Pofilozofuj z Jarkiem Makowskim. Lekcja druga: Cierpienie
Lekcja druga: Cierpienie
Ten, kto cierpi niesprawiedliwie, nie ma koloru skóry, nie przynależy do określonego wyznania i nie ma poglądów politycznych.
.
KŻ/Polityka

.

.
KŻ/Polityka

.

To jedna z najlepszych rzeczy, jaka może się dzisiaj przytrafić polskiej edukacji: filozofia wraca do szkół. Cieszy to tym bardziej, że trudno zliczyć, ile to razy w ostatnim czasie zapraszano nas na pogrzeb filozofii. Jeśli więc jesteś człowiekiem młodym, nie chcesz myśleć sztampowo i powtarzać utartych opinii, ale chcesz rozumieć świat w jego całej złożoności – musisz to zrobić. Podejmijmy razem tę intrygującą przygodę, jaka wiąże się z poznawaniem filozofii.

LEKCJA DRUGA: CIERPIENIE

1.

Cóż po filozofii, gdyby okazywała chłodną obojętność wobec spraw, które dzieją się wokół nas? Gdyby z intelektualnym chłodem przyglądała się wydarzeniom, które poruszają nas do szpiku kości? Filozofia, i na tym polega także jej wielkość, zawsze trzyma rękę na pulsie. Zawsze chce mówić o rzeczach, które nas dotykają. Do żywego.

Bo filozofowie – jak przekonywał wybitny niemiecki myśliciel Edmund Husserl – są, a przynajmniej być powinni, „funkcjonariuszami całej ludzkości”. A więc filozofowie nie mogą odwracać oczu od ludzkich dramatów, bólu, zamykając się w bibliotekach, żeby studiować opasłe dzieła poprzedników. Filozofowie, i tak Husserl rozumiał ich powołanie, ustalają bowiem wzorzec myślenia właściwy danej epoce.

Dlatego, choć dziś miałem pisać o myśleniu religijnym, postanowiłem, byśmy wspólnie zastanowili się nad kwestią cierpienia, które – za sprawą uchodźców – widzimy na każdym kroku. I od razu kłopot: już sam język ma tu problem, bo co to znaczy poddać analizie cudze cierpienie? Jakie dobrać słowa, żeby tego szczególnego i bolesnego doświadczenia, które jest nieprzekazywalne, nie banalizować?

2.

Żyjemy w dobie „społeczeństwa spektaklu”. Znaczy to tyle – co skrupulatnie odnotowuje amerykańska intelektualistka Susan Sontag w znakomitym eseju „Widok cudzego cierpienia”, który dziś ponownie przeczytałem – że każdą sytuację, każde wydarzenie trzeba zamienić w spektakl, by stał się on dla nas, odbiorców, rzeczywisty, a więc godny zobaczenia.

W nadmiarze newsów i obrazów godny przykuć naszą uwagę. Nie dziwi więc, że to nie słowo króluje, przemawia do nas ze zdwojoną siłą, ale obraz właśnie. Sontag pisze, że „fotografia jest jak cytat, jak maksyma albo przysłowie”. Dziś to głównie obrazy/fotografie mówią.

.
Flickr CC by 2.0

.

Czyż ta fotografia nie stała się właśnie takim cytatem, pokazującym nam grozę wojny w Syrii? Kto z nas, z ręką na sercu, siedząc w wygodnym fotelu, nie wzruszył się losem tych biednych ludzi, uciekających ze zniszczonego miasta? Czyż ten obraz, tak piękny w swym nieszczęściu, bo zarazem prawdziwy, nie przypomina nam analogicznych obrazów, które widzieliśmy w czasie pokazów filmów wojennych? Ale postawmy sprawę na ostrzu noża: co w nas wywołuje ten cytat-fotografia, gdy na niego patrzymy?

Z jednej strony dokonujemy estetyzacji cudzego cierpienia. Mówimy: „To zdjęcie, choć okrutne, pokazujące ból, jest piękne”. Pewnie już wisi, a jak nie, to za chwilę będziemy je mogli zobaczyć w naszych galeriach dokumentujących okrucieństwo syryjskiej wojny. Z drugiej strony – z racji tego, że uchodźcy byli jeszcze daleko od naszych granic – zdjęcie to nas poruszało. Sprawiało, że rodziło się w człowieku, szczególnie tym, który zobaczył je na monitorze swojego laptopa lub smartfona przy porannym espresso, współczucie. Mówiliśmy: „Każdy przyzwoity człowiek musi odczuć empatię, gdy widzi to zdjęcie”. Tyle że gdy ci sami uchodźcy pojawili się u naszych bram, współczucie powoli znika. Zdjęcie już nie budzi empatii, ale przerażenie.

Dlaczego? Ano dlatego, że – okazuje się – współczucie silnie jest skorelowane z geografią. Widok cudzego cierpienia budzi tym większe współczucie, im bardziej mamy świadomość, że cierpiący jest gdzieś daleko. Że z pewnością jego noga nie stanie na naszej ziemi, że nie zapuka do naszych drzwi. Śmierć współczucia i empatii następuje tym szybciej, im szybciej cierpiący uchodźca się do nas zbliża. To wtedy współczucie przeradza się najpierw w lęk przed obcym, a potem w nienawiść do niego. Cierpiący już nie jest cierpiącym z obrazka, budzącym empatię, ale cierpiącym z krwi i kości, który zagraża naszemu spokojowi, burzy dobre samopoczucie. Z bliźniego budzącego empatię, bo jest daleko, staje się obcy i groźny, gdyż niebezpiecznie się do nas zbliżył, pukając do drzwi.

3.

Ma rację niemiecki teolog katolicki Johann Baptist Metz, który w jednej z najważniejszych dla mnie książek „Teologia wobec cierpienia” pisze, że dla postawy chrześcijańskiej punktem odniesienia jest Jezus z Nazaretu, którego pierwsze spojrzenie wcale nie pada na ludzki grzech, jak moglibyśmy wnosić na podstawie niedzielnych kazań czy lektury biskupich listów, ale na cierpienie drugiego człowieka; ubogiego, głodnego, poniżonego… uchodźcy. Bóg, jeśli tylko potrafimy słuchać, nie milczy. Przemawia głosami cierpiących.

Dlaczego figura cierpiącego człowieka jest tak ważna? Bo ten, kto cierpi niesprawiedliwie, nie ma koloru skóry, nie przynależy do określonego wyznania i nie ma poglądów politycznych. Jest cierpiącym. Można powiedzieć: tym, co posiada, co stanowi o jego istocie, jest jego własne cierpienie. By to dojrzeć, nie trzeba kończyć najlepszych uniwersytetów, być pobożnym chrześcijaninem, muzułmaninem czy ateistą. Wystarczy otworzyć oczy!

I dlatego przed cierpiącym powinno się ugiąć każde kolano, zejść na ziemię każda filozofia i podporządkować się mu każda polityka. Tak oto rodzi się w tym pluralistycznym i zrelatywizowanym świecie nowy autorytet: „autorytet cierpiących”.

Można powiedzieć, że – jak notuje Metz – „autorytet cierpiącego” jest argumentem „słabym”. Nie da się zapewnić mu ani wsparcia hermeneutycznego, ani dyskursywnego, ani prawnego. Jedynie moralne. Dlatego ten „słaby” autorytet cierpiących, powie Metz, jest „jedynym uniwersalnym autorytetem, jaki pozostał nam jeszcze w naszym zglobalizowanym świecie. Jest on jednak w tym sensie »mocny«, że ani religijnie, ani kulturowo nie można go ominąć”. Widok cudzego cierpienia po prostu kłuje w oczy!

Dlatego człowiekowi cierpiącemu musi podporządkować się także rozum, i to z racji swej rozumności. Inaczej zredukowałby się do czystego instrumentalizmu i czystej funkcjonalności. Cóż nam bowiem po rozumie, który jest ślepy na krzyk ofiar i błagania cierpiących? Cóż nam po takim rozumie, który jest obojętny na ludzki ból? Czyż nie miał więc racji inny niemiecki myśliciel, Theodor W. Adorno, który mówił: „dać się wypowiedzieć cierpiącemu – oto warunek wszelkiej prawdy”?

Przyjmując tę prawdę, okazujesz współczucie. Odrzucając ją, zdradzasz obojętność. To jednak, jak zareagujesz na widok cudzego cierpienia, nic nie powie o cierpiącym, ale za to wszystko powie o Tobie.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj