Akcja habilitacja
Tego jeszcze w Polsce nie było. Nauka trafiła na pierwsze strony gazet, a zapowiedź likwidacji habilitacji wywołuje dziś niemal podobne emocje jak niedawno lustracja. Wszystko za sprawą rządowego projektu reform, na który każdy patrzy po swojemu.

Uczestnicy panelu od lewej: red. Edwin Bendyk i profesorowie: Barbara Kudrycka, Michał Kleiber i Maciej Żylicz.  
 

Starannie zaplanowany scenariusz zakłócił, jak wiele razy już w Polsce bywało, list. List intelektualistów. Luminarze naszej humanistyki, w liczbie czterdziestu i czterech, zaprotestowali tym razem przeciwko zamachowi na fundament polskiej nauki - habilitację. Co gorsza, nie odczekali ze swym protestem do oficjalnego ogłoszenia przez premiera projektów reform nauki i szkolnictwa wyższego. Jak mawiają Amerykanie, ukradli Donaldowi Tuskowi show i zepchnęli go do defensywy. Gdy więc premier spotkał się 16 kwietnia br. w swej kancelarii z kwiatem polskiej nauki, musiał tłumaczyć, że zniesienie stopnia doktora habilitowanego to, owszem, drogowskaz planowanych reform, lecz przy tym jeden tylko z elementów bardzo złożonego projektu, który trzeba oceniać w całości, a nie w wycinkach.

- Zaskoczyło nas, że dokumenty zespołu przygotowującego założenia reform wyciekły do opinii publicznej - stwierdziła, nieco chyba naiwnie, prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego podczas Salonu naukowego „Polityki" 23 kwietnia. - Zaskoczył także bardzo emocjonalny ton reakcji. I zaraz dodaje: - Ale dzięki temu nauka stała się w Polsce głównym tematem i rozgorzała wokół niej prawdziwa debata. Bo taki też, jak deklaruje prof. Kudrycka, jest cel założeń reformy - to materiał do szerokiej dyskusji - Czekamy na państwa opinie i propozycje, by teksty konkretnych aktów legislacyjnych były wypełnione jak najlepszą treścią - zaprosiła uczonych.

Taka otwartość na debatę oznacza, że albo rząd rzeczywiście ma koncyliacyjne zamiary, albo gorzej - że założenia reformy (analizowaliśmy je w „Polityce" dwa tygodnie temu) tworzą tylko katalog lepszych i gorszych pomysłów, a co z nich wyniknie, nie wiedzą nawet sami autorzy. Znamy ich intencje: chcą uczynić polską naukę konkurencyjną i zdolną do istnienia na globalnym rynku badań; chcą podnieść jakość polskich uczelni i lepiej dostosować ich ofertę do potrzeb rynku pracy; chcą w ten sposób, jak zadeklarował premier, stworzyć podstawy dla dalszego rozwoju Polski w warunkach konkurencji, w której głównym czynnikiem przewagi jest wiedza.

Te intencje generalnie świat (dobrych) uczonych rozumie doskonale, a wynikające z nich chęci zmian uważa za wręcz konieczne i sporo spóźnione: - Wcześniejsze próby reform skutecznie blokowały słabsze ośrodki akademickie - stwierdził prof. Piotr Węgleński, biolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Z kolei na uczelniach, nawet tych dobrych, rządzonych zgodnie z ideą uniwersyteckiej autonomii, zapanowała mediokracja, czyli władza statystycznej, a więc przeciętnej większości, dodał prof. Grzegorz Gorzelak, zajmujący się studiami regionalnymi. Ten podwójny system obowiązujących w nauce rządów przeciętnej większości w skali makro i mikro spetryfikował się i trzeba go rozmontować.

Wszystko już było

Założenia reformy taki demontaż proponują przez zastosowanie złożonego systemu, w którym pozytywne ożywienie ma wywołać przysłowiowa marchewka, czyli uzależnienie finansowania pojedynczych uczonych i całych instytucji od jakości pracy mierzonej obiektywnie, po odwołanie się do międzynarodowych audytów włącznie. Kijem będzie kontraktowe zatrudnienie, obowiązkowa mobilność, etatyzacja, czyli określenie maksymalnej liczby stanowisk profesorskich w uczelniach i instytutach oraz poważnie traktowane konkursy o posady.

Uczeni są jednak dociekliwi i w „Polityce" pytali konkretnie: - Wszystkie te pomysły były formułowane wielokrotnie, w istocie założenia reformy to zbiór idei, o których mówi się od lat. Jak jednak będą wdrażane? Ile w nowym systemie będzie administracyjnego przymusu i ręcznego sterowania, ile samoregulującego się procesu? Jeśli mówimy o etatyzacji, to kto i w jakim trybie będzie określał numerus clausus, etatowy pułap dla poszczególnych jednostek?

Pytania i uwagi uczonych formułowane w mediach i w Internecie, a także wypowiadane podczas spotkania w „Polityce", tworzą odpowiednik słynnych „Cahiers de doléances", list skarg, jakie powstały, gdy w marcu 1789 r. król Francji Ludwik XVI w odpowiedzi na rosnące niepokoje w kraju zarządził „konsultacje społeczne". Niestety, choć intencje miał słuszne, nie wyciągnął z konsultacji właściwych wniosków i nie podjął odpowiednich reform. Dalszy przebieg smutnej dla króla historii znamy. Historia ta w każdym razie uczy, że z procesem społecznym nie można żartować, bo raz uruchomiony nie daje się do końca kontrolować ani tym bardziej zatrzymać. Dlatego dobrze, że premier Tusk, mimo licznych spekulacji o bliskim kresie politycznej przygody prof. Kudryckiej, poparł swoją minister. Teraz jednak nadchodzi moment znacznie trudniejszy.

Wóz przed koniem

Planowana reforma nauki i szkolnictwa wyższego jest bezprecedensowa, o jej powodzeniu zadecyduje bowiem zsynchronizowane wprowadzenie wielu instrumentów administracyjnych, instytucjonalnych i finansowych. Mają one uruchomić żywiołowe procesy, których ewentualne pozytywne skutki pojawią się za wiele lat, choć nikt nie jest tego w stanie zagwarantować. Taki jest bowiem urok zarządzania systemami złożonymi, do których niewątpliwie należy system nauki i szkolnictwa wyższego. Podobnie zresztą jak inne systemy działające we współczesnym państwie: służba zdrowia, siły zbrojne, edukacja.

Niestety, rząd nie startuje z dobrej pozycji. Reforma nauki i debata o niej ujawniła, że dziś każdy prawdziwy reformator zmierzyć się musi z zaniechaniami z poprzednich lat. Po pierwsze, okazuje się, że w istocie reformatorzy dysponują bardzo słabą bazą informacyjną dotyczącą polskiej nauki. Wiedza o jej stanie ma w dużej mierze charakter publicystyczny. Np. najnowsza baza scjentometryczna, pozwalająca precyzyjnie ocenić dorobek polskich uczonych, jaką dysponuje Ministerstwo Nauki, pochodzi z... 1999 r. - Nie istnieją także polskie badania dotyczące polskiej nauki, bo wnioski o granty na nie były odrzucane - dodaje prof. Gorzelak. Podobnie jest wszakże w innych sferach polskiego życia publicznego, wystarczy przypomnieć niekończące się dyskusje o zarobkach lekarzy, których by nie było, gdyby Ministerstwo Zdrowia dysponowało odpowiednimi informacjami.
To jednak tylko początek. Równolegle z założeniami reformy Rada Nauki pod kierownictwem prof. Michała Szulczewskiego przygotowywała projekt „Strategii rozwoju nauki w Polsce do 2015 r.". Powstał czterdziestostronicowy dokument, wskazujący m.in. na konieczne kierunki reform, choć przecież kierunki te zostały ogłoszone tydzień wcześniej. Powinno być odwrotnie, lecz nie mogło, dlatego że w polskiej tradycji politycznej wszelkie dokumenty strategiczne, a więc obliczone na 10-20 lat, kończą żywot wraz z kadencją parlamentarną. Strategia przygotowana w 2005 r. przez prof. Michała Kleibera została unieważniona przez jego następcę prof. Michała Seweryńskiego, jego z kolei strategia została skrytykowana przez Radę Nauki.

To jednak jeszcze nie koniec polskiej specyfiki w zarządzaniu państwem. Wspomniana strategia wskazuje m.in. na konieczność opracowania strategicznych kierunków badań, co będzie możliwe dopiero, gdy zakończy się wielki projekt analizy tych kierunków realizowany pod nazwą Narodowy Program Foresight Polska 2020. Jego wyniki poznamy dopiero jesienią, ale niezrażeni tym autorzy „Strategii" proponują salomonowe wyjście: gdyby wyniki NPF Polska 2020 różniły się od założeń, dokona się stosownych korekt. Dla porównania Czesi podjęli program prognozowania strategicznego w 2006 r. po to m.in., żeby w racjonalny sposób ulokować fundusze europejskie przeznaczone na modernizację nauki. My już sporą część tych pieniędzy podzieliliśmy. Jak? Można się tylko domyślać, że w wielu przypadkach działał mechanizm podobny jak we Włoszczowie.

Spotkanie w „Polityce" pokazało, że reforma może liczyć na krytyczne poparcie. Prof. Michał Kleiber, w latach 2001-2005 minister nauki, obecnie prezes Polskiej Akademii Nauk, zadeklarował czynne podejście Akademii do reform, czego wyrazem są inicjowane bez czekania na nowe akty prawne zmiany. Już niebawem możemy doczekać się pierwszych fuzji instytutów PAN z uczelniami wyższymi, a ta idea jeszcze kilka lat temu wywoływała wśród akademików dreszcz zgrozy.

Istnieją także liczne przecież ośrodki naukowe i akademickie, gdzie zachowała się kultura naukowej doskonałości i organizacyjnej kreatywności. Znakomity Instytut Chemii Organicznej PAN nie czekając na formalne przyzwolenia „usamodzielnia" najzdolniejszych młodych doktorów, zachęca ich do autonomicznego prowadzenia badań na własne naukowe konto. W efekcie ich ścieżka kariery skróciła się i jako trzydziestolatki doskonale odnajdują się w światowym życiu naukowym. - Najciekawsze zjawiska powstają poza systemem - konstatuje prof. Tomasz Szapiro, matematyk i ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej.

Luka w nauce

To aktywa, na których można budować. Trzeba jednak pamiętać o pasywach. Środowisko nauczyło się nie ufać państwu i politykom. Uczeni powtarzają: Rządzący od lat zwodzą nas obietnicami większych nakładów, istotnych zmian, deklarują zrozumienie dla roli nauki i szkolnictwa, a potem wszystko idzie po staremu. I obawiają się, że tym razem będzie podobnie. Albo zabraknie politycznej woli, by podjąć ryzyko głębokich reform, albo nie starczy kompetencji, by je wdrożyć.

Warto jednak pamiętać, co zauważył prof. Bogdan Lesyng, fizyk z Uniwersytetu Warszawskiego, że tym razem spór o reformy toczy się w radykalnie odmiennej sytuacji: - Dziś największym wyzwaniem jest odpływ ludzi młodych z nauki. Skutki emigracji najzdolniejszej młodzieży odczuwać będziemy przez wiele lat. Podobnego zdania jest prof. Wojciech Stec, chemik i wiceprezes PAN, zmartwiony, że coraz więcej jego podopiecznych kontynuuje kariery w USA, i dodaje dosadnie: - Nie martwmy się tak bardzo o profesorów, zróbmy wszystko, by zahamować coraz szybciej rosnącą lukę pokoleniową w polskiej nauce.

To prawda, gdy w laboratoriach zabraknie nowych, młodych kadr, problem habilitacji podniesiony w Liście 44 stanie się nieistotny, bo nie będzie nikogo, kto chciałby się o ten zaszczyt ubiegać. Z całym więc szacunkiem dla roli listów w polskim życiu publicznym, nie warto umierać za habilitację. Stawka jest o wiele większa.
 

Pełne nagranie dyskusji o reformie nauki i szkolnictwa wyższego dostępne w serwisie internetowym makroskop.polityka.pl
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj