Mokra plaga
Równo dziesięć lat temu dorzecze Odry zalała powódź uznana za kataklizm dziejowy. Pogląd, że jest to kara za grzechy, nie zyskał co prawda powszechnego uznania, ale w gruncie rzeczy jest najbliższy prawdy. Listę grzechów otwiera krótka pamięć, potem idą łatwowierność, bezmyślność i głupota.

Ciężkie, czarne chmury nad Polską i powodzie to nic nadzwyczajnego. Hydrolodzy obliczyli, że mniej więcej co 3–3,5 roku dochodzi u nas do wezbrań powodujących szkody. Z wyliczeń dla dawniejszych okresów, na podstawie analizy źródeł historycznych, wynikało, że działo się tak co cztery lata. W minionym stuleciu – jakby częściej. Są to oczywiście średnie, które nie mają żadnego praktycznego znaczenia dla prognozowania dokładnego terminu kataklizmu. Powodzie potrafią bowiem nierzadko przychodzić stadami – po trzy, cztery w roku. Bywają też lata bez znaczących wezbrań. Wielkie powodzie powinny pojawiać się średnio co 20 lat, a szczególnie katastrofalne – mniej więcej raz na 100 lat.

Wiemy też, gdzie i w jakiej porze roku trzeba liczyć się z ryzykiem ich wystąpienia. Hydrolodzy dzielą Polskę na dwie części – krainę powodzi wiosennych i krainę powodzi letnich. Wiosną, czasem zimą, pojawiają się powodzie w Polsce północnej i środkowej, spowodowane gwałtownymi roztopami, zatorami lodowymi i śryżowymi, oraz na Wybrzeżu – sztormami. Powodzie wiosenne powstają wskutek topnienia śniegu na wielkich obszarach przy nagłym ociepleniu. Woda spływa wtedy szybko po zamarzniętym jeszcze podłożu i sprzyja formowaniu się zatorów lodowych. W górach wezbrania roztopowe zazwyczaj przebiegają łagodniej, gdyż na różnych wysokościach śnieg topi się w różnym tempie, a na przykład przy nagłym ociepleniu spowodowanym wiatrem halnym w ogóle wyparowuje, praktycznie nie zasilając rzek.

Stan wiedzy meteorologów, klimatologów i hydrologów jest jedynym jaśniejszym punktem na tle naszych zmagań z przyrodą. Co więc takiego wydarzyło 10 lat temu, że nie potrafiliśmy zapanować nad rozwojem sytuacji?

Powodzie normalne

Widzowie telewizyjnej prognozy pogody znają dobrze ten powtarzany do znudzenia ruch ręki prezenterów, którą niezmiennie z lewej na prawą stronę mapy przeganiają masy powietrza, ośrodki niżowe, strefy silnych wiatrów, przejaśnień itp. Przewaga zachodnich wiatrów określa specyfikę naszego klimatu. Obliczono, że powietrze polarnomorskie (z zachodu) gości u nas przez większą część roku – średnio przez 237 dni. Przez 108 dni panuje powietrze polarnokontynentalne (ze wschodu), tak więc dla innych mas powietrza (najczęściej arktycznych lub zwrotnikowych) pozostaje zaledwie 20 dni w roku.

Gdy więc latem, zgodnie z tym odwiecznym scenariuszem, nasuwa się nad Polskę od zachodu front chłodny, rozwój sytuacji może zaowocować powodzią, ale taką, którą można nazwać normalną. Wędrujący ośrodek niskiego ciśnienia zatrzymuje się wtedy nad wschodnią Polską lub Ukrainą i nabiera charakteru jakby stacjonarnego. Meteorolodzy mówią wówczas o quasi-stacjonarnych frontach, na których ścierają się różnorodne fizycznie masy powietrza, uaktywnionych dodatkowo na skutek dziennego nagrzania. W strefie tych frontów pada wówczas obficie przez kilka następujących po sobie dni. Maksymalne przyrosty stanów wód w rzekach mogą dochodzić do 4 m. Na stworzonej przed laty przez dr Hannę Mycielską liście typowych sytuacji meteorologicznych, z którymi związane są deszcze powodziowe na południu Polski, jest to tzw. sytuacja synoptyczna typu V. Analizując dane z wielu lat, sporządziła ona w 1979 r. „Atlas typowych sytuacji synoptycznych przy występowaniu opadów powodziowych w dorzeczu górnej Wisły” i wyróżniła w nim pięć takich typów.

W Karpatach i Sudetach ulewne deszcze mogą trwać wówczas nawet trzy dni i występują wyłącznie w półroczu letnim, najczęściej w lipcu i czerwcu. W pamięci mieszkańców Polski południowej ta rytmiczność jest od wieków zakodowana, a tzw. świętojanka – wezbranie lub powódź w okolicach ostatniej dekady czerwca – nie jest niczym wyjątkowym. Nie potrzeba więc było długich analiz i studiów hydrometeorologicznych, aby przewidzieć rozwój sytuacji o tej porze roku i na to się przygotować. Dlatego już przed wojną podjęto budowę zapór w Porąbce i Rożnowie, a po wojnie wybudowano m.in. Tresną, Solinę, Czchów, Głębinów.

Powodzie wyjątkowe

Czarne chmury lub raczej sterujące nimi ośrodki baryczne, które na przełomie czerwca i lipca 1997 r. dotarły nad Polskę, napływały różnymi szlakami. Jak wynikało z późniejszych analiz Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, deszcze, które rozpoczęły się 3–4 lipca i poprzedzały główną falę opadów – wystąpiły w związku z powstaniem sytuacji synoptycznej typu V. Można było się spodziewać normalnej powodzi, takiej jaka nawiedza południe Polski co kilka lat. Niebawem jednak pojawił się zwiastun nieszczęścia – ośrodek niżowy na południe od Karpat. Na sytuację synoptyczną typu V zaczęła nakładać się sytuacja synoptyczna typu I. Co to oznacza – meteorolodzy wiedzą aż za dobrze. Jedno zagrożenie zostało spotęgowane przez następne – jeszcze groźniejsze. Niż z południa jest bowiem szczególnie opadonośny.

Chyba wszystkie katastrofalne letnie powodzie na południu Polski były związane z wtargnięciem niżów barycznych tworzących się w rejonie Morza Śródziemnego, Alp czy nad Niziną Węgierską. Zwykle wędrują one na wschód nie przekraczając Karpat i Sudetów. W sytuacji (wcale nierzadkiej), gdy nad europejską częścią Rosji panuje rozległy wyż stacjonarny, a drugi taki układ obejmuje Europę Zachodnią, niż z południa zmuszony jest szukać drogi na północ między wyżami, chcąc połączyć się z drugim ośrodkiem niżowym usytuowanym w rejonie Skandynawii. Rezultat nietrudno sobie wyobrazić. Niż z południa niesie duże ilości pary wodnej, która, gdy ulegnie nagłej kondensacji po przekroczeniu bariery karpacko-sudeckiej, powoduje obfite deszcze i w następstwie katastrofalne nieraz powodzie w dorzeczu górnej Wisły, Kotlinie Kłodzkiej i Jeleniogórskiej. Najsilniejsze opady występują po zachodniej stronie przemieszczania się niżu, na podwietrznych stokach wzniesień. A jest ten niż szczególnie opadonośny. Związana z nim sytuacja pogodowa typu I zaowocowała w lipcu 1997 r. deszczami, które na przeważającej części kraju przekroczyły normy opadów przypadających na pierwszą dekadę lipca.

Rekord padł w rejonie Raciborza, gdzie norma została przekroczona o 937 proc. W ciągu trzech dni, między 6 a 8 lipca, w trójkącie Jelenia Góra–Warszawa–Nowy Sącz wystąpiły opady przekraczające 100 mm. Żeby uzmysłowić sobie, co to znaczy, przypomnijmy, że roczna suma opadów w Polsce wynosi średnio 600 mm, przy czym w wysokich partiach gór przekracza znacznie 1000 mm, natomiast na nizinach Polski Środkowej nie sięga 500 mm.

Znając specyfikę opadową obszarów górskich i podgórskich można było spodziewać się 100 mm deszczu w ciągu całego lipca, tymczasem tyle spadło w kilkadziesiąt godzin, a miejscami, m.in. w dorzeczach Nysy Kłodzkiej, Soły, Małej Wisły, pojawiły się opady przekraczające 250 mm. Dr Mycielska ocenia, że sytuacja synoptyczna typu I może spowodować przybory w rzekach o 2–8 m.

Przekroczenie normy, nawet pięciokrotne, wystąpiło także podczas drugiej fali opadów powodziowych w dniach 18–20 lipca. Dziwnie więc wyglądały tłumaczenia komitetów przeciwpowodziowych o zaskoczeniu rozwojem sytuacji. Każda informacja o jednorazowym opadzie rzędu 40–50 mm na niedużym obszarze powinna postawić w stan pogotowia wszystkie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo przeciwpowodziowe, a co dopiero informacja o opadzie 100 czy 200 mm.

Pechowa kolejność zdarzeń

Katastrofa była następstwem nie tylko wielkości opadów, ale także ich zasięgu i niekorzystnej sekwencji zdarzeń. Mało kto pamięta, że powódź zaczęła się od Górnego Śląska. Wkrótce pojawiła się fala powodziowa na Odrze, będąca następstwem ulewnych deszczów w czeskiej części dorzecza. Fala przekraczała absolutne maksima stanów wody co najmniej o 2 m. Na nią nałożyła się kolosalna fala na Nysie Kłodzkiej, powiększona wskutek opróżniania zbiornika w Nysie. Fala na Odrze, już katastrofalna, zamiast spływać w miarę spokojnie ku morzu, była kolejno potęgowana przez praktycznie wszystkie lewobrzeżne dopływy Odry. Wezbrania bliskie absolutnemu maksimum wystąpiły bowiem także na Ślęzie, Bystrzycy i Kaczawie. Druga seria opadów, która rozpoczęła się 18 lipca, wywołała drugą powódź na górnej Odrze, Kaczawie, Bobrze i Nysie Łużyckiej. Dla sytuacji na dolnej Odrze niemałe znaczenie miało też przekroczenie stanów alarmowych na Warcie i jej dopływach.

Do 1997 r. największym tego rodzaju kataklizmem w XX w. była powódź z lipca 1903 r. Wielkie szkody (55 ofiar) wyrządziła powódź z 1934 r. W okresie powojennym do największych katastrof doszło w latach 1958, 1960, 1970, 1977 i 2001. Powódź z 1997 r. pochłonęła 54 ofiary śmiertelne, a straty materialne wyniosły ponad 7 mld zł.

Wiedza na temat występowania powodzi w Polsce nie wyczerpuje problemu. Hydrolodzy i klimatolodzy, wspólnie z geologami, wiedzą od dawna, jak ograniczyć ich następstwa. Istnieją szczegółowe mapy zagrożenia powodziowego i wiadomo też, jak należałoby zagospodarować dorzecza, zwłaszcza w górskiej ich części. Osłonę Opola i Wrocławia zapewniłby zbiornik retencyjny pod Raciborzem, gdyby powstał, jak planowano, w latach 80. i gdyby spełniał rolę taką jak zbiornik czorsztyński. Nysę Kłodzką w pewnym stopniu ujarzmiłby zbiornik w Kamieńcu Ząbkowickim – niestety z braku środków też nie powstał. Zapora w Świnnej Porębie na Skawie, budowana już wiele lat, miałaby pierwszorzędne znaczenie dla ochrony Krakowa. Są także gotowe koncepcje dla Dunajca, Sanu, Wisłoki, ale to tylko ciągle sfera planów.

Tymczasem wkroczyliśmy w fazę ocieplenia klimatu, która – zdaniem prof. Haliny Lorenc z IMGW – daje o sobie znać coraz gwałtowniejszymi burzami i powodziami, okresami intensywniejszych susz i w ogóle częściej występującymi zjawiskami ekstremalnymi. A to oznacza wzrost częstotliwości gwałtownych ulew nawet o 50 proc., a w konsekwencji – powodzi i erozji gleb. Co ciekawe, jednocześnie zmniejsza się liczba dni z opadami. Zmienia się bowiem scenariusz meteorologiczny, dla naszej części świata zakłada zmieniające się szlaki i intensywność układów niskiego ciśnienia. Należy spodziewać się długich okresów bez deszczu, a nawet suszy, przerywanych gwałtownymi ulewami. Tegoroczny maj był chyba tego doskonałą próbką.

Z raportów towarzystwa reasekuracyjnego Munich Re wynika, że każdy kolejny rok bije rekord w występowaniu klęsk żywiołowych. Najczęściej były to huragany i powodzie, na niezmienionym poziomie pozostały trzęsienia ziemi, erupcje wulkaniczne, pożary lasów, susze, fale upałów, okresy chłodów, osuwiska, lawiny. W roku naszej historycznej powodzi Munich Re oceniał, że straty ekonomiczne spowodowane tymi klęskami w skali światowej przekroczyły 60 mld dol. (w 1980 r. wyniosły one ok. 1,5 mld dol.). Zdaniem specjalistów, przyczyną tej tendencji jest wzrost koncentracji ludności i dóbr materialnych na terenach zagrożonych katastrofami oraz wynikająca ze zmian klimatu większa częstotliwość takich zjawisk.

Grzechy cywilizacji

Największy grzech człowieka wobec natury, niejako pierworodny, to grzech przeciw prawu własności. Zupełnie zapomnieliśmy, że właścicielami dolin są rzeki, które je stworzyły. Dolina to nie tylko to, co się rozciąga między brzegami rzeki – to także płaska przestrzeń nieco nad lustrem jej wody, po obu stronach utworzona z niesionych przez nią osadów. Rzeka ma prawo do tej równiny i do zboczy doliny, które rzeźbi według swojego uznania. Z reguły rzeka rzadko przypomina o tych prawach – ostatnio zrobiła to Wisła ze swoimi górskimi dopływami w 2001 r.

Obserwując reakcje niektórych powodzian odnosi się wrażenie, że nie byli oni świadomi ryzyka związanego z budową domu na równinie zalewowej. Trzeba im wreszcie uprzytomnić, że takie tereny nie będą nigdy do końca bezpieczne. Ryzyko można oczywiście zmniejszyć, na przykład sypiąc wały lub budując domy o odpowiedniej konstrukcji oraz inwestując w skuteczny system ostrzegania.

Można, nawet trzeba, umacniać brzegi, wznosić zapory, ale najlepiej jest zabudować biologicznie zlewnię sadząc tam drzewa i krzewy. W przeszłości i dziś popełniamy wiele grzechów przeciwko tej zasadzie, wylesiając olbrzymie połacie. Kwaśne deszcze dodatkowo niszczą górskie lasy. A przecież roślinność to naturalna gąbka, która chłonąc wodę nie tylko zmniejsza groźbę powodzi, ale także przeciwdziała erozji gleb, zapobiega lawinom błotnym i osuwiskom.

To ważne zwłaszcza w naszych Karpatach, gdzie specyficzna budowa podłoża (flisz karpacki) sprzyja tym dramatycznym zjawiskom. Na wielką skalę objawiło się to właśnie podczas powodzi w 2001 r. – domy stały z dala od rzek, a jednak zostały zniszczone. Nie bez winy są sami rolnicy z terenów górskich i podgórskich, którzy często orząc pola zgodnie z kierunkiem spadku zbocza ułatwiają wodzie spływ, niestety wraz z glebą. Grzeszą także mieszkańcy miast, bez umiaru lejąc beton i asfalt na tereny, które niejednokrotnie mogłyby pozostać zielone. Dziwią się potem, że każdy większy deszcz zalewa chodniki, ulice, tunele, piwnice. Przecież te hektolitry wody nie mają szans zmieścić się w studzienkach kanalizacyjnych czy tzw. burzowcach.

W tym rachunku sumienia nie sposób pominąć jeszcze kilku grzechów natury mentalnej: nadmiernej wiary w technikę i różne systemy zabezpieczeń oraz krótkiej pamięci. Możemy być bowiem pewni, że jeśli nie będą rygorystycznie przestrzegane zarządzenia administracyjne, na terasach zalewowych powstawać będą nowe domy i osiedla, zapomni się o zalesieniu nieużytków, zabetonuje kolejne tereny.

Grzechem jest też niechęć decydentów do wysłuchiwania rad naukowców. Problem zmiany klimatu i jej konsekwencji nie ma w opinii urzędników pierwszorzędnego znaczenia, więc nie przeznacza się na badania poważniejszych nakładów. Bez tego nie ma możliwości sformułowania prawdopodobnych scenariuszy regionalnych. A gdy nadciągną nad Polskę ciężkie, czarne chmury – od nowa zaczną się spory, czy można było uniknąć powodzi, i po raz któryś dojdziemy do wniosku, że przyroda znowu nas zaskoczyła.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj