Gen bogactwa
O postępie cywilizacji decyduje jakość materiału ludzkiego, twierdzi prowokacyjnie amerykański ekonomista Gregory Clark. Jeśli ma rację, trzeba nie tylko przemyśleć na nowo historię ludzkości, lecz także zastanowić się poważnie nad strategią na przyszłość.

 

Przekonanie o tym, że biologiczna ewolucja ludzkiego gatunku uległa magicznemu zatrzymaniu, jest tak powszechne, że można je nazwać dogmatem współczesnego darwinizmu. Psychologia ewolucyjna na przykład odwołuje się nagminnie do pojęcia środowiska pierwotnej adaptacji, aby wyjaśnić, dlaczego człowiek wydaje się niekiedy kiepsko przystosowany do życia w cywilizowanych warunkach. Tymczasem wiele wskazuje na to, że do zmieniającego się środowiska adaptujemy się nadal.

Kiedy w 2000 r. wrocławscy antropolodzy Bogusław Pawłowski i Anna Lipowicz ogłosili wraz z Brytyjczykiem Robinem Dunbarem w tygodniku „Nature” krótki komunikat, że wysocy mężczyźni odnoszą większy sukces reprodukcyjny, potraktowano to jako odkrycie dość trywialne. Trywialne nie było – stanowiło bowiem dowód, że ewolucja naszego gatunku nadal się toczy. W tym wypadku dał o sobie znać mechanizm nazwany przez Darwina doborem seksualnym. Dobór ten nie polega na tym, że pewna pani szczególnie lubi pewnego pana, lecz jest motorem selekcji cech uważanych za atrakcyjne przez przedstawicieli płci przeciwnej. Jeśli wysocy mają więcej szczęścia w miłości i pozostawiają więcej potomstwa, to sądzić można, że także wśród ich dzieci wyżsi mężczyźni znajdą więcej kobiet pragnących zaakceptować ich geny.

Wzrost wzrostem, ale czy na przykład ewoluuje nam nadal inteligencja? Jeszcze niedawno samo postawienie takiego pytania byłoby naruszeniem norm politycznej poprawności, w myśl której wszyscy jesteśmy, generalnie biorąc, jednakowo mądrzy. W 2005 r. trójka amerykańskich antropologów: Gregory Cochran, Jason Hardy i Henry Harpending, poważyła się jednak na ogłoszenie w „Journal of Biosocial Science” artykułu o znamiennym tytule: „Historia naturalna inteligencji Żydów Aszkenazyjskich”. Nie tylko stwierdzili oni, że wyższy od przeciętnego współczynnik inteligencji IQ wspomnianej grupy jest empirycznym faktem, lecz zaproponowali także hipotezę, zgodnie z którą dla tej wybranej żydowskiej cechy środowiskiem pierwotnej adaptacji było europejskie średniowiecze.

W tym okresie żyjący w diasporze Żydzi stanowili izolowaną genetycznie populację, na którą na dodatek wywierana była silna selekcyjna presja promująca cechy szczególnie przydatne w wykonywanych przez nich zawodach, m.in. kupców i bankierów. Mechanizm doboru naturalnego był zupełnie klasyczny – ci, którym się lepiej powiodło w interesach, mogli wychować większą liczbę dzieci i dawać im lepsze wykształcenie, dzięki czemu z czasem owe przydatne cechy (zdolność racjonalnej kalkulacji, oceny ryzyka, długofalowego planowania) wzmocniły się i uległy genetycznemu utrwaleniu. Odbyło się to pewnym kosztem, gdyż – jak dowodzą Cochran, Hardy i Harpending – znacznie wzrosła też liczba Żydów cierpiących na którąś z kilku specyficznych chorób genetycznych (zespoły Tay-Sachsa, Gauchera czy Niemann-Picka), mających związek z układem nerwowym.

Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy tak głębokie ewolucyjne zmiany zajść mogą w stosunkowo krótkim czasie, to może zapoznać się z modelem zwierzęcym przyspieszonej ewolucji wymuszonej na rosyjskich (w owym czasie jeszcze radzieckich) srebrnych lisach drogą selekcji przez prof. Dymitra Bieliajewa z Nowosybirska. Eksperyment z udomowieniem lisów, rozpoczęty w 1948 r., przyniósł po 40 latach zaskakujące rezultaty. Nie tylko stały się te zwierzęta przyjazne wobec ludzi, lecz zaczęły się zachowywać jak psy – szczekają i merdają ogonami. Zmienił się także kolor ich futra i zaczęły im zwisać uszy.

Jeśli lisy mogą ewoluować, to czemu nie mieliby ludzie? Tak właśnie brzmi pytanie, jakie postawił Gregory Clark, amerykański ekonomista z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis, w wydanej kilka miesięcy temu książce „A Farewell to Alms” (Pożegnanie z jałmużną). Cała ludzkość nieprzerwanie ewoluuje – twierdzi – i bez postępującej biologicznej adaptacji nie sposób wyjaśnić przyczyn najważniejszego wydarzenia w dziejach współczesnej ekonomii, jakim była XVIII-wieczna rewolucja przemysłowa. Podtytuł jego książki brzmi: „Krótka historia ekonomiczna świata”, i rzeczywiście można ją streścić w kilku zdaniach.

Przez dziesiątki tysięcy lat ludzkość – początkowo trudniąca się zbieractwem i myślistwem, potem uprawą roli i hodowlą, a wreszcie rzemiosłem i produkcją przemysłową – żyła w skrajnym ubóstwie (faktu tego nie zmieniał przepych królewskich dworów), za które odpowiedzialny był mechanizm zwany przez ekonomistów pułapką maltuzjańską. Opisany on został pod koniec XVII w. przez brytyjskiego demografa i ekonomistę Thomasa Malthusa, który zasłynął swą teorią, że wzrost liczby ludności będzie zawsze wyprzedzał wzrost produkcji. I rzeczywiście, w czasie kiedy publikował w 1798 r. swą „Rozprawę o prawie (wzrostu) ludności i jego oddziaływaniu na przyszły postęp społeczeństwa”, nic nie wskazywało na to, by miał się mylić. Postęp technologiczny, zapewniający wzrost wydajności produkcji rolnej i przemysłowej, był do XIX w. tak powolny, że nie mógł doprowadzić do podniesienia standardu życia, ponieważ wszelkie nadwyżki pochłaniane były przez przyrost naturalny.

Był to mechanizm uniwersalny, równie skutecznie utrzymujący w biedzie australijskich Aborygenów, hinduskich kulisów czy europejskich chłopów pańszczyźnianych. Tak było do chwili, kiedy w niewielkim europejskim wyspiarskim kraju, w Anglii, gdzieś ok. 1800 r. nastąpiła jedyna prawdziwa rewolucja w dziejach ludzkości – w ciągu następnych dziesięcioleci wydajność produkcji zaczęła rosnąć znacznie szybciej niż liczba ludności i 200 lat później przeciętne realne dochody mieszkańców zachodniej Europy, Ameryki i Oceanii są kilkadziesiąt razy wyższe, niż były przez ostatnie 100 tys. lat. I nadal rosną.

Na temat rewolucji przemysłowej i przyczyn, dla których nastąpiła ona w tym, a nie innym czasie i miejscu, napisano tomy. Jak głosi konwencjonalna teoria wyznawana przez wielu ekonomistów, rewolucja ta nastąpiła dzięki temu, że pod koniec XVII w. pojawiły się w europejskich krajach odpowiednie instytucjonalne bodźce sprzyjające wzrostowi produktywności, w czym niewątpliwie przodowała Anglia. Należała do nich ochrona własności prywatnej, wolne rynki, niskie podatki, wzrost bezpieczeństwa obywateli i ograniczone prerogatywy rządu. W swej liczącej nieco ponad 400 stron, pełnej wykresów, tabel i danych statystycznych, książce Clark dowodzi jednak, że żadna z dotychczasowych teorii nie zawiera przekonującego wyjaśnienia tego fenomenu. I większość jego książki poświęcona jest systematycznemu obalaniu jednej koncepcji za drugą. Wszystkie wyżej wymienione instytucjonalne bodźce funkcjonowały np. w Anglii już w średniowieczu, nie powodując jednak żadnego istotnego wzrostu stopy życiowej.

Kiedy ta destrukcja jest już kompletna, na placu pozostaje jedyne, zdaniem Clarka, sensowne wyjaśnienie. W skrócie można je nazwać jakością materiału ludzkiego. Analizując brytyjskie dane demograficzne z okresu 600 lat przed 1800 r., Clark doszedł do wniosku, że rewolucję przemysłową poprzedził długotrwały proces darwinowskiej adaptacji, polegający na przetrwaniu najbogatszych. W tym okresie biologiczna reprodukcja rozmaitych warstw społecznych była silnie uzależniona od ich zamożności – bogaci mieli więcej potomstwa niż biedacy. Ludzie zamożni, sugeruje Clark, zawdzięczali w większości przypadków swój ekonomiczny sukces własnej przedsiębiorczości oraz mieszczańskiemu systemowi wartości, który cenił oszczędność, powściągliwość, uczciwość, pracowitość i skłonność do rozwiązywania konfliktów drogą negocjacji.

Były to rzadkie cechy w archaicznych społecznościach ludzkich, w których panował znacznie wyższy stopień przemocy, impulsywności, rozrzutności i niechęci do systematycznego wysiłku. Owe mieszczańskie wartości, reprezentowane przez zamożniejsze warstwy brytyjskiego społeczeństwa, stopniowo przenikały w dół drabiny społecznej, ponieważ cała demograficzna nadwyżka wytwarzana była przez warstwę te wartości wyznającą. Liczba ludności Anglii przez stulecia pozostawała prawie niezmieniona, miał więc miejsce nieprzerwany dryf „mieszczańskich genów” ku niższym warstwom społecznym. Racjonalna mieszczańska mentalność, pisze Clark, przenikała powoli do narodowej kultury, a może nawet do genetyki.

Jest to idea dość prowokacyjna i jeśli zyska szersze uznanie, trzeba będzie nie tylko przemyśleć na nowo historię ludzkości, lecz także zastanowić się poważnie nad strategią na przyszłość. Jednym z najpoważniejszych źródeł napięcia we współczesnym świecie jest ogromna różnica w poziomie życia ludzi zamieszkujących Pierwszy i Trzeci Świat. Ok. 1800 r. wynosiła ona ok. 1:4, a dziś sięga 1:50. Jeśli Clark ma słuszność, to mała jest nadzieja, że różnica ta zostanie wnet zniwelowana dzięki działaniom zachodnich doradców ekonomicznych oraz ekspertów Banku Światowego. Tak chyba należy rozumieć sugestię zawartą w tytule jego książki.
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj