Żywność Monszatana. Dlaczego GMO wciąż jest straszakiem?
O GMO pozytywnie wypowiedziało się prawie trzysta towarzystw naukowych.
freestocks.org/Unsplash

O GMO pozytywnie wypowiedziało się prawie trzysta towarzystw naukowych.

Okładka książki „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”
Wydawnictwo Czarne/mat. pr.

Okładka książki „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”

Próba odpowiedzi właśnie na to arcyciekawe pytanie rozrosła się do jednego z głównych wątków mojej książki „W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki”, która właśnie trafiła do księgarń. Otóż pięć lat temu postanowiłem zaczerpnąć informacji u samego źródła, czyli w organizacji Greenpeace. Zadałem szefowi jej polskiego oddziału pytanie, co dokładnie skłoniło jego organizację do rozpoczęcia walki z GMO. I otrzymałem następującą odpowiedź: apel grupy zaniepokojonych naukowców skierowany do mało znanej organizacji ekologistycznej Ecoropa. Nigdzie jednak tego dokumentu nie można było znaleźć – nawet w archiwach międzynarodowej centrali Greenpeace. Dlatego rosły we mnie wątpliwości, czy ów tajemniczy apel był rzeczywistą przyczyną rozpętania przez ekoaktywistów globalnej wojny z GMO. Jak się okazało, całkiem słusznie.

Tak naprawdę za atakiem na GMO stoją bowiem dwaj ludzie, którzy żadnego apelu nie wysyłali. Pierwszy z nich to amerykański aktywista Jeremy Rifkin. Człowiek bez przygotowania merytorycznego do wypowiadania się w kwestiach biologii czy rolnictwa (studiował ekonomię i stosunki międzynarodowe), za to obdarzony dużą charyzmą zawodowy lewicowy aktywista. W dodatku przekonany, iż jest niemalże renesansowym myślicielem, mogącym autorytatywnie wypowiadać się na różne tematy (wydał w sumie 22 książki).

Ostry atak na inżynierię genetyczną Rifkin przypuścił niedługo po jej pierwszych eksperymentalnych zastosowaniach, czyli w drugiej połowie lat 70. ubiegłego wieku. W sumie opublikował na ten temat trzy książki, w których rozwój tej nowej gałęzi nauki postrzegał jako śmiertelne zagrożenie, a szczególnie możliwości genetycznego ulepszania człowieka i innych organizmów żywych. W jego ocenie rośliny GMO miały pełnić funkcję klucza otwierającego bramy biotechnologicznego piekła, do którego zaprowadzi ludzkość i przyrodę zabawa naukowców genami.

Jedną z owych książek, zatytułowaną „Algeny”, świetny amerykański paleontolog i zoolog z Uniwersytetu Harvarda, Stephen Jay Gould, obszernie zrecenzował, nazywając m.in. „antyintelektualną propagandą udającą naukę” oraz stwierdzając, że chyba nigdy nie czytał tak tandetnej i pełnej błędów publikacji, której autor wchodzi w ideologiczny sojusz z kreacjonistami (Rifkin zaatakował bowiem teorię ewolucji Darwina). Zresztą nie tylko Gould miał o amerykańskim aktywiście krytyczne zdanie, co jednak nie zmieniło entuzjastycznego odbioru przekonań Rifkina w niektórych środowiskach, zwłaszcza lewicowych. Przede wszystkim zaś jego poglądy stały się obowiązującym credo dla Greenpeace i innych organizacji ekologistycznych.

Do zawarcia sojuszu Rifkina i organizacji ekoaktywistów zapewne by nie doszło, gdyby nie druga bardzo ważna dla tej historii postać – niemiecki anarchista i były poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia Zielonych, Benedikt Härlin. A spotkał się on z Rifkinem przypadkowo w 1986 r. w Waszyngtonie. Härlin też nie miał wykształcenia związanego z biologią (nie ukończył żadnych wyższych studiów), ale zaczął głęboko wierzyć w przesłanie Amerykanina na temat biotechnologii.

GMO jak Smoleńsk

W książce „W królestwie Monszatana” opisuję, co działo się później – jak Härlin wstąpił do Greenpeace i przekonał kierownictwo organizacji, by ruszyło na wojnę z GMO oraz sam poprowadził pierwsze ataki na nową technologię. Jak ogromną rolę odegrał w tej całej historii kolejny przypadek – epidemia tzw. choroby szalonych krów, która pojawiła się w Wielkiej Brytanii, i choć nie miała nic wspólnego z modyfikacją genetyczną roślin, zmieniła postrzeganie tej technologii w Europie.

Niebagatelną rolę odegrało również przystąpienie do sojuszu anty-GMO producentów tzw. żywności ekologicznej, którzy m.in. dostrzegli wielką szansę promocji swoich produktów i dzięki temu stali się największymi beneficjentami walki z biotechnologią rolniczą. Z Greenpeace zaczęli również współpracować nieliczni naukowcy, kwestionujący bezpieczeństwo roślin GMO za pomocą medialnych, ale nierzetelnych badań. Podobne zjawisko obserwujemy od kilku lat w Polsce w związku z katastrofą prezydenckiego tupolewa w Smoleńsku. Narodziła się bowiem u nas tzw. nauka smoleńska, czyli skrzyknęła się grupa rozmaitych badaczy, usiłujących dowieść – wbrew faktom i swoim kompetencjom – że zwykła katastrofa lotnicza tak naprawdę była zamachem. Jej udało się przekonać tylko część Polaków. Natomiast potężny sojusz anty-GMO potrafił nastraszyć większość Europejczyków i mieszkańców innych kontynentów.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj