Gdzie leżą granice słowa i czy istnieje język idealny?
Tańczący z myślami
Rozmowa z prof. Bartoszem Brożkiem, filozofem z Uniwersytetu Jagiellońskiego, o ewolucji języka i intelektualnym bełkocie.
Język i świat mają coś wspólnego. Dzięki temu wypowiedzi językowe mogą być obrazem rzeczywistości. Tak sądził Ludwig Wittgenstein.
Hangoi Zhang/PantherMedia

Język i świat mają coś wspólnego. Dzięki temu wypowiedzi językowe mogą być obrazem rzeczywistości. Tak sądził Ludwig Wittgenstein.

Mirosław Gryń/Polityka

Prof. Bartosz Brożek - kognitywista, filozof i prawnik z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Paweł Ulatowski

Prof. Bartosz Brożek - kognitywista, filozof i prawnik z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

[Wywiad ukazał się w POLITYCE 25 marca 2014 roku]

Marcin Rotkiewicz: – Zastanawialiśmy się, czy ten wywiad mógłby odbyć się przez Skype’a.
Prof. Bartosz Brożek: – Ale zdecydował się pan przyjechać do Krakowa.

Bo lektura pańskiej najnowszej książki „Granice interpretacji” przekonała mnie jeszcze bardziej, że nawet gdybym zadał panu dokładnie te same pytania za pośrednictwem komputera, to nasza rozmowa byłaby inna niż twarzą w twarz. Pewnie gorsza…
Zgadzam się. Tego typu różnice komunikacyjne są dla mnie najbardziej odczuwalne, kiedy mam rozmawiać przez telefon w innym języku niż polski. Głównie dlatego, że np. po angielsku dużo trudniej wyczuwam emocjonalne niuanse, a już szczególnie, gdy nie widzę rozmówcy. To bardzo stresujące doświadczenie.

W swojej książce dowodzi pan, jak głęboko język tkwi w naszej biologii i relacjach społecznych.
Bo nie jest on oderwanym od ciała systemem abstrakcyjnych reguł gramatycznych, semantycznych czy syntaktycznych. Wiemy to dziś bardzo dobrze, głównie dzięki rozwojowi m.in. badań nad mózgiem i biologii ewolucyjnej.

Przez wiele stuleci język nie cieszył się jakimś szczególnym zainteresowaniem filozofii.
Tak było właściwie do początków XX w. Wcześniej filozofowie zastanawiali się przede wszystkim nad tym, jak zbudowany jest świat i jak go poznajemy, a nie nad tym, jak o nim mówimy.

Niektórzy z nich próbowali jednak budować język idealny. Po co?
Były przynajmniej dwa takie projekty: w XIII w. autorstwa Rajmunda Lullusa i w XVII w. Gottfrieda Leibniza. Co ciekawe, motywacja obu tych filozofów była bardzo podobna. Lullus żył na Półwyspie Iberyjskim na pograniczu trzech kultur: chrześcijańskiej, żydowskiej i islamu. Chciał stworzyć idealny język, który pokaże, która z religii ma rację. Oczywiście zakładał, iż taki doskonały język dowiedzie prawdziwości chrześcijaństwa i utnie wszelkie spory. Leibniz natomiast chciał przede wszystkim godzić katolików z różnymi odłamami protestantyzmu.

Czym miał być ten idealny język?
Leibniz twierdził, że język naturalny, którym się posługujemy na co dzień, jest tak wieloznaczny i nieprecyzyjny, iż bardzo często przypominamy kłócących się przekupniów z bazaru. Konstruktorzy języków idealnych chcieli wyeliminować wszelkie niejasności i nieostrości, czyli m.in. tworzyć pojęcia, które nie pozostawią wątpliwości, co zostało powiedziane. Dzięki temu miano bez problemu oceniać, co jest prawdą, a co fałszem. Językiem tym miała być logika. A za jego sprawą – twierdził Leibniz – nawet najgłupszy osobnik bez trudu dostrzeże, co jest prawdziwe.

Pan podaje w swojej książce jeden z podstawowych powodów, dla których próby te były z góry skazane na niepowodzenie.
Argument przeciw językom idealnym zapożyczyłem od ks. prof. Michała Hellera. Mówi on, że język potoczny posiada tzw. strukturalną stabilność. Nie ma jej natomiast np. matematyka, która dla Leibniza była wzorem języka doskonałego. O co chodzi?

Otóż język, który nie ma żadnych niedoskonałości czy nieostrości, jest z punktu widzenia międzyludzkiej komunikacji kompletnie bezużyteczny. W mowie potocznej bowiem niewielkie zaburzenia, czyli np. jakiś błąd po stronie nadawcy komunikatu językowego, skutkują równie niewielkimi zaburzeniami po stronie odbiorcy. Wyobraźmy sobie jednak, że zadaję komuś wykonanie prostej operacji matematycznej, ale się mylę: zamiast „9” mówię lub piszę „3”. Albo zamiast „plus” omyłkowo wstawiam „minus”. Wówczas ten drobny błąd po mojej stronie skutkuje katastrofą po stronie odbiorcy, gdyż jemu wychodzi całkiem inny wynik niż mnie. Nawet wówczas, gdy dobrze rozumiał to, co mu przekazywałem.

Posługiwanie się takim idealnym językiem wymagałoby bardzo dużego skupienia, uwagi, precyzji, a zatem – ogromnych nakładów poznawczych, na które na co dzień nas nie stać. Paradoks polega więc na tym, że Lullus i Leibniz próbowali stworzyć języki służące komunikacji i rozstrzyganiu sporów religijnych, a w rzeczywistości budowali coś uniemożliwiającego skuteczne porozumiewanie się.

Ale za tę strukturalną stabilność płacimy niejasnością i wieloznacznością wypowiedzi, co też powoduje problemy komunikacyjne.
Oczywiście. Dlatego tak ważna w języku jest interpretacja, której poświęciłem sporo miejsca w swojej książce. I stąd jej tytuł: „Granice interpretacji”.

Czy idee Lullusa i Leibniza nie odżyły w pierwszej połowie XX w. wśród członków tzw. Koła Wiedeńskiego, czyli w grupie filozofów postulujących opieranie się na twardej empirii i opisywanie ludzkiej wiedzy precyzyjnym językiem matematyczno-logicznym? Za ojca chrzestnego tej grupy uważa się Ludwiga Wittgensteina, słynnego filozofa języka.
Niektórych członków Koła Wiedeńskiego rzeczywiście ciągnęło do koncepcji języka idealnego, ale nie Wittgensteina, choć miał na poglądy tej grupy ogromny wpływ. W swojej słynnej książce „Traktat logiczno-filozoficzny” próbował bowiem dokonać czegoś innego, choć zastrzegam, że trudno to streścić w kilku zdaniach: wyjaśnić mianowicie, jak to jest możliwe, że w ogóle potrafimy powiedzieć coś sensownego o świecie, a szczególnie że umie to robić nauka. Wittgenstein doszedł do wniosku, iż język i świat mają coś wspólnego, a tym czymś jest forma logiczna – dzięki temu wypowiedzi językowe mogą być „obrazem” rzeczywistości. Ale taki język nie nadaje się do ujmowania wielu istotnych dla człowieka sfer, m.in. moralności i uczuć. Dlatego Wittgenstein mówił, że niektóre rzeczy możemy w języku jedynie pokazać, ale nie powiedzieć. Tymczasem niektórzy członkowie Koła Wiedeńskiego wywiedli z tej doktryny inną tezę: że poza językiem nauki, w którym mówimy o świecie, jest tylko bełkot. To oczywisty absurd, który z czasem dostrzegli sami ci filozofowie.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj