Homo od kuchni
Historia przyrządzania gorących posiłków jest dużo dłuższa niż naszego gatunku. Choć nadal nie wiemy, co było pierwsze: opanowanie ognia czy rozwój mózgu?

Zasiadając do biesiadnego stołu, rzadko zastanawiamy się nad tym, jakie ewolucyjne konsekwencje niesie ze sobą wybór naszego jadła i napoju. Brytyjski prymatolog i profesor antropologii biologicznej na Uniwersytecie Harvarda Richard Wrangham jest przekonany, że właśnie podjęta przed tysiącami lat przez naszych ewolucyjnych przodków kulinarna decyzja, dotycząca wykorzystania ognia do przygotowywania posiłków, doprowadziła do naszego uczłowieczenia.

Zanim przedstawimy jego teorię – nadal uważaną przez wielu za kontrowersyjną – dotyczącą wpływu gotowania na ewolucję gatunku ludzkiego, warto przypomnieć inną kontrowersję o bardziej podstawowym charakterze. Chodzi o toczącą się od stuleci wśród antropologów, psychologów i filozofów debatę na temat tego, czy ludzka jednostka jest produktem wychowania, czyli kultury, czy też naturalnym, genetycznie zdeterminowanym tworem natury. Debata ta zajmowała w naukach o człowieku centralne miejsce co najmniej od czasu, kiedy dwaj brytyjscy oświeceniowi filozofowie Tomasz Hobbes i John Locke opowiedzieli się za koncepcją człowieka rodzącego się jako niezapisana karta (tabula rasa) i całkowicie kształtowanego przez wychowanie i środowisko. (W istocie jej historia sięga starożytności i stworzonego przez Greków pojęcia Natury jako czegoś niezależnego od ludzkich poczynań i intencji).
 

Kiedy w latach 70. kilku zuchwałych biologów, z amerykańskim entomologiem Edwardem Wilsonem na czele, zaproponowało nowe podejście – nazwane socjobiologią – do studiów nad ludzkim charakterem i zachowaniem, traktowanymi jako wynik procesu biologicznej selekcji i ewolucji, natrafili na niezwykle silny opór ze strony sporej grupy innych badaczy, którzy twierdzili, że biologia nie może dostarczyć żadnych interesujących informacji na temat ludzkiej natury. Od tego czasu jednak badania psychologiczne – m.in. dotyczące jednojajowych bliźniaków rozdzielonych po urodzeniu i wychowanych przez różne rodziny – dowiodły, że geny w istotnym stopniu determinują nasze zachowania, więc przedstawiciele obu konkurujących szkół zawarli coś w rodzaju zawieszenia broni. Zgodzono się w gruncie rzeczy, że mniej więcej w połowie człowiek jest produktem natury, a w połowie kultury. Rodzimy się z pewnymi wrodzonymi skłonnościami (na przykład z wesołym usposobieniem), ale wyrafinowane poczucie humoru kształtowane jest dopiero w procesie wychowania i pod wpływem sprzyjającego humorowi środowiska.

To zawieszenie broni nie trwało jednak długo. Pod koniec lat 70. niezależnie od siebie kilku badaczy zwróciło uwagę na fakt, że nie tylko zdolność do tworzenia kultury jest sama wytworem biologicznej ewolucji, lecz także kultura, zmieniając w radykalny sposób warunki środowiska, w jakim żyjemy, wywiera przemożny wpływ na biologiczną ewolucję naszego gatunku. W 1981 r. opublikowane zostały jednocześnie dwie książki: „Cultural Transmission and Evolution” Luki Cavalli-Sforzy i Marka Feldmana z Uniwersytetu Stanforda oraz „Genes, Mind and Culture” Charlesa Lumsdena z Harvardu. Autorzy zaproponowali koncepcję zwaną dziś koewolucją genów i kultury.

Cztery lata później dołączyła do nich dwójka kalifornijskich badaczy – Robert Boyd i Peter Richerson („Culture and the Evolutionaru Process”), którzy są dziś czołowymi światowymi autorytetami w dziedzinie koewolucji. Według ich teorii podwójnego dziedziczenia, pytanie o to, czy ludzki charakter ukształtowany jest przez kulturę, czy przez geny, przypomina pytanie, czy powierzchnia czworokąta zależy od jego wysokości, czy szerokości. Inna metafora: czy zamieć spowodowana jest przez wiatr, czy przez śnieg?

Idea głosząca, że w toku ewolucji geny i kultura wzajemnie na siebie oddziaływały w procesie udomowienia człowieka, mogłaby pojednać wreszcie zwaśnione obozy zwolenników determinizmu biologicznego i kulturowego – oczywiście, gdyby na takim pojednaniu im zależało.

Wrangham, znany polskiemu czytelnikowi jako współautor kontrowersyjnej w swoim czasie książki „Demoniczne samce”, wpadł na pomysł, że ewolucja ludzkiej kultury (a dokładniej kultury kulinarnej) wyprzedziła w toku naszego rozwoju ewolucję genów i doprowadziła w konsekwencji do narodzin prawdziwego Homo sapiens sapiens. Autor spędził wiele czasu wśród szympansów w Kibale Forest w Ugandzie i wtedy uświadomił sobie, jak wiele nasi bliscy genetyczni kuzyni tracą, nie posługując się ogniem. Mniejsza o ciepło ogniska, bo w ugandyjskiej dżungli rzadko panuje dojmujący chłód – ważniejsze, że mogliby na nim ugotować sobie coś do zjedzenia. Myśl ta, po dyskusjach z kolegami i dalszych przemyśleniach, zaowocowała artykułem, który wraz z czwórką współpracowników Wrangham ogłosił w grudniowym numerze „Current Anthropology” w 1999 r.

Jakim torem szło ich rozumowanie, sugeruje już tytuł artykułu „Surowe i kradzione”. Wrangham stara się myśleć o ewolucji ludzkiego gatunku, przyjmując punkt widzenia szympansa: w czasie swych licznych afrykańskich wypraw próbował żywić się szympansią dietą i doszedł do wniosku, że nie tylko jest ona niesmaczna i trudna do przeżucia, lecz jej niska wartość kaloryczna sprawia, iż współczesny człowiek, z jego zredukowanym systemem trawiennym, prawdopodobnie nie mógłby na niej wyżyć.

Wykorzystanie ognia do przygotowania posiłków otworzyło przed ludźmi nowe rezerwuary dotychczas niejadalnych zasobów odżywczych (takich jak rozmaite rośliny bulwiaste, kasawa czy amerykański ziemniak), umożliwiło łatwiejszą konserwację żywności (na przykład przez jej wędzenie) i znacznie ułatwiło proces żucia i trawienia. Przejście na dietę gotowaną (bądź pieczoną) pozwoliło z czasem ludziom na zmniejszenie rozmiarów naszego żołądka i długości jelit, ponieważ trawienie wymagało mniej energii i pokarm był bogatszy kalorycznie.

Z nowej, łatwiejszej do pogryzienia i strawienia, a także bardziej kalorycznej diety człowiek skorzystał na dwa sposoby – twierdzi Wrangham. Po pierwsze, ludzki mózg to organ bardzo żarłoczny, który w stanie spoczynku spala 20 proc. dostarczanych organizmowi kalorii (u szympansów zaledwie 3 proc.). Większa wartość odżywcza przetworzonej żywności pozwoliła lepiej zasilić nasz mózg przy jednoczesnym skróceniu przewodu pokarmowego. Na dodatek, zmienić się mogły proporcje głowy, która u ludzkich (i praludzkich) noworodków osiągnęła graniczne rozmiary, powyżej których jedynym sposobem narodzin byłoby cesarskie cięcie. Ponieważ miększe jedzenie umożliwiło redukcję rozmiarów szczęk i zębów, ewolucja wygospodarować mogła nieco więcej przestrzeni dla mózgu.

O co jednak chodziło autorom artykułu z tą tytułową kradzieżą? Otóż wynalazek gotowania na ogniu niesie z sobą liczne nieprzewidywalne konsekwencje społeczne. W tym przypadku możliwość przechowywania i gromadzenia zapasów doprowadziła do narodzin własności prywatnej.

Kuchnią – jak można przypuszczać – zajmowały się głównie słabsze i mniejsze od mężczyzn kobiety i wraz z nastaniem epoki gotowania były one narażone na rabunek dokonany przez wałęsających się po okolicy leniwych mężczyzn, którym nie chciało się gotować. Obowiązek ich ochrony wziąć na siebie musieli ich „mężowie”, co doprowadziło do znacznego zwiększenia więzi rodzinnych.

Wrangham i jego współpracownicy doszli do wniosku, że historia przyrządzania gorących posiłków jest dużo dłuższa niż cała historia naszego gatunku. W toku ewolucji hominidów, przed mniej więcej 1,9 mln lat, kiedy w Afryce pojawił się nasz przodek nazwany przez uczonych Homo erectus, nastąpiło szybkie zwiększenie rozmiarów mózgu, któremu towarzyszyło osłabienie uzębienia. Jednocześnie nastąpiły inne anatomiczne zmiany, takie jak ogólne zwiększenie rozmiarów ciała i zmniejszenie dymorfizmu płciowego (czyli różnicy wielkości samca i samicy), co może wskazywać, że już Homo erectus przeszedł na bardziej odżywczą dietę. Wtedy właśnie nasi przodkowie używać zaczęli ognia do przygotowywania pożywienia.

Ich hipoteza spotkała się jednak z natychmiastową krytyką. Wśród antropologów, którzy poszukują kopalnych dowodów na stosowanie przez człowieka ognia, powszechne jest przekonanie, że jego udomowienie nastąpiło znacznie później, co najwyżej 300–400 tys. lat temu. Czy wcześniejsze paleniska nie pozostawiły po sobie kopalnych śladów, czy też zaczęliśmy tracić solidne zęby, jeszcze zanim gotowanie stało się powszechnym ludzkim obyczajem? Na to pytanie nadal brak definitywnej odpowiedzi, lecz jeśli prawdziwa jest druga z tych hipotez, musielibyśmy, w pewnym sensie, zgodzić się z genetycznymi deterministami – oznaczałoby to bowiem, że najpierw ludzki organizm uległ fizjologicznym i anatomicznym zmianom, utrudniającym utrzymanie się przy życiu na małpiej diecie, a zmiany kulturowe, czyli opanowanie ognia i nauka gotowania, były dopiero konieczną reakcją na ewolucję genetyczną.

Jakakolwiek była kolejność tych przemian, jedno wydaje się pewne – ewolucja genów i kultury wzajemnie od siebie zależą.
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj