Pogoda oszalała
Koło Łęczycy huraganowy wiatr zerwał dach przygniatając nim śmiertelniekobietę. Komunikaty z frontu,tym razem atmosferycznego, otwierają wszystkie najważniejsze wiadomościradiowe i telewizyjne. Co się dzieje? Pogoda zwariowała?

Meteorolodzy tłumaczą, że nad Polską zderzyłysię dwie masy powietrza o różnicy temperatur sięgającej 20 stopniCelsjusza. Nawet jak na nasz kapryśny klimat (jak na ironię zwanyumiarkowanym) to bardzo dużo. Co prawda w ciągu lata jest u nas średnio20 do 30 dni deszczowych i burzowych, ale rzadko zdarza się taka seriai podobna intensywność opadów.

To dopiero przedsmak efektu cieplarnianego – twierdzą media powołującsię na opinie części klimatologów. Teoria efektu cieplarnianegodowodzi, że atmosfera ziemska działa niczym folia w szklarni – dobrzeprzepuszcza promienie słoneczne, gorzej wypuszcza ciepło na zewnątrz.Gdyby Ziemia była pozbawiona atmosfery, średnia temperatura napowierzchni naszej planety wynosiłaby minus 18 st. C. Tymczasem osiągaplus 15 st. C.

Problem jednak zaczyna się – jak twierdzi spora część naukowców – kiedydo atmosfery dostaje się coraz więcej dwutlenku węgla i metanu. Gazy tesprawiają, że atmosfera staje się jeszcze bardziej szczelna dla ciepłauciekającego z Ziemi, w rezultacie rośnie ogólnie temperatura. Jeślinie ograniczymy emisji szkodliwych gazów przemysłowych – czeka światponura przyszłość: upały, stepowienie żyznych terenów, topnienie lodówi podniesienie się poziomu mórz i oceanów o kilkadziesiąt centymetrów.Wiele wysepek zniknie z mapy świata, a takie kraje jak Holandia skurcząsię o kilka procent. Cieplejsza pogoda sprawi – już sprawia – że będziewięcej sztormów, burz i huraganów, bezpowrotnie zniknie wiele gatunkówzwierząt, szerzyć się będą ciepłolubne choroby w rodzaju malarii.Słowem: apokalipsa!

Ponad sto krajów przerażonych taką wizją podpisało w 1997 r. w Kioto ztrudem wynegocjowane porozumienie, w którym zobowiązują się do 2012 r.znacznie zmniejszyć (do 94,8 proc. światowego poziomu z 1990 r.) emisjęgazów cieplarnianych, zwłaszcza dwutlenku węgla. Skalę tych ograniczeńzróżnicowano dla poszczególnych krajów, przy czym łagodniejpotraktowano kraje rozwijające się. Protokół w Kioto podpisywaliprzedstawiciele administracji Clintona, teraz jego następca oświadczył,że Stany Zjednoczone tego porozumienia nie ratyfikują. Po pierwsze –amerykańskiej gospodarki nie stać teraz na takie wyrzeczenia i podrugie – nie ma pewności, że przyczyną zmian globalnego klimatu jestemisja dwutlenku węgla spowodowana rozwojem przemysłu i – ogólniemówiąc – cywilizacji.

Na Busha posypały się gromy z całego świata, zwłaszcza z Europy. Naczerwcowym szczycie w Göteborgu przywódcy państw Piętnastkipotwierdzili gotowość wypełnienia swoich zobowiązań wynikających zporozumienia z Kioto i obiecali szybko je ratyfikować. Umowa wejdzie wżycie, jeśli ratyfikują ją kraje emitujące 55 proc. dwutlenku węglaliczonego według poziomu w 1990 r.

O nieodrzucanie porozumienia apelują takie osobistości jak JimmyCarter, George Soros czy Michaił Gorbaczow. Amerykański prezydent nicsobie z tego nie robi. Zabił wszystkim ćwieka, który teraz usiłująwyjąć, a przynajmniej nadwerężyć politycy i klimatolodzy.

Na konferencji klimatycznej w Bonn, która w dniach 16–27 lipcazgromadziła przedstawicieli rządów 180 krajów, negocjowano nowe warunkirealizacji protokołu z Kioto. Poprzednia taka próba, w listopadzieubiegłego roku w Hadze, zakończyła się fiaskiem. Gdy piszemy te słowa –z Bonn wieje pesymizmem. Bush obiecał przedstawić nowe propozycje, aleamerykańska delegacja przyjechała do Niemiec z pustymi rękami. BiałyDom ograniczył się do wcześniejszego oświadczenia, że wyasygnuje120 mln dolarów na nowe badania, które mają uściślić związek międzyskładem chemicznym atmosfery (zwłaszcza CO2) a zmianami klimatu. Niechsię teraz głowią naukowcy.

Nie ma zgody

Uczeni zgodni są co do jednego: średnia temperatura na całym globiepodniosła się w ciągu minionego stulecia o 0,5 st. C. Nie są już jednakjednomyślni co do tego, czy ocieplenie trwać będzie nadal, a jeślinawet – to czy jego przyczyną jest tylko uprzemysłowienie świata. Częśćklimatologów uważa, że Ziemię ocieplają silniejsze promienie słoneczne.Spór ma nie tylko charakter akademicki. Ma również aspekt polityczny iekonomiczny. Jeśli teza o coraz silniejszym promieniowaniu Słońca zyskawięcej zwolenników, to lobby przemysłowe w krajach wysokouprzemysłowionych otrzyma argument, że nie ma potrzeby redukowaniaenergochłonnej produkcji i transportu powodujących zwiększonewydzielanie CO2.

Przyczyna cyklicznej aktywności Słońca nie jest do końca wyjaśniona,ale regularność pojawiania się tych cykli (mniej więcej co 11 lat) jestzastanawiająca. Wielkie erupcje słoneczne wiążą się z pojawianiem sięplam na Słońcu. Pomiary zebrane z przeszłości pokazują wyraźnąkorelację między plamami a wzrostem temperatury na Ziemi, czasem jestto związek silniejszy niż między stężeniem CO2 a średnią temperaturą naZiemi (patrz wykres obok).

Modele komputerowe klimatu sugerują, że gazy cieplarniane emitowane doatmosfery w minionych dwóch stuleciach spowodują wzrost średniejtemperatury na całym świecie o 1–4 st. C w ciągu najbliższych 50–75lat. Inni naukowcy przewidują, że do końca obecnego stuleciatemperatura wzrośnie o 2 st. C. Ale żadne modele nie są w stanieodwzorować bardzo licznych i bardzo skomplikowanych procesów fizycznychzachodzących w atmosferze i oceanach. Są ogólnikowym ich przybliżeniem,więc wyrokowanie na tej podstawie, co będzie za lat sto, jest po prosturyzykowne. Poza tym okres 200 czy 300 lat, od kiedy istniejądokładniejsze zapiski o pogodzie, jest zbyt krótki, by wyciągać wnioskio trwałej tendencji zmian klimatycznych.

Zebrane do tej pory dane potwierdzają dostrzegalny wpływ ludzi naklimat, ale nie wiadomo dokładnie, gdzie i w jakim stopniu jesti będzie on odczuwalny – skonstatowali uczestnicy MiędzynarodowegoPanelu w sprawie Zmian Klimatu (IPCC) utworzonego z inicjatywyŚwiatowej Organizacji Meteorologicznej oraz United NationsEnvironmental Program.

My, zwykli czytacze gazet i oglądacze telewizji, wiemy swoje: gwałtowneburze i ulewy, huraganowe wiatry i powodzie, trąby powietrzne zrywającedachy, poprzestawiane pory roku i gwałtowne kaprysy aury – to wszystkoutwierdza nas w przekonaniu, że z klimatem dzieje się coś niedobrego.

Prof. dr Halina Lorenc, kierująca Ośrodkiem Meteorologii w InstytucieMeteorologii i Gospodarki Wodnej, poproszona do studia TV, byskomentować skutki lipcowych nawałnic, wbrew oczekiwaniom prowadzącegoprogram uspokajała widzów: „Żyjemy w takiej strefie klimatycznej –mówiła – gdzie tego rodzaju zjawiska pogodowe zawsze były, są i będą.Gdy po kilku dniach upałów nasuwa się front chłodny, przebiegają onez dużą intensywnością. Anomalie pogodowe – gwałtowne zmiany temperaturyi ciśnienia, trąby powietrzne i nawałnice – występują corazpowszechniej. Zamiast wpadać w panikę, powinniśmy się do nichprzygotować, tworząc odpowiednie programy przeciwdziałania. Niestety,wiedza i rady uczonych są ignorowane zarówno na szczeblu centralnym jaki w terenie”.

W IMGW opracowano mapę terenów zagrożonych intensywnymi zjawiskamipogodowymi. Obejmują one południową oraz południowo-zachodniąprzygraniczną część kraju. Na północy obejmują strefę przybrzeżną,zwłaszcza okolice Trójmiasta.

Jak powstaje prognoza

Od naukowców i meteorologów oczekujemy, by przewidzieli pogodę i w porę ostrzegali nas przed nawałnicą czy huraganowym wiatrem.

Podstawą prognoz są systematyczne pomiary podstawowych parametrówdecydujących o pogodzie. 61 stacji meteorologicznych rozsianych poPolsce co godzinę przesyła do IMGW dane o temperaturze i wilgotnościpowietrza, wysokości opadu, ciśnieniu, prędkości i kierunku wiatru,widzialności, stanie zachmurzenia i wysokości podstawy chmur.Odnotowywane są też zjawiska meteorologiczne takie jak burza, deszcz,grad lub mgła. Te stacje obsługują ludzie wspomagani systemamipomiarowymi i komputerami. Istnieje ponadto 50 stacji wykonujących tepomiary automatycznie.

Sieć stacji meteorologicznych uzupełniają tzw. posterunki obserwacyjne:wodowskazowe (850), opadowe (997) i posterunki wód gruntowych (104).Zdaniem Andrzeja Maciążka, naczelnego inżyniera SłużbyHydrologiczno-Meteorologicznej, przydałoby się tę sieć zagęścić izwiększyć liczbę stacji automatycznych. Na przykład Francja,terytorialnie niespełna dwukrotnie większa od nas, ma około 1000 takichstacji i tylko 150 obsługiwanych przez ludzi. A przecież im więcejdanych, tym dokładniejszą prognozę można opracować.

Ważnym elementem systemu zbierania danych są radary meteorologiczne.W tej chwili mamy trzy takie urządzenia (w Legionowie, Pastewniku kołoWrocławia i Ramży koło Katowic). Radar meteorologiczny ma zasięg około200 km. W tym promieniu pozwala śledzić przemieszczanie się deszczu,opadów śniegu czy gradu. Jest więc bezcenny w lokalnym prognozowaniupogody, a zwłaszcza w ostrzeganiu przed groźnymi zjawiskami.

Dziękiradarom możemy ocenić natężenie opadów na 1–3 godziny przed deszczem.Co godzinę na stronach internetowych IMGW aktualizowane są informacje,w naszej wewnętrznej sieci nawet częściej. Ale pogoda jest tylko pogodąi nawet zaprzęgnięcie do obrony przed nią najnowszej techniki nie dajepoczucia całkowitego bezpieczeństwa – mówi Janusz Jawor z IMGW w Katowicach.

Radary umieszczono w pierwszej kolejności tam, gdzie najczęściejpojawiało się zagrożenie powodziowe. Dlatego północ Polski pozostałabezbronna.

Gdy dane ze stacji meteorologicznych trafią do centrali w IMGW –podlegają obróbce komputerowej i są przekazywane synoptykom. Ci,wykorzystując takie same dane pochodzące z tysięcy stacji Europyi północnej Afryki oraz wspierając się zdjęciami satelitarnymi,a przede wszystkim własną wiedzą i doświadczeniem, rysują mapy pogody.Efekt ich pracy oglądamy codziennie w telewizji, można go takżeobejrzeć na stronie internetowej http://www.imgw.pl//wstep.html.

Andrzej Maciążek uważa, że w przygotowaniu prognoz analityczny umysłczłowieka z bogatą praktyką jest nie do zastąpienia. Żeby zostaćsynoptykiem, trzeba terminować przynajmniej 10 lat pod okiem mistrzaw tym fachu.

Obecnie do prognozowania pogody rutynowo wykorzystuje się modelematematyczne, w tym również opracowywane w Interdyscyplinarnym CentrumModelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego(ICM) dysponującym potężnymi komputerami CRAY. Modele matematyczne sąrównież obliczane w CYFRONECIE w Krakowie i wykorzystywane w IMGW.W najbliższych tygodniach zostanie uruchomiony w IMGW superkomputer SGIORYGIN 3 800, na którym będzie obliczany model meteorologiczny o bardzodużej rozdzielczości przestrzennej, udostępniony przez SłużbęMeteorologiczną Niemiec (DWD). Co z tego wszystkiego będziemy mieć?

Cyfrowo czy tradycyjnie można z dużym prawdopodobieństwem określić, conas czeka w ciągu najbliższych kilku czy kilkunastu godzin. Na terenachobjętych zasięgiem radarów meteorologicznych można śledzić rzeczywistyrozwój sytuacji. To pozwala z niemal stuprocentową pewnościązaalarmować odpowiednie służby o nadciągającej nawałnicy. IMGW takieostrzeżenia wysyła Komitetom Reagowania Kryzysowego, publikuje je takżena swojej stronie internetowej http://www. imgw.pl/ost/wstep.html.

Zatem nie do synoptyków, klimatologów i innych uczonych możemy miećpretensję, że ich wiedza i praca nie zawsze jest należyciewykorzystywana.

Kto za co odpowiada, gdy pada

Wprawdzie po powodzi stulecia sprzed czterech lat zmieniła się tui ówdzie mentalność, gdyż uświadomiono sobie, że na łaskę boską nie maco liczyć, ale po pierwsze nie wszędzie, po drugie nie przybyło od tegopieniędzy na ochronę przeciwpowodziową i po trzecie nie ma wciążstosownych uregulowań prawnych, a za urządzenia melioracyjne odpowiadaczęsto kilka podmiotów, co wprowadza bałagan.

Powódź 1997 r. nauczyła wszystkich jednego, że względne poczuciebezpieczeństwa można mieć tylko tam, gdzie informację o zagrożeniu masię odpowiednio wcześnie, żywioł zaatakuje dokładnie tam, gdzie się gospodziewamy i w miejscu, gdzie istnieją odpowiednie warunki, bybezpiecznie przejąć nadmiar spadającej z nieba lub płynącej rzeką wody.– I w dodatku nie wydarzy się nic, co nie zostało wcześniej przewidziane – ostrożnie dodają specjaliści.

Po powodzi 1997 r. Bank Światowy dał Polsce 80 mln zł na budowęnowoczesnego systemu monitoringu i ostrzegania o zagrożeniu powodziowymna Odrze i jej dopływach. Automatycznie dokonywane pomiary miałytrafiać bezpośrednio do komputerów w miejscach, gdzie podejmowane będądecyzje, a nie wędrować od człowieka sprawdzającego poziom wody nawodowskazie do IMGW, stamtąd do odpowiednich służb wojewody, następniedo starostwa, potem do gminy, wreszcie do sołtysa wsi (gdzie znajdujesię wodowskaz), który i tak będzie już wiedział o zagrożeniu, bo wodawłaśnie będzie wlewać mu się do kuchni albo wichura zerwie dach.

System miał być gotowy w ciągu dwóch lat, nadal jest w budowie. Nanowym jazie w Kędzierzynie-Koźlu pomiar automatyczny wody działa, alewyżej, w Miedoni i Chałupkach, oraz niżej w Trestnie oparty jest naczłowieku w gumowcach, który co kilka godzin jedzie rowerem nad rzekęsprawdzić poziom wody. W nocy potrzebuje jeszcze latarki. W Kłodzku,które w 1997 r. zostało zalane w ciągu pół godziny, z zaplanowanych 20automatycznych stacji powiatowego systemu monitoringu komputerowegodziałają już cztery. Co 10 minut spływają informacje o poziomie wodyw trzech górskich rzekach powyżej miasta.

Na pewno nie zostaniemy już tak zaskoczeni jak w 1997 r. – mówi Ryszard Tomczyk, kierownik referatu ochrony ludności UM w Kłodzku. –Informacje o zagrożeniu będziemy mieli na około 6 godzin wcześniej. Toczas na uruchomienie systemu ostrzegania, łączności komputeroweji radiowej, awaryjnego zasilania.

Z mocy ustawy za bezpieczeństwo ludności na wypadek powodzi, ulewy,gwałtownych burz oraz za usuwanie ich skutków odpowiadają wojewodowie,marszałkowie powiatu i wójtowie – na szczeblu gminy. Wojewodompodlegają dyrektorzy wydziałów zarządzania kryzysowego urzędówwojewódzkich. W wydziałach trwa całodobowy dyżur, spływają tam wszelkieinformacje o zagrożeniach i są przekazywane w dół do samorządu.Wydziały współpracują z komendami straży pożarnej i policją. Jaksamorządy wykorzystują informacje o nadciągającej ulewie, to już innezagadnienie, związane choćby z tym, że wójtowie gmin są zazwyczajubodzy i nie stać ich na kosztowne akcje.

W województwie podkarpackim, zgodnie z poleceniem wojewody, wydziałzarządzania kryzysowego żąda powiadamiania, jakie działania podjętow terenie. Wojewoda polecił też, żeby procedury ratownicze ćwiczyćpraktycznie, nie tylko palcem na mapie. – Skończył się także czas, kiedy nie było wiadomo, kto ma dowodzić– mówi Romuald Lipczyński, szef wydziału. W wydziałach opracowano planybezpieczeństwa i plan ratowniczy województwa i powiatu. Uwzględniono wnich siatkę bezpieczeństwa, a w niej rodzaje zagrożeń (właściwe dlaterenu) i podmioty odpowiedzialne za zwalczanie skutków oraz te, którez nimi współpracują. Za katastrofy komunikacyjne odpowiada PaństwowaStraż Pożarna. Za powódź organy administracji rządowej i samorządy orazfunkcjonujące ustawowo komitety przeciwpowodziowe.

Na szczeblu wojewódzkim istnieje też baza danych o sprzęcieratowniczym, jaki znajduje się w magazynach terenowych, ale takżew instytucjach i u prywatnych osób: spycharki, koparki, samochodyo dużej ładowności, agregaty prądotwórcze, zapasy piasku i miejsca jegopozyskiwania, zapasy paliwa. Wojewoda jest też koordynatorem działań:jeżeli powiat sobie nie radzi z powodu rozmiarów klęski lub brakusprzętu, może poprosić o wsparcie z krajowej bazy sprzętuspecjalistycznego. W każdym województwie jest taka baza magazynującasprzęt ciężki. Może też nim dysponować komendant główny Straży Pożarnej– szef Obrony Cywilnej Kraju.

W magazynach terenowych zgromadzony jest podstawowy sprzęt – worki,łodzie, pontony, pilarki, łopaty, buty gumowe. W praktyce jednak sprawajest bardziej skomplikowana. Magazyny terenowe są w dyspozycjiWojewódzkiego Komitetu Przeciwpowodziowego, na którego czele stoiwojewoda. Tyle że po reformie administracyjnej majątek ten stał sięwłasnością marszałka województwa. Dziś, gdy dla ekip ratowniczychpotrzeba z tego magazynu np. 100 tys. worków, wojewoda musi daćdyspozycje administratorowi magazynu, a ten – skierować wniosek dozarządu województwa, który powinien się zebrać, żeby go zaakceptować.Taka jest droga formalna. W sytuacjach awaryjnych permanentnieprzychodzi ją naruszać.

Podobnie jest z odpowiedzialnością za urządzenia i infrastrukturę.Kanalizacja burzowa należy do przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych lubgospodarki komunalnej, które zarządzają w imieniu zarządu miastai powinny dbać o drożność sieci. Inwestycje zleca samorząd: tyle tylko,że nigdy nie projektuje się urządzeń na ekstremalne sytuacje, bo tozbyt duży wydatek. Dlatego kanalizacja burzowa, jeśli nawet jestsprawna, nie może pomieścić całej wody w przypadku oberwania chmury.A jeśli jeszcze projektantom zabraknie wyobraźni, jak to byłow Gdańsku, gdzie trzy strumienie zamiast oddzielnych miały wspólneujście, dochodzi do tragedii.

Za wały i zbiorniki małej retencji odpowiada wojewoda: po reformieadministracyjnej są to jednak zlecenia przekazane marszałkom lubsamorządom miejskim. A te zlecają obowiązki przedsiębiorstwom lubspółkom melioracyjnym. Ale wałów też nie buduje się na wodytrzystuletnie, choć analizy wskazują, że należałoby tak robić.Tymczasem te istniejące są w bardzo złym stanie. W woj. podkarpackimz 600 km wałów pilnej modernizacji wymaga 270 km. Pominąwszy 50-letniezaniedbania i zniszczenia po powodzi z 1997 r., w wałach zagnieździłysię bobry i niszczą je na potęgę. W Podkarpackiem przygotowano programinwestycji melioracyjnych i zabezpieczenia przeciwpowodziowego do2015 r. Program przewiduje budowę 160 małych zbiorników retencyjnych.Już dziś nie ma pieniędzy na jego wykonanie i wszystko wskazuje, że jaktak dalej pójdzie, może uda się go dokończyć w XXII wieku. Zarządymelioracji, które mają obowiązek dbania i remontowania wałów wojewody,są z kolei służbami marszałka województwa. Jednak pieniądze nainwestycje w tej dziedzinie pochodzą z budżetu wojewody. Ten podział na„nasze” i „wasze” jaskrawo uwidocznił się w czasie powodzi w Gdańsku:nawet wyrwy w wale były nasze (gdańskich melioracji) i generalskie –jak nazwano wyrwę techniczną, którą przypisano komendantowi głównemuStraży Pożarnej.

Za duże zbiorniki retencyjne i duże rzeki, ale tylko za ich koryto –odpowiada minister środowiska poprzez podległe mu regionalne zarządygospodarki wodnej. Za obwałowania tych rzek – wojewoda.

Największy postęp nastąpił w dziedzinie tworzenia jednolitego systemupowiadamiania, choć też nie jest on szokujący. W Polsce w 10 miastachdziałają centra powiadamiania ratunkowego (CPR) podlegające starostom.W przyszłości ma ich być tyle ile powiatów. Mają tworzyć spójny system,który dopełni kompletny krajowy system ratowniczy z jednolitymiprocedurami i sprzętem o tym samym standardzie, z niezawodnymmechanizmem łączności, skutecznego powiadamiania i współdziałania wakcjach ratowniczych.

W Gdańsku dzięki istnieniu takiego centrum uratowano życie wielu setekosób. Pod numerami 999, 998 oraz 986 dyżuruje tam straż pożarna,pogotowie ratunkowe i straż miejska. Centrala telefoniczna obsługuje300 numerów jednocześnie, a na łączach światłowodowych można stworzyćsieć komputerową. Ratownicy mają pod parą 5 jednostek gaśniczych oraz 4zakładowe straże, a straż miejska wszystkie ruchome posterunki. Cóż,kiedy dzwonić tam można tylko z Gdańska.

Po pierwsze skoś trawę

Po doświadczeniu powodzi 1997 r. jedno wiadomo było na pewno, żepierwszą rzeczą, jaką powinni zrobić ludzie zamieszkali na terenachzagrożonych, to ewakuować się znacznie szybciej niż cztery lata temui starać się wszelkimi sposobami zmniejszyć skutki ataku żywiołu.

– Najlepiej zawczasu ubezpieczyć się przed konsekwencjami kataklizmu – mówi Romuald Siepsiak, dyrektor Wydziału Zarządzania Kryzysowego UW we Wrocławiu. –W naszych warunkach klimatycznych trąby powietrzne i duże opady w lipcuto rzecz normalna. Najlepiej więc być pesymistą i przygotować się nanajgorsze.

A po usłyszeniu syren alarmowych trzeba włączyć radio i słuchaćkomunikatów. I uczytelnić je tak, by nie sprawiały wrażenia, że chodzio ukrycie przed ludźmi stopnia zagrożenia.

– Wcześniej każdy powinien sprawdzić, czy w rowie przy jego domujest wykoszona trawa, czy drożne są przepływy i odpływ wody z rynien.Należy zadbać o sprawny system irygacyjny w okolicy, bo od tegowszystkiego może zależeć, czy jego własny dom zostanie zalany – dodaje Jerzy Janik, sekretarz Wojewódzkiego Komitetu Przeciwpowodziowego w Opolu.

Po powodzi 1997 r. oceniono, że te zaniedbania spowodowały, że częśćwody, która powinna rozlać się w sposób naturalny, topiła wsie i miastapo drodze.

Dla dobra innych każdy powinien też zadbać o sprawy wydawałoby sięnajbardziej oczywiste. Usunąć z dachów od dawna zbędne anteny, zdjąćz okien i balkonów doniczki i skrzynki z kwiatami, zamknąć wszelkieokna, zwłaszcza piwniczne, znajdujące się na poziomie ulic, przez którezalewane są piwnice. Odpowiednie służby powinny usunąć chore drzewai spróchniałe konary. A jeśli komunikat nie pozostawia wątpliwości codo skali kataklizmu, trzeba dobytek przenieść możliwie jak najwyżeji jak najszybciej ewakuować się, nie licząc na to, że jakoś to będzie.Po powodzi sprzed 4 lat i niedawnych atakach pogody wiadomo już, że niebędzie.

Prawdziwyproblem z klęskami żywiołowymi polega na tym, że jeśli już przygotujemysię na nie tam, gdzie już kiedyś nastąpiły, to następnym razem zdarzająsię one w miejscu, gdzie nikt się ich nie spodziewa – mówi Roman Górecki z Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej we Wrocławiu. No więc, gdzie teraz?

Andrzej Gorzym, Jacek Mojkowski, Mariusz Urbanek, Jagienka Wilczak
Współpraca: Jacek Truszczyński, Paweł Walewski, Maciej Zakrocki
Infografika: Wawrzyniec Święcicki

Między nami meteopatami

Badania w Europie Zachodniej wyraźnie pokazują wzrost liczby meteopatów, czyli osób źle tolerujących zmiany pogody. W 1962 r. należał do nich co trzeci Europejczyk, w 1976 r. – co drugi, zaś w ostatnim sondażu przeprowadzonym w 1995 r. przez austriackiego meteorologa Aloisa Machaleka – aż blisko 70 proc.

W IMGW wyniki podobnych badań opublikowała w 1997 r. doc. Maria Baranowska z Zakładu Bioklimatologii. Wśród 538 osób z różnych regionów klimatycznych 61,3 proc. uznano za meteopatów, 22,5 proc. zakwalifikowano jako skłonnych do meteopatii i tylko 16,2 proc. okazało się niewrażliwych na wpływ pogody.

Jak pisze autorka badań: „Odsetek kobiet meteopatek wzrasta od młodości do 45 lat i po osiągnięciu tego wieku w kolejnych latach następuje zmniejszanie się udziału kobiet wrażliwych na wpływ pogody”. Mężczyzn meteopatów w młodszym wieku jest znacznie mniej niż kobiet, ale powyżej 50 roku życia stosunek ten całkowicie się zmienia.

W tzw. umiarkowanym klimacie, charakterystycznym dla naszej szerokości geograficznej, warunki pogodowe nie są ustabilizowane – niże i fronty atmosferyczne kształtują wciąż zmienny charakter pogody. – I jest to z punktu widzenia treningu adaptacyjnego i wzmacniania odporności dużą zaletą – podkreśla Barbara Wojtach, biometeorolog z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie. Ale z aktywnością tych frontów wiążą się gwałtowne zmiany ciśnienia, którego spadek zwykle odczuwamy dotkliwie. Wedle psychiatrów temperatura powyżej 30 st. C. zawsze pogarsza funkcjonowanie mózgu, ale przechodzenie dużych frontów atmosferycznych (czego świadkami byliśmy w Polsce w ubiegłym tygodniu) wraz z wahaniami ciśnienia i nagłym ochłodzeniem wywiera na samopoczucie psychiczne wpływ najgorszy.

Zmiany pogody niewątpliwie najsilniej odczuwają osoby z labilnym ciśnieniem krwi. To oni wzdychają: boli mnie głowa, chyba ciśnienie spada i spadnie deszcz! Faktycznie, osoby wrażliwe mogą na tej podstawie prognozować pogodę. Chorzy z nadciśnieniem tętniczym krwi doświadczają najczęściej wzrostu ciśnienia podczas przechodzenia frontów chłodnych, ale na pogorszenie ich samopoczucia głównie ma wpływ tempo zmian. Gdy wskazówka barometru nagle spada w dół lub błyskawicznie się wspina, wtedy dochodzi do bólów głowy, spadku koncentracji, znużenia, a przed nadciągającą burzą pojawia się stan niepokoju. Zmianom ciśnienia towarzyszy wtedy z reguły porywisty wiatr, zmiana wilgotności powietrza i silne promieniowanie elektromagnetyczne. Organizm musi na nie zareagować.

Kaprysy pogody odczuwają także osoby cierpiące na schorzenia reumatyczne. Gdy ciśnienie atmosferyczne spada, zaostrzają się dolegliwości bólowe niemal u wszystkich chorych z reumatoidalnym zapaleniem stawów. Niebezpieczne są zwłaszcza fronty chłodne, którym towarzyszą silne zimne wiatry.

Z badania ankietowego doc. Baranowskiej wynika, że Polacy nie lubią szczególnie czterech rodzajów pogody: przejściowej z wyżu do niżu, wietrznej, parnej oraz deszczowej. Najgorzej, że coraz częściej nie mają innej do wyboru.

Mało ubezpieczonych

Kiedy woda zalewała domy mieszkańców Gdańska i Słupska – dla większości tragedia była podwójna. Ich majątek nie był ubezpieczony, cały dobytek przepadł, a oni sami zostali zdani na nieefektywną i chaotyczną pomoc państwa. Po raz kolejny wyszedł na jaw brak przezorności i świadomości zagrożeń powodzią lub huraganowymi wiatrami. Ubezpieczenia od szkód spowodowanych żywiołami należą do grupy dobrowolnych ubezpieczeń majątkowych. W ubiegłym roku liczba takich polis wynosiła ok. 2 mln. Na 40-milionowe społeczeństwo to niewiele.

Stawki taryfowe zależą od wartości majątku oraz wariantu ochrony. Są zróżnicowane również ze względu na stopień zagrożenia w poszczególnych województwach. Przy budynku ubezpieczonym na 50 tys. zł średnia roczna składka w PZU SA wynosi ok. 100 zł, zaś mienia ruchomego  ubezpieczonego na taką sumę ok. 250 zł. W przypadku klęsk żywiołowych osobom nieubezpieczonym a poszkodowanym wsparcie należy się od gminy, która dostaje na ten cel pieniądze z rezerw wojewódzkich i centralnych. W obecnej sytuacji budżetu pomoc taka jest iluzoryczna.

Ubezpieczenia od żywiołów są obowiązkowe w przypadku budynków w gospodarstwach rolnych. W praktyce zabudowania ubezpiecza ponad 90 proc. rolników, ale ten odsetek drastycznie spada, gdy chodzi o ubezpieczenie mienia ruchomego oraz upraw rolnych.


Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj