez rurkę do nosa, heparynę, nitroglicerynę i potas w kroplówce. Dziś wygląda to zupełnie inaczej. Chory z zatkaną tętnicą w sercu trafia do tzw. pracowni hemodynamiki, gdzie lekarze rozpuszczają zakrzep, a następnie bez rozcinania klatki piersiowej, przez cewnik wkładany poprzez pachwinę, rozszerzają mechanicznie naczynie wieńcowe specjalnym balonikiem i wzmacniają je rusztowaniem nazywanym stentem. Zabieg trwa krótko, jest bezbolesny i po trzech dniach chory może wrócić do domu.

To, że przeżył, w dużej mierze zawdzięcza samemu sobie (jeśli zdążył wezwać pomoc) albo ludziom, którzy byli przy nim, gdy doszło do zatrzymania krążenia. W północnej Holandii od 5 lat doskonale sprawdza się system, w którym pierwszej pomocy przed przyjazdem pogotowia udziela 5 tys. przeszkolonych ochotników. Dyżury pełnią pod telefonem – na sygnał dyspozytora, do którego trafia wezwanie i który dzięki GPS namierza wolontariuszy znajdujących się w pobliżu poszkodowanego, natychmiast pędzą pod wskazany adres. Gdy potrzebny jest defibrylator – przenośne urządzenie przywracające sercu prawidłowy rytm – otrzymują esemesem jego najbliższą lokalizację i w ciągu 8 minut są już z tym aparatem na miejscu. Karetka zwykle dojeżdża po 15 minutach, więc czas udzielenia fachowej pomocy skrócono o połowę!

Zawał i co dalej?

Świat patrzy na ten holenderski przykład z podziwem, ale z nie mniejszym uznaniem odnosi się do naszej polskiej gęstej sieci całodobowych pracowni kardiologii inwazyjnej. To właśnie dzięki tym 143 ośrodkom mamy w Europie jedne z najlepszych wskaźników ratowania ofiar zawałów serca. A jednak w systemie – chwalonym na Europejskim Kongresie Kardiologicznym, który odbył się na początku września w Amsterdamie – nie brakuje rys. Bo skoro nie ma terytorialnych przeszkód, by dowozić chorych na angioplastykę najpóźniej w ciągu zalecanych 60 minut, to dlaczego docierają tam nieraz dopiero po 3 godzinach?

Inaczej niż w innych krajach wciąż kuleje u nas świadomość, że z silnym bólem w klatce piersiowej nie można czekać i trzeba jak najszybciej wzywać pogotowie – zauważa prof. Grzegorz Opolski, krajowy konsultant w dziedzinie kardiologii. Z dziwnych względów Polacy dzwonią po karetkę, gdy nie mogą dostać się do lekarza rodzinnego z grypą, natomiast gdy mają zawał serca, beztrosko liczą na to, że sam minie.

Drugi powód opóźnienia w udzielaniu specjalistycznej pomocy leży już po stronie systemu – niejednokrotnie pogotowie zostawia chorego w najbliższym szpitalu, z którym ma podpisany kontrakt – zamiast wieźć go prosto tam, gdzie jak najszybciej można udrożnić tętnicę. – Tak marnujemy potencjał, którego na świecie nam zazdroszczą – sumuje prof. Opolski.

Niewykorzystanych szans jest więcej, a źródła tego zjawiska tkwią w braku koordynacji opieki nad chorymi. Bo choć zawał serca leczy się dziś krótko, wcale nie oznacza, że po powrocie do domu można przestać o siebie dbać, odstawić leki, zapomnieć o tym, co się stało. Aby sukcesu nie zaprzepaścić, w ciągu dwóch tygodni po wyjściu ze szpitala pacjent powinien trafić na trzytygodniowy kurs rehabilitacji (obecnie korzysta z niej tylko co piąty chory), a w ciągu miesiąca zostać ponownie zbadany przez kardiologa, który na podstawie oceny zaawansowania choroby wieńcowej pozostawi go pod swoją opieką lub przekaże lekarzowi rodzinnemu.

Polskie Towarzystwo Kardiologiczne (PTK) przygotowało właśnie wytyczne, jak powinno się to odbywać. Do tej pory zasady przekazywania informacji o stanie zdrowia chorych między szpitalami, ambulatoriami a lekarzami rodzinnymi były niejasne, w związku z czym uratowani po zawale trafiają w czarną dziurę, a wielu z powodu kolejek i limitów ma wyznaczoną ponowną wizytę dopiero za 9 miesięcy. To rzutuje na zawstydzające wyniki: śmiertelność szpitalną z powodu ostrych zespołów wieńcowych udało się w ostatnich latach zredukować z 30 do 4,5 proc., ale w ciągu roku po zawale umiera 15 proc. uratowanych. Po czterech latach nie żyje już co trzeci!

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj