My, przestępcy
Internet XXI w. nie jest już przestrzenią wolności. Kolejne regulacje, konwencje i dyrektywy określają, co jest w nim dozwolone, a co narusza prawo. Regulować oczywiście trzeba, byle z głową.

 

Chińczycy kochają Internet. Chińskie władze, choć podzielają ten entuzjazm, stosują wszelkie możliwe środki, by utrzymać go w zdrowych, wytyczonych przez partię komunistyczną granicach. Kto rozpowszechnia pornografię lub treści niepoprawne politycznie, może być skazany nawet na dziesięć lat więzienia. Nad czystością chińskiego Internetu czuwają setki tysięcy urzędników państwowych, wspieranych gorliwie przez krajowe i międzynarodowe firmy internetowe. W ramach tej współpracy portal Yahoo udostępnił informacje umożliwiające identyfikację autora tekstów upamiętniających rocznicę masakry na placu Niebiańskiego Pokoju. Shi tao, pechowy dysydent, trafił na 10 lat do więzienia, a prezes Yahoo przed komisję Senatu USA, która go potępiła i nazwała moralnym pigmejem.

Rusza kolejna ofensywa chińskich władz, wymierzona w serwisy internetowego wideo, takie jak popularny YouTube. Od końca stycznia firmy chcące udostępniać pliki wideo w sieci muszą uzyskać zgodę władz państwowych. W praktyce oznacza to wyeliminowanie z rynku wszystkich niewygodnych politycznie graczy oraz zachętę do zwiększenia autocenzury.

Autocenzura okazuje się niezwykle skutecznym narzędziem dyscyplinowania sieci nie tylko w krajach niedemokratycznych. Największy serwis wideo YouTube usunął w ub.r. ze swoich serwerów zwiastun filmu animowanego amerykańskiego artysty Michaela Sullivana, „The Sex Life of Robots”, co wywołało oburzenie w środowiskach twórczych. Podobne praktyki wobec niepewnych materiałów stosuje coraz więcej portali internetowych, unikając w ten sposób ewentualnych procesów sądowych. Pomysł, by pilnowaniem sieci obciążyć samych internautów, podoba się politykom. Prezydent Nicolas Sarkozy wymyślił niedawno, by zwiększyć odpowiedzialność portali za walkę z internetowym piractwem. Wydaje się, że nic w tym złego, ale...

Do najważniejszych wydarzeń 2007 r. polscy internauci (plebiscyt zorganizowała firma Netguru.pl) zaliczyli policyjny rajd i likwidację w maju serwisu Napisy.org. Serwis ten udostępniał polskie napisy, umożliwiające oglądanie obcojęzycznych filmów. Do korzystania z tego typu serwisów przyznaje się blisko 85 proc. internautów, trudno więc się dziwić, że operacja ta wywołała wielki rezonans. Spektakularna akcja policji, w której uczestniczyli także funkcjonariusze z Niemiec (na terenie tego kraju znajdował się serwer obsługujący serwis), była wymierzona „przeciwko osobom zajmującym się nielegalnym rozpowszechnianiem tłumaczeń do pirackich filmów”.

Kto przyjrzał się bliżej dyskusji, jaka wokół tej akcji wybuchła, dostrzegł, jak wiele wiąże się z nią niejasności. Trudno wątpić, że łamie prawo ten, kto nielegalnie rozpowszechnia kopie filmów. Nie jest już jednak prawdą, że nielegalne jest posiadanie prywatnej kopii legalnie zakupionego filmu lub programu komputerowego (widz ma prawo w ramach tzw. dozwolonego użytku skopiować np. płytę DVD na twardy dysk komputera lub inną płytę DVD).

Serwis Napisy.org nie zajmował się jednak samymi filmami, tylko tłumaczył na polski i udostępniał w sieci listy dialogowe. Jeśli tego typu działalność jest nielegalna, to co w takim razie z usługą automatycznego tłumaczenia, oferowaną np. przez Google? W serwisie tym można, klikając na odpowiedni przycisk, przetłumaczyć treść witryny koreańskiej na język angielski lub francuski (polskiego nie ma w ofercie). Czy w związku z tym procederem Larry Page i Sergey Brin, twórcy Google, powinni zasiąść w areszcie obok administratorów Napisy.org?

O tym, że takie pytania warto sobie stawiać zawczasu, przekonał się w 2001 r. rosyjski programista Dmitrij Skljarow. W ramach pracy w rosyjskiej firmie informatycznej ElcomSoft opracował on program usuwający zabezpieczenie uniemożliwiające kopiowanie plików zapisanych w specjalnym formacie przeznaczonym dla e-booków (cyfrowych książek). Rozwiązanie Skljarowa, legalne w Europie (umożliwia bowiem realizację prawa do dozwolonego użytku i zrobienia prywatnej kopii), okazało się nielegalne w USA. Rosjanin dowiedział się o tym w Las Vegas, gdy założono mu kajdanki. Do domu wrócił dopiero po pół roku, kiedy w ostatecznym werdykcie amerykański sąd stwierdził, że nie nastąpiło celowe złamanie prawa.

Piotr Waglowski, autor książki „Prawo w sieci” (Helion, 2005 r.) i twórca doskonałego serwisu Vagla.pl, poświęconego prawnym aspektom Internetu, za każdym razem, gdy komentuje podobne interwencje policji, zwraca uwagę, że w oficjalnych komunikatach brakuje odwołań do określonych przepisów prawa uzasadniających działanie. – Konstrukcja notatek policji mogłaby uwzględniać różnych czytelników: nie tylko tych, którzy mają po lekturze poczuć respekt przed karzącą ręką sprawiedliwości, ale też badaczy, którzy chcieliby móc przeanalizować przesłanki odpowiedzialności w konkretnej sprawie – twierdzi Waglowski. Postulat jak najbardziej zasadny, bo już nieraz organa ścigania pochopnie wydawały wyrok (pamiętna sprawa „przestępców w białych kołnierzykach” z Wrocławia, uniewinnionych przez sąd, co jednak nie uratowało ich firmy przed bankructwem).

Aktywność policji, donoszącej co kilka dni o kolejnym wykrytym przestępstwie internetowym, cieszy, nie należy być jednak bezkrytycznym. – W sieci każdy może być przestępcą – twierdzi mecenas Maciej Kliś, specjalizujący się m.in. w przestępczości internetowej. – Dla policji wystarczającą przesłanką do postawienia zarzutu o nielegalne rozpowszechnianie filmów lub pornografii jest posiadanie na twardym dysku takich materiałów oraz programu do wymiany plików.

Podobny zestaw materiałów i programów znaleźć można niemal w każdym komputerze; gdy policjanci przeszukują akademiki lub prywatne mieszkania, z dużym prawdopodobieństwem znajdą takie dowody przestępstwa. – Jeszcze bardziej sprawa komplikuje się w przypadku pornografii dziecięcej, bo już samo posiadanie takich materiałów jest karalne. A mogą się one znaleźć w komputerze bez wiedzy jego właściciela, jako np. zawartość spamu, czyli niechcianej korespondencji trapiącej każdego użytkownika poczty elektronicznej.

Lawrance Lessig, profesor Stanford School of Law, jeden z najwybitniejszych specjalistów w dziedzinie prawa internetowego, zwraca uwagę w książce „Code, version 2.0”, że Internet bardzo się zmienił w ciągu ostatniej dekady. Jeszcze w połowie lat 90. XX w. sieć traktowano jako przestrzeń wolności, której nie powinno się ograniczać żadnymi regulacjami. Gdy jednak cyberświat zaczął się zaludniać, pojawili się także: złodzieje, fałszerze, pedofile, stręczyciele, naziści, rasiści, podżegacze. Pojawiły się także nowe problemy dla wymiaru sprawiedliwości – wynikające choćby z ponadnarodowego charakteru Internetu – polski lub rosyjski haker może włamać się do amerykańskiego banku, wykorzystując do tego celu komputery znajdujące się w innych krajach.

Nawet jeśli sprawca zostanie wykryty, to prawo jakiego kraju zostało złamane? Jak jednoznacznie zabezpieczyć materiał dowodowy, skoro ma on charakter wyłącznie niematerialny? Jak zorganizować skuteczną współpracę policji różnych krajów, dysponujących nie tylko różnymi systemami prawnymi, ale także znajdujących się na różnym poziomie rozwoju technicznego? Konkretne problemy doprowadziły do opracowania nowych regulacji prawnych krajowych i międzynarodowych. I tak polskich klientów (i szerzej, mieszkańców Unii Europejskiej), kupujących przez Internet, chronią przepisy o ochronie konsumentów w umowach zawieranych na odległość, a także o elektronicznych środkach płatniczych. Znowelizowane przepisy prawa karnego precyzują kwestie odpowiedzialności karnej za rozpowszechnianie pornografii i regulują kwestie hakerstwa.

Rada Europy przyjęła w 2001 r. w Budapeszcie konwencję o cyberprzestępczości, którą ratyfikowały nawet Stany Zjednoczone, choć nie zdążyła tego jeszcze zrobić Polska. W 2006 r. pod auspicjami ONZ rozpoczęło działalność Internet Governance Forum, międzynarodowe ciało mające harmonizować prace nad regulacją Internetu. – W efekcie wymiar sprawiedliwości dysponuje odpowiednimi narzędziami umożliwiającymi walkę z cyberprzestępczością – twierdzi mecenas Kliś. – Kwestia przestępstw internetowych jest natomiast fetyszyzowana, bo zapominamy, że wraz z umasowieniem tego medium i popularyzacją elektronicznych usług bankowych czy e-handlu wiele działań przestępczych migrowało ze świata realnego do wirtualnego. Niewątpliwie więc rośnie liczba internetowych przestępstw, co nie jest jednak niczym niezwykłym, a przestępstwa te są coraz skuteczniej ścigane.

Najwolniej przystosowują się do zmiany rzeczywistości sami użytkownicy Internetu, traktując ten obszar życia społecznego mniej poważnie. O ile wszyscy mieszkańcy dużych miast wiedzą, na jakie ulice nie należy się zapuszczać i jakich lokali lepiej nie odwiedzać, a tym bardziej nie wysyłać tam dzieci, to w przypadku sieci taka wiedza jeszcze się nie upowszechniła.

Jak oka w głowie strzeżemy kluczy do mieszkania, kart płatniczych, portfela, jednak bez wahania większość z nas zostawia hasła do komputera w widocznym miejscu (żeby nie zapomnieć), choć często hasło takie umożliwia dostęp do sporego majątku. Prezesi banków więcej wydają na sejfy i fizyczną ochronę niż na zabezpieczenia elektroniczne. W rezultacie, jak przyzna każdy haker i policjant, zdecydowana większość przestępstw internetowych popełniana jest niejako na życzenie, jako rezultat niefrasobliwości użytkowników sieci.

Winą za tę niefrasobliwość obarczamy jednak samą sieć. W chwili, gdy na świecie z Internetu korzysta prawie 1,3 mld osób, sprawa nabiera olbrzymiego znaczenia gospodarczego i politycznego. Politycy odczuwają coraz większą pokusę i jednocześnie dostrzegają społeczne przyzwolenie, by dalej regulować Internet. I tak amerykańscy politycy próbowali wprowadzić Child Online Protection Act, ustawę narzucającą operatorom Internetu blokowanie dostępu osobom poniżej 17 roku życia. W staraniach tych napotkali jednak w marcu ub.r. opór sądu, który zakwestionował pomysł rządu twierdząc, że „najprawdopodobniej uczynilibyśmy krzywdę młodzieży, chroniąc ją dzisiaj i osłabiając przy tym gwarancje wynikające z Pierwszej Poprawki (przepis konstytucji USA gwarantujący wolność słowa – przyp. autor), z których będą korzystać w pełni, gdy dorosną”.

Czego jednak nie można uregulować wprost, reguluje się pośrednio, oddziałując – jak opisuje w swej książce wspomniany Lawrence Lessig – na architekturę Internetu. Wystarczy zobowiązać operatorów sieci do gromadzenia danych o tym, co się dzieje w cyberprzestrzeni i co robią jej użytkownicy, by uczynić z Internetu potencjalne narzędzie inwigilacji, o jakim władcy państw totalitarnych mogli tylko marzyć.

Niepostrzeżenie Internet traci swój największy walor – otwartość, dzięki której możliwa stała się bezprecedensowa eksplozja kulturowej i technicznej kreatywności. Innymi słowy, grozi nam spełnienie się wizji, jaką przedstawił już w 1983 r. Ithiel de Sola Pool, politolog z Massachusetts Institute of Technology, który w głośnej książce „Technologies of Freedom” ostrzegał, że nowe technologie komunikacji wywołają naturalny, napędzany dobrymi intencjami demokratyczny pęd do regulacji niezrozumiałych i niepokojących aspektów rzeczywistości, będących skutkiem upowszechnienia tych technologii.

Zawsze jednak pojawiają się nieprzewidziane konsekwencje tych regulacji, których skutkiem jest czasowa lub trwała degeneracja systemu obywatelskich wolności. Porządkujmy więc Internet, pamiętając jednak, jaka może być stawka nadmiernej gorliwości.


Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj