Kwestionowanie sensowności szczepień stało się modne
Wielkie kłucie
Warto więc przypomnieć historię szczepień i wagę odkryć w tej dziedzinie.
Zacięta rywalizacja między naukowcami przyczyniła się do rozkwitu bakteriologii.
Stefano/Flickr CC by 2.0

Zacięta rywalizacja między naukowcami przyczyniła się do rozkwitu bakteriologii.

[Tekst został opublikowany 25 sierpnia 2015 roku w tygodniku POLITYKA]

Jest szczepionka na ebolę, stuprocentowo skuteczna! Jednozdaniowe komunikaty obiegły na początku sierpnia cały świat. Wywołały zainteresowanie nawet tam, gdzie nikt nigdy z powodu tego wirusa nie zachorował ani pewnie w przyszłości nie zachoruje. Ebola, jedna z gorączek krwotocznych wybuchających w Afryce, nie przenosi się drogą kropelkową, więc choć zakażenia są przeważnie śmiertelne, dość łatwo je kontrolować w krajach ze sprawnym systemem opieki medycznej. Potrzeba tylko odpowiedniej higieny i dyscypliny, o co akurat w krajach dręczonych biedą i wojnami najtrudniej.

A co potrzebne było naukowcom, aby zaledwie w ciągu 10 miesięcy uzyskać nową szczepionkę? Z pewnością trochę szczęścia. Na początku tego roku mało kto wierzył, że uda się zakończyć badania tak obiecującym wynikiem. Eksperymentalny preparat testowany w Gwinei zapewnił wysoką odporność na zakażenia i choć z czasem ta skuteczność pewnie spadnie, sukces powitano z ulgą. Podczas ostatniej epidemii eboli, która od 2014 r. ogarnęła zachodnią Afrykę, zmarło ponad 11 tys. ludzi. WHO deklaruje, że nowa broń w walce z tą zarazą pozwoli kontrolować jej wybuchy w przyszłości.

Hazardziści, szantażyści

Jeszcze 140 lat temu mało kto wierzył, że bakterie lub wirusy mogą być przyczyną chorób. Nie mógł się pogodzić z ich istnieniem nawet Rudolf Virchow, znakomity patolog zgłębiający podłoże rozmaitych schorzeń. „Czy ktoś widział w powietrzu ślady życia?” – wykpiwano teorię zarazków, a wśród wątpiących wielu było uznanych lekarzy. Wierzyli w fałszywy dogmat samoistnego powstawania chorób. Epidemie nie były oczywiście niczym niezwykłym – występowały częściej niż w naszych czasach – ale ich przyczyn upatrywano raczej w stanie gleby, zgniłym powietrzu, zjawiskach nadprzyrodzonych.

Ignacy Semmelweis, który jako pierwszy w 1847 r. powiązał gorączkę połogową z brudnymi rękami lekarzy (którzy w ten sposób przenosili bakterie z prosektorium na oddział rodzących kobiet), zmarł w szpitalu psychiatrycznym udręczony brakiem akceptacji dla swoich poglądów. Sam nie miał co prawda pojęcia o chorobotwórczych drobnoustrojach, ale czuł podświadomie to, czego inni w ogóle nie chcieli zrozumieć: że choroby mogą być związane z brakiem higieny.

Kilkanaście lat później był już o tym przekonany Ludwik Pasteur. W wieku 25 lat obronił doktorat z fizyki i był profesorem chemii na Uniwersytecie w Strasburgu, potem w Lille, a na końcu w Paryżu. Laureat odznaczeń państwowych, zdobywca nagród, członek francuskiej Akademii Nauk. Przy takim uznaniu brak wykształcenia medycznego, który wytykano mu odkąd zainteresował się bakteriologią, musiał go uwierać, ale w obecności medyków zawsze wypowiadał się uprzejmie i z szacunkiem: „Gdybym miał zaszczyt być chirurgiem, nigdy nie dotknąłbym ciała pacjenta jakimkolwiek instrumentem bez uprzedniego włożenia go do gotowanej wody”.

Pasteur obstawał przy swoich hipotezach nawet wtedy, gdy brakowało mu dowodów na ich poparcie. Bezwarunkowo wierzył w obecność niewidocznych zarazków i – nazywany przez żonę tyranem czystości – dawał przykład innym, jak się przed nimi chronić (nie znosił podawania ręki przy powitaniu, przed każdym posiłkiem starannie wycierał swój talerz, sztućce i kieliszek).

Z tej walki o antyseptykę i higienę mocno wtedy drwiono. Jednym z nielicznych po właściwej stronie był niemiecki lekarz i bakteriolog Robert Koch. W odróżnieniu od Pasteura był przykładem solidnego, wytrwałego badacza, który najpierw gromadził dowody, analizował i jedynie gdy miał absolutną pewność, ogłaszał swoją hipotezę. Ale z prowincjonalnego lekarza dopiero wyrastał na naukowca międzynarodowego formatu. Gdy służył w lazarecie podczas wojny francusko-pruskiej, przełożeni z uporem twierdzili, że zakażenia ran u żołnierzy nie są konsekwencją zgubnego działania bakterii, lecz wynikają z „wewnętrznych mechanizmów komórkowych”. Sprzeciwiał się tej koncepcji, ale niczego nie wskórał. Żyłkę badacza odkrył w sobie dopiero, gdy pracował w Wolsztynie. Do gabinetu, gdzie przyjmował pacjentów, wstawił mikroskop, pod którym oglądał niewidoczny dla innych świat.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj