Wiek Wiki
Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej nudnego od encyklopedii. Tymczasem to właśnie pomysł Denisa Diderota i d'Alemberta, by spisać wiedzę, był jednym z impulsów Rewolucji Francuskiej. Jimmy Wales, inicjator Wikipedii – internetowej encyklopedii XXI w., nie ma wątpliwości, że jego dzieło też wyda rewolucyjne owoce.

Każdy, kto korzysta z Internetu, zna Wikipedię. A dla sieciowych abstynentów, w największym skrócie: to encyklopedia tworzona przez ochotników z całego świata, którzy w wolnym czasie dopisują, redagują i ulepszają kolejne hasła. Wikipedia jest dostępna bezpłatnie dla każdego, więcej – każdy może skopiować zawarte w niej treści pod warunkiem, że utwór, w którym chce je wykorzystać, będzie udostępniony na tych samych otwartych zasadach jak cała Wikipedia.

Efekty? Wales wylicza: – Ponad pięć milionów haseł, najobszerniejsza jest wersja angielskojęzyczna, z ponad milionem haseł. Edycja polska – to właśnie na jej piąte urodziny przyjechałem do Warszawy – zbliża się do trzystu tysięcy haseł. Ustępuje wydaniu angielskiemu, niemieckiemu oraz francuskiemu, ale polscy wikipedyści są bardzo aktywni i na początku przyszłego roku prawdopodobnie prześcigną Francuzów.

Witryna edycji angielskiej cieszy się większą popularnością wśród internautów niż strony internetowe CNN i BBC razem wzięte. W Polsce Wikipedia jest w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych witryn. Kto kryje się za tym ruchem? Formalnie fundacja Wikimedia, zatrudniająca pięć osób. Koszt jej działania wyniósł w ubiegłym roku zaledwie 750 tys. dol., potrzebnych na kupienie miejsca na serwerach i łączy od operatorów telekomunikacyjnych. W istocie jednak Wikipedia to wielki ruch społeczny, angażujący tysiące ochotników pracujących just for fun. Określenia tego użył przed laty Fin Linus Torvalds, współtwórca systemu operacyjnego GNU/Linux, tworzonego analogicznie jak Wikipedia przez pracujących za darmo programistów-ochotników z całego świata. Choć nikt nie chciał początkowo wierzyć w sukces pomysłu Torvaldsa, zainicjowany w 1991 r. projekt zbiorowego tworzenia oprogramowania komputerowego sprawdził się doskonale. Wtedy, w roku rozpadu Związku Sowieckiego, pomysł, by coś robić za darmo i rozdawać to ludziom, pachniał komunizmem.

Na hasło „Programiści wszystkich krajów łączcie się!” zamiast nowego Związku Radzieckiego powstał wielki ruch społeczny zdolny do tworzenia bardzo realnej wartości: oprogramowania pracującego na milionach komputerów i obsługującego większą część ruchu internetowego.

W czasie, gdy świat zaczynał poznawać system GNU/Linux i ruch wolnego oprogramowania, Amerykanin Jimmy Wales zajmował się biznesem – obracał na rynkach finansowych opcjami, co przyniosło mu niezłą fortunę. Chwile wolne poświęcał na zgłębianie filozofii. W pewnym momencie zainspirowany sukcesami Torvaldsa i jego kolegów stwierdził, że zarobił wystarczająco dużo, by spróbować czegoś nowego. Na miarę Linuksa, ale w innej dziedzinie.

Przyzwyczailiśmy się, że wiedza, której symbolem jest encyklopedia, to domena ekspertów. Stopnie naukowe, tytuły honorowe i członkostwo w towarzystwach naukowych oraz akademiach mają gwarantować, że legitymujący się nimi ekspert jest godny zaufania – może przygotować artykuł w encyklopedii lub czasopiśmie naukowym. Zaufanie to jest ograniczone, poddawane rygorystycznej weryfikacji przez redaktorów i recenzentów.

Początkowo, w 2000 r., Wales wraz ze swoim współpracownikiem Larrym Sangerem próbował połączyć podejście eksperckie z duchem wolnego oprogramowania. Tak miała powstać Nupedia, encyklopedia sieciowa tworzona, podobnie jak Linux, w Internecie przez uznanych fachowców-ochotników. Niestety, płynął czas i pieniądze, a zasoby nie powiększały się (w ciągu 18 miesięcy powstało tylko 12 haseł).

– Nupedii brakowało fanu, zabawy – proces tworzenia artykułów był zbyt sformalizowany, żmudny i biurokratyczny – wyjaśnia Wales.

Okazało się jednak, że wystarczy otworzyć projekt dla wszystkich, nie pytając o naukowe referencje. Pięć milionów haseł w pięć lat? Coś takiego nie śniło się nawet filozofom.

Sukces koncepcji Walesa i Sangera nie wszystkich jednak przekonuje. Jeden z redaktorów Encyclopaedia Britannica stwierdził, że korzystanie z Wikipedii przypomina wizytę w publicznej toalecie – nie wiadomo, kto był w niej przed nami. Sarkastyczna uwaga odnosi się do procesu tworzenia haseł: potencjalnie każdy może dokonać poprawek w wikipedycznych hasłach. Czasami więc pojawiają się też akty wandalizmu, efektem których są celowe zniekształcenia treści.

– Największą naszą wpadką była tzw. sprawa Siegenthalera z jesieni ub.r. – wspomina Wales. John Siegenthaler, dziennikarz i asystent Roberta Kennedy’ego, dowiedział się z Wikipedii, że był zaangażowany w zabójstwo braci Kennedych. – Media z lubością wytykały nam błąd, zarzucając, że jesteśmy śmietnikiem. Rezultat jest jednak taki, że od czasu afery Siegenthalera i ataku tradycyjnych mediów popularność Wikipedii gwałtownie wzrosła.

Na pomoc Walesowi przyszedł tygodnik naukowy „Nature”. Zamówił on badania porównujące jakość artykułów z Wikipedii i z Britanniki. Okazało się, że owszem, w encyklopedii internetowej jest nieco więcej błędów niż w tradycyjnym, wzorcowym kompendium. Przy okazji wyszło na jaw, że Britannica, mimo wszelkich rygorów eksperckiego procesu redakcyjnego, również nie jest nieomylna. Jak również to, że w Wikipedii, mimo tworzenia jej na zasadzie pospolitego ruszenia, wcale nie panuje chaos, lecz tworzy się subtelna hierarchiczna struktura twórców i redaktorów, zapewniająca skuteczną, społeczną kontrolę nad jakością publikowanych treści.

Wales puentuje: – Metafora z toaletą nie jest zupełnie nietrafna. Czasami czysta, zadbana publiczna ubikacja jest tym, czego nam właśnie bardzo potrzeba. Z Wikipedii, podobnie jak z każdego źródła informacji, należy korzystać krytycznie. Świetnie się sprawdza, gdy potrzebujemy szybko czegoś się dowiedzieć. Nierozsądnie byłoby jednak opierać na niej rozprawę naukową.

Niemniej jednak inicjator internetowego ruchu encyklopedycznego woli odwoływać się do stwierdzenia innego redaktora Britanniki Charlesa van Dorena. W 1962 r. napisał on: „Idealna encyklopedia powinna być radykalna. Nie powinna być bezpieczna”. Na czym ma polegać ten radykalizm? Wales nie ma wątpliwości, że nie może on wynikać z radykalizmu artykułów publikowanych w Wikipedii, ale z procesu społecznego, jaki wyzwala encyklopedyczny projekt.

– Sensem Wikipedii jest dążenie, by każdy człowiek mógł mieć dostęp do całości wiedzy wytworzonej przez ludzkość – wyjaśnia. – Chiny na przykład blokują dostęp do Wikipedii.

Imetoda tworzenia Wikipedii jest radykalna. Przeciwstawia mądrość tłumu kultowi eksperta. W sytuacji, gdy każdy z każdym na całym świecie może się łatwo komunikować, a najnowsze technologie ułatwiają nie tylko wymianę zdań, ale także gromadzenie doświadczeń, okazuje się często, że najlepszy nawet ekspert dysponuje mniejszą wiedzą niż rzesza skomunikowanych amatorów.

Czy w takim razie powinniśmy spodziewać się powolnego zaniku tradycyjnych form tworzenia i przekazywania wiedzy, jak eksperckie encyklopedie i wydawnictwa?

– Do niedawna tak myślałem – wyznaje twórca Wikipedii. – Dziś jednak uważam, że jest miejsce dla wszystkich. Britannica ciągle robi doskonałą robotę.

Mimo tej łaskawości dla konkurentów postawę Walesa krytykuje Larry Sanger. Po rozstaniu się przed laty z Walesem próbuje dziś w ramach projektu Citizendium pogodzić oba światy i stworzyć encyklopedię ludowo-ekspercką. Pospolite ruszenie hobbystów ma tworzyć zasoby wiedzy, nad którą jednak będą czuwać eksperci.

– Nie wyobrażam sobie, po co i jak można wprowadzić ekspercki typ kontroli do tak wielkiego projektu jak Wikipedia – zastanawia się sceptycznie Wales. – Ale witam każdą nową inicjatywę, bo może ona wzbogacić wszystkich, przynajmniej tak długo, jak długo stosuje się do reguł Wiki.

Wikipedia jest tylko najbardziej spektakularnym przejawem fenomenu Wiki. Oprócz lokalnych edycji ogólnej encyklopedii na całym świecie powstają setki mniejszych projektów gromadzących specjalistyczną wiedzę. Na przykład fani programu Muppet Show stworzyli Muppet Wiki, która zgromadziła ponad 10 tys. haseł o wszystkich aspektach życia sympatycznych kukiełek. To jednak nie wszystko. Zgodnie z regułami zgromadzoną wiedzę można swobodnie kopiować i wklejać do innych projektów, np. do głównej encyklopedii. Można też tłumaczyć hasła na inne języki.

– Ekspertów-amatorów nie brakuje, trzeba im tylko dać narzędzie, by chcieli wymieniać się swoją wiedzą – wyjaśnia Wales. – Dlatego właśnie zdecydowałem się na utworzenie w Poznaniu centrum badawczo-rozwojowego, którego zadaniem będzie opracowywanie oprogramowania jak najbardziej przyjaznego dla twórców Wiki. Dlaczego centrum powstanie właśnie w Polsce? – Odpowiedź jest prosta – macie doskonałych informatyków.

Kim jest Jimmy Wales? Współczesnym Diderotem? A może niebezpiecznym populistą niszczącym z rewolucyjnym zapałem podstawy cywilizacji naukowo-technicznej, korzystając w tym celu z jej osiągnięć? Krytycy – tradycjonaliści – przekonują, że Wikipedia promuje junk science (śmieciową naukę) i podważa autorytet nauki oficjalnej, która przez kilkaset lat rozwoju wypracowała sprawdzoną metodę dochodzenia do prawdy i rzetelnej wiedzy.

Coraz trudniej być tradycjonalistą. Bo można nie zwracać uwagi, gdy tygodnik „Time” tytułuje Walesa jednym z najbardziej wpływowych współczesnych myślicieli. Można też wzruszyć ramionami na pełen uznania raport o Wikipedii w renomowanym miesięczniku „The Atlantic”. Co jednak robić, gdy dezercji dopuszcza się niekwestionowany stróż integralności nauki – „Nature”, jeden z najbardziej szanowanych magazynów naukowych?

„Nature” zdecydowało się latem br. na rozpoczęcie niezwykłego eksperymentu. Zgłaszane do magazynu artykuły naukowe są publikowane w sieci, a internauci mogą wyrażać swoje opinie o nich (pod warunkiem, że się podpiszą). Tym samym do procesu recenzenckiego, obok zatrudnionych przez redakcję ekspertów-uczonych (tzw. system peer review), podobnie jak w Wikipedii, zaproszeni zostali ochotnicy.

Eksperyment jest elementem debaty nad wpływem, jaki mają nowe technologie, zwłaszcza Internet, na sprawdzone i uświęcone tradycją metody tworzenia wiedzy. Czy rzeczywiście są one nienaruszalne i gwarantują najwyższą rzetelność? „Nature” zasługuje na uznanie za odwagę, ale z drugiej strony nie ma wyjścia i musi eksperymentować. Coraz więcej uczonych dostrzega, że globalna sieć stwarza im szansę na ominięcie wydawniczego establishmentu. Liczba internetowych czasopism naukowych rośnie, a część zyskuje wysokie uznanie.

Co będzie za 5–10 lat? Jimmy Wales odpowiada skromnie: – Jestem w tym świecie tylko cieślą, nie architektem. Na pewno jednak trend, który ujawnił siłę wynikającą ze współpracy jednostek, będzie się rozwijał. W tej chwili z Internetu korzysta miliard ludzi. Wyobraźmy sobie, co się będzie działo, gdy do sieci włączy się kolejny miliard. To będzie prawdziwa rewolucja.

 

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj