szukaj
Co przyszłość pokaże
Kiedy stary rok żegna nas kryzysem, a nowy wita zapowiedzią jego ponurych konsekwencji, wraca pytanie, czy przewidywanie przyszłości ma jakąkolwiek przyszłość? Czy wypada mówić o futurologii, jeśli kłopot sprawia przewidzenie pogody na przyszły tydzień?
Liczne kompromitacje futurologii nie powstrzymują fali spekulacji na temat przyszłości. Z przepowiedniami jest pewnie tak, jak pisał Stanisław Lem w „Kongresie futurologicznym”: „Na ogół nikt nie zna się na pompowaniu, a jednak spieszymy na stanowiska, usłyszawszy okrzyk: Do pomp!”.

Pierwszy chyba poważny raport futurologiczny, przygotowany w 1937 r. na zlecenie National Resources Committee, miał opisać wpływ, jaki w ciągu 20 lat nowe technologie wywrą na Amerykę. Grupa specjalistów pod kierownictwem socjologa Williama Ogburna z University of Chicago przewidziała więc, całkiem trafnie, jak zmieni się życie jej obywateli, kiedy uzyskają powszechny dostęp do syntetycznej gumy, plastiku, telewizji, przyczep kempingowych czy maszyn do zbierania bawełny, nie wspominając jednak o komputerach, energii jądrowej czy półprzewodnikach, czyli technologiach, które już kilka lat po opublikowaniu raportu weszły w okres niemowlęcy, by wkrótce potem ukształtować cały XX w.


Jak pisał kiedyś w „Wiedzy i Życiu” Maciej Iłowiecki, przewidywania przyszłości mówią przede wszystkim o lękach i wyobraźni ludzi epoki, w której ich dokonywano. Trudno o bardziej dobitny przykład niż opracowane w 1964 r. przez Theodore’a Gordona i Olafa Helmera z RAND Corporation studium „Report on a Long-Range Forecasting”. Gdyby rzeczywistość wykazała się minimum pokory wobec tego rzetelnego, sporządzonego tzw. metodą delficką, raportu, już w 1984 r. wymienialibyśmy wadliwe narządy i części ciała jak dziurawe tłumiki, skazy osobowości wygładzalibyśmy powszechnie dostępnymi środkami chemicznymi. W 2000 r. natomiast uwolniwszy się od chorób i wad genetycznych, eksploatowalibyśmy z powodzeniem dna mórz, a nawet Księżyc, syntetyzowali białka na skalę przemysłową, energię pozyskiwali z fuzji termojądrowej i regulowali pogodę wedle życzenia. W połowie XXI w. zapanowalibyśmy nawet nad siłą grawitacji.
 


Wielkie wielkich pomyłki

W 1904 r. ówczesny pułkownik, a niedługo potem marszałek Francji Ferdinand Foch miał nazwać samoloty interesującymi zabawkami bez wartości bojowej. Kilkanaście lat po jego śmierci w 1929 r. to owe zabawki zadecydowały o losach świata.

„Ludzie szybko się znudzą gapieniem co wieczór w pudło ze sklejki", uspokajał zaniepokojonych pojawieniem się telewizji ludzi z branży filmowej Darryl Zanuck, wiceszef Twentieth Century Fox. Był 1946 r.

Lord Kelvin, być może ­największy fizyk XIX w., został unieśmiertelniony zarówno przez sformułowanie drugiej zasady termodynamiki, jak i przez stwierdzenie, że „promienie rentgenowskie to bzdura".

Idiotyzmem nazwał w 1933 r. Ernest Rutherford pogląd, że atom (istnienie jego jądra sam odkrył) stanie się kiedykolwiek źródłem energii. Podobnie sądził Albert Einstein. W 1942 r. Enrico Fermi złożył w hali sportowej University of Chicago pierwszy stos atomowy.

Na kilka dni przed historycznych rozmiarów krachem na giełdzie z 1929 r., który dał początek wielkiej depresji, znakomity ekonomista Irving Fisher z Yale University powiedział, że ceny akcji wspięły się na bezkresną wyżynę.

„Będziecie w domu, zanim liście spadną z drzew", obiecywał Wilhelm II niemieckim żołnierzom wyruszającym na I wojnę światową. Był sierpień 1914 r.

W 2003 r. miesięcznik ­„WIRED" ogłasza koniec futuryzmu. Pięć lat później przyznaje, że przedwcześnie. Czy aby nie za szybko się kaja?
 

Zimnowojenny stan ducha kazał ankietowanym na potrzeby raportu RAND specjalistom rozmaitych dziedzin postrzegać Ziemię jako pole nieustannej walki – z nieprzyjacielem za żelazną kurtyną i z przyrodą, którą można było bezkarnie, jak się wówczas wydawało, eksploatować. Brakowi refleksji nad skutkami zanieczyszczenia ekosystemu czy upowszechnieniem mikroelektroniki towarzyszyła natomiast troska na przykład o to, jak obecność inteligentnych maszyn odmieni stosunki społeczne. Co pocznie klasa robotnicza? W jakiej formie zwracać się do komputera? Z dzisiejszej perspektywy to nie realne problemy, a futurystyczne aberracje. Tymczasem zanim nadeszły roboty, przyszła pierestrojka, głasnost, Intel, Internet, Linux, Nokia, Google i Bill Gates – i otworzyły się zupełnie nowe okna na przyszłość.

Ruchy ciał

Żyjemy zatem w niewyobrażalnej przyszłości. I tak już będzie. Ale właściwie dlaczego? Zgrabnie wyjaśnił to Donald Rumsfeld, sekretarz obrony USA w gabinecie George’a Busha i niedoceniony futurysta. Swego czasu zasłynął twierdzeniem: „Są znane wiadome. To rzeczy, o których wiemy, że je znamy. Są znane niewiadome. Czyli rzeczy, o których wiemy, że ich nie znamy. Ale są też nieznane niewiadome. To rzeczy, o których nie wiemy, że ich nie znamy”. Te pozornie absurdalne słowa domagają się chwili zastanowienia. Wtedy ujawniają głębszy sens.

Pierwsza kategoria jest oczywista. Przedmiotem badań osób zawodowo zajmujących się przewidywaniem przyszłości – kiedyś filozofów przyrody, dziś meteorologów, ekonomistów, socjologów czy politologów – była i jest kategoria druga, czyli znane niewiadome. Wiara lub silne założenie, że złożona rzeczywistość da się ująć w ścisłe reguły, stanowi przedłużenie tradycji, której początek dali uczniowie Pitagorasa uważający liczbę za naczelną zasadę porządkującą. Świat pitagorejski posiadał strukturę harmonijną, pełną idealnych proporcji. Przypadek i chaos byłyby jedynie dowodem na to, że nie wszystkie wartości niewiadomych zostały wyznaczone, że za rusztowaniem z niedoskonałych teorii stworzonych przez ludzi ukrywa się budowla doskonała.

Przekonywał o tym także Platon, któremu ufano tak bardzo, że dopiero w XIX w. ktoś odważył się wysunąć głowę poza otwór jego (metaforycznej) jaskini, by przekonać się, że na zewnątrz panuje jeszcze większy nieporządek niż wewnątrz. Dokonał tego matematyk i fizyk francuski Henri Poincaré (1854–1912), zresztą ideowy spadkobierca Platona. Zauważył, że wystarczy do doskonale przewidywalnego układu dwóch krążących wokół siebie planet dołożyć trzecią, a całość zacznie szalony taniec świętego Wita. Przypadek to tylko miara ignorancji, twierdził jednak uparcie Poincaré, odmawiając racji swemu doktorantowi Louisowi Bachelierowi (1870–1946), który podobnie nieprzewidywalne procesy dostrzegł w cenach akcji na giełdzie paryskiej.

Poincaré i Bachelier dowiedli w zasadzie, że Isaac Newton, który stracił 20 tys. funtów (w czasach, gdy umiarkowanie zamożna rodzina wydawała rocznie około 200 funtów) po pęknięciu wielkiej bańki spekulacyjnej napompowanej w 1711 r. przez South Sea Company, był w błędzie mówiąc, że potrafi przewidzieć ruchy ciał niebieskich, ale nie szaleństwo ludzi. Bo nawet ciała niebieskie bywają nieprzewidywalne. Zupełnie jak pogoda.

Meteochaos

Kiedy na początku XX w. Wilhelm Bjerknes, geofizyk i matematyk norweski, zalewał fundamenty współczesnej meteorologii, wydawało się, że przyszłość – przynajmniej jeśli chodzi o pogodę – jest oczywista. Wystarczy poznać warunki początkowe i podstawowe prawa zmian pogody. Najlepiej użyć do tego komputera. Co prawda wygenerowanie pierwszej tego typu prognozy zajęło w 1950 r. wielkiej jak silnik parowca maszynie ENIAC tyle czasu, ile obejmowała, czyli 24 godziny, ale przyszłość prognozowania wydawała się jasna. Przez całe 10 lat, do chwili, gdy zmarły przed paroma miesiącami matematyk i meteorolog amerykański Edward Lorenz wyszedł na kawę.

Wcześniej uruchomił swój symulator konwekcji termicznej w atmosferze, ale zamiast podać prostemu programowi dane wejściowe z dokładnością do szóstego miejsca po przecinku, jak to zwykle robił, podał je z dokładnością do trzeciego. I zamiast otrzymać wyniki podobne do poprzednich, po powrocie do komputera na ekranie odkrył oznaki chaosu.

Minimalna zmiana warunków początkowych w systemie tak złożonym jak ziemska atmosfera może prowadzić do wielkich zmian w stanie końcowym, a ruch (zamęczonego już w mediach) motyla w Singapurze może wywołać burzę w Karolinie Północnej. No prawie – w rzeczywistości sytuacja nie jest tak dramatyczna, motyl Lorenza nie jest całkiem wolny. Jest przyszpilony, jak to ujmuje David Orrell w „The Future of Everything”. Choćby machał z całych sił, układ sił atmosferycznych nie wyjdzie poza określone granice opisywane przez teorię chaosu, nową, ustanowioną przez Lorenza (po rozbiegu przygotowanym przez Jacques’a Hadamarda i Poincaré’go) dziedzinę wiedzy, obejmującą zjawiska tak pozornie odległe jak meteorologia, biologia, socjologia czy ekonomia.

Nie poznamy niestety nawet znanych niewiadomych w równaniach opisujących pogodę. Na którym miejscu po przecinku w ocenie wilgotności w lasach filipińskiej wyspy Marinduque się zatrzymać? Jak praktycznie mierzyć rozkład temperatur na pustyni Gobi? Ale to drobiazg w porównaniu z niewiedzą na temat Rumsfeldowskich nieznanych niewiadomych. W ziemskiej atmosferze zbyt wiele jest niezbadanych wzajemnych zależności, sprzężeń zwrotnych, zbyt wiele postaci przyjmuje woda – główny czynnik zmian pogody na planecie. Być może całą Ziemię należałoby traktować zgodnie z teorią ekologa brytyjskiego Jamesa Lovelocka jak jeden wielki, samoregulujący się organizm – ale jakie równania opisują takie byty?

Nie bez przyczyny Martin Rees, szef szacownego Towarzystwa Brytyjskiego, mawia, że o ile jest szansa na poznanie praw natury rządzących zjawiskami na dwóch biegunach skali wielkości, mikroświata i Wszechświata, kwarków i ewolucji galaktyk, o tyle zachowania złożonych układów średniej skali mogą zawsze pozostać poza zasięgiem ludzkiej myśli. A może w ogóle – poza horyzontem jakiejkolwiek wiedzy. Plus jest taki, że nauka nigdy się nie skończy. Minus – że nie raz zmokniemy, wychodząc w słoneczny dzień bez parasola. Jedynym ratunkiem są obarczone błędem prognozy oparte na rachunku prawdopodobieństwa, wykorzystujące jednocześnie wiele modeli, z których żaden nigdy nie będzie doskonały.

Ale jeśli ktoś sądzi, że prognozowanie pogody jest trudne, niech nawet nie myśli o ekonomii, z którą dzieli wspólne korzenie matematyczne. To bulgoczący gar z niewiadomymi.

Czynniki paradoksalne

„Prognozy ekonomiczne jawią się jako nauka, przy której astrologia wydaje się godna szacunku” – to słowa Burtona Malkiela, pierwszej klasy ekonomisty z Princeton University. Sam jest dowodem ich słuszności. Zapytany w marcu przez CNN o to, jak będą wyglądały kolejne miesiące, wyznał tylko, że ekonomia zwolniła, jest w kiepskim stanie, a 2008 r. nie będzie nadzwyczajny. Zapowiadał deszcz, a przeszło tornado. Kilka miesięcy potem giełda zaczęła swój kilkudziesięcioprocentowy zjazd i analitycy, nie po raz pierwszy, zostali w tyle za wydarzeniami.

Żaden model nie przewidział krachu w 1929 r. czy katastrofy na giełdach azjatyckich w 1997 r. Po czarnym czwartku w 1987 r. „The Economist” pisał o „porażce niemal wszystkich prognostów” i narastającym „sceptycyzmie wobec wartości przepowiedni ekonomicznych”. Po pęknięciu bańki internetowej w 2001 r. powtarzał, że „pomimo setek umieszczonych w nich równań, modele ekonomiczne notorycznie zawodzą w przewidywaniu recesji”. Na swoje usprawiedliwienie ekonomiści, a coraz częściej ekonofizycy i matematycy, mają trudną nawet do zdefiniowania liczbę zmiennych i parametrów, które wpływają na badany system. Jednym z nich jest pogoda, a raczej klimat, okoliczność sama w sobie nieprzewidywalna. Zasadniczym zaś – człowiek, którego pełną sprzeczności, wymykającą się definicjom, psychikę trzeba jakoś wmontować w zestaw jednoznacznych prawideł.

Kolejnym zasadniczym wyzwaniem inżynierii finansowej jest fakt, że analitycy idąc naprzód muszą być niejako zwróceni ku przyszłości tą częścią ciała, która zwykle służy do siedzenia. Budując najbardziej nawet wyrafinowane modele muszą kalibrować ich parametry względem danych z przeszłości; przed skierowaniem ich w przyszłość sprawdzić najpierw, czy odtwarzają one wyniki znane z zapisów historycznych – co bywa źródłem zadziwiających błędów (z prognoz tego typu korzysta np. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). Konsekwencją szczególnej orientacji analityków w przestrzeni jest niemożność dostrzeżenia albo chociaż zminimalizowania konsekwencji wielkiej fali, która czasem przetacza się przez system, na co pół wieku temu zwrócił uwagę matematyk francuski Benoît Mandelbrot.

Historie terapeutyczne

Mandelbrot zauważył, że gdyby rynki porównać do zbiornika wodnego, to fale spadków i wzrostów w niczym nie przypominałyby tych znanych z mórz strefy umiarkowanej, a raczej nieprzewidywalną powierzchnię poruszaną w rytm małych i dużych, pojawiających się jednocześnie w wielu miejscach, nakładających się na siebie fal i wirów. Mandelbrot i Nassim Taleb (ekonomista i głośny ostatnio autor książki „The Black Swan”) pisali trzy lata temu w „Fortune”, że „problem ze wszystkimi modelami ekonomicznymi polega na tym, że powstały na podstawie narzędzi statystycznych zwanych krzywą dzwonową. Oznacza to, że pomijają duże zmiany na rynku: skupiają się na trawie, nie dostrzegając (gigantycznych) drzew”, takich jak np. upadek Enronu w 2001 r. czy nagły wzrost notowań Cisco w 1990 r.

Krzywa dzwonowa, zwana też rozkładem normalnym bądź Gaussa, jest znakomitym, prostym w obsłudze i uniwersalnym narzędziem opisu przyrody. Sprawdza się, gdy chodzi o badanie rozkładu wzrostu ludzi, ich wagi, liczby spalanych kalorii, dochodów klasy średniej, ilorazu inteligencji, śmiertelności, liczby wypadków samochodowych, zmian kursów akcji (w spokojnych czasach) i wielu innych. Lecz dramatycznie zawodzi stosowana do opisu poziomu zamożności, sprzedaży książek i oprogramowania, liczby cytowań prac naukowych czy odnośników w Google’u, liczby mieszkańców miast, kolonii mrówek, rozmiarów planet, lawin błotnych i śniegowych, natężenia trzęsień ziemi, tempa inflacji, liczby przyjaciół i, owszem, rynków finansowych (w czasach niepokoju). W modelach opartych na rozkładzie Gaussa kryzysy jak ten, którego doświadczamy, mają prawo zdarzać się nie częściej niż raz na parę milionów lat.
 


Antyprorocy gospodarki 2008

„Nie jestem ekonomistą, ale wierzę, że nam rośnie".
George Bush na konferencji prasowej z 15 lipca 2008 r.
 
„Gwałtowna zwyżka jest na horyzoncie. Być może trzeba zaczekać jeszcze parę dni. Trzymajcie się dzielnie i nie traćcie wiary!".
Richard Band, redaktor biuletynu „Profitable Investing", 27 marca 2008 r.

„Wydaje mi się, że Freddie Mac i Fannie Mae są silne w fundamentalny sposób. Nie ma niebezpieczeństwa załamania.
Sądzę, że są w dobrej formie i prą naprzód".
Barney Frank, senator demokratów, szef House Financial Services Committee, 14 lipca 2008 r. Dwa miesiące potem rząd USA był zmuszony przejąć kontrolę nad obiema bankrutującymi firmami.
 
„Nie! Nie! Nie! Bear Stearns ma się dobrze. Nie wycofuj swoich pieniędzy. Bear Stearns nie ma kłopotów. (...) To po prostu głupie! Nie bądź głupi".
Jim Cramer, dziennikarz ekonomiczny CNBC, 11 marca 2008 r., w odpowiedzi na pytanie widza wątpiącego w płynność
finansową Bear Stearns. Aktywa banku straciły wkrótce 90 proc. wartości.
 
„Każdy, kto mówi, że mamy recesję, albo zmierzamy ku niej - szczególnie gdy ma na myśli największą recesję od czasów Wielkiego Kryzysu - wymyśla własną definicję słowa recesja".
Donald Luskin, analityk ekonomiczny, w dzienniku „The Washington Post", 14 września 2008 r.Za: „Foreign Policy" online, „BusinessWeek" online 

 
Mandelbrot uznał, że warto zastąpić jądro powszechnie stosowanych modeli bardziej realistycznym rozkładem, w którym to zjawiska rzadkie, ale gwałtowne wywierają najbardziej znaczący wpływ na historię, która czasem wydaje się skakać, a nie płynąć. Badane przez niego i zwolenników jego teorii modele opierają się na spostrzeżeniu, że przyroda miewa charakter poszarpany, fraktalny, jak to nazwał Mandelbrot, czyli samopodobny. W pewnym matematycznym sensie mniejsze gałęzie drzew są miniaturkami większych, a wahania wskaźników ekonomicznych w dłuższej perspektywie czasowej do złudzenia przypominają ich przebiegi w krótszej. Przykładów fraktali jest zaskakująco wiele. Opisujące je tzw. prawa potęgowe nieźle oddają nieprzewidywalny charakter rzeczywistości. Zjawiska ekstremalne także zdają się należeć do ich świata. Paul Cootner, ekonomista i historyk ekonomii ze Stanford University, miał powiedzieć, że: „Mandelbrot, jak wcześniej premier Churchill, obiecał nam nie utopię, ale krew, pot i łzy. Jeśli ma rację, niemal wszystkie używane przez nas narzędzia statystyczne są przestarzałe lub bezsensowne”. Z tym że wciąż brakuje niezbitych dowodów na zgodność rzeczywistości z jakimkolwiek z modeli, również tych nieortodoksyjnych. Gdyby taka zaszła, trudno byłoby ją przeoczyć.

Taleb, współpracownik Mandelbrota, twierdzi, że w zrozumieniu rzeczywistości przeszkadza nam nasza wiedza, którą traktujemy terapeutycznie – jako lekarstwo na przypadkowość świata. Ponieważ gromadzenie niepowiązanych ze sobą informacji, ich obróbka i odtwarzanie w mózgu jest kosztowne energetycznie, budujemy fikcyjne opowieści na podstawie niezwiązanych ze sobą epizodów. Streszczamy, zakładając, że przyszłość to przeszłość, tylko trochę inna. Taleb podaje przykłady badań, z których wynika, iż nadmiar informacji nie pomaga, a wręcz utrudnia wydanie trafnej diagnozy medycznej lub obstawienia właściwego konia na wyścigach. Nie sposób przewidzieć sekwencji przyszłych wydarzeń, ale można i należy przygotować się na najgorsze z nich, wyjaśnia. Przewidywanie przyszłości w ujęciu Taleba miałoby się więc ograniczać do zarządzania ryzykiem (z czego, a dokładnie z doradztwa w handlu derywatywami, on sam się utrzymuje).

Nawet średnioterminowe prognozowanie pogody jest trudne. Przewidywanie przebiegu procesów ekonomicznych i politycznych – prawie niemożliwe, także dlatego, że na przyszłość w stopniu większym niż kiedykolwiek wcześniej w dziejach wpływają nowe technologie. Nieprzewidywalny rozwój wiedzy uniemożliwia wgląd w przyszłość, przekonywał Karl Popper (kłaniają się nieznane niewiadome Rumsfelda).

Słusznie i błędnie

Pewną nadzieją napawają badania nad systemami złożonymi, które mają zdolność adaptacji i samoorganizacji. Modele zakładające istnienie wielu działających niezależnie, ale wpływających na siebie, współzawodniczących jednostek nieźle nadają się do symulowania zachowania zbiorowisk mikroorganizmów, zwierząt, interakcji związków chemicznych, firm czy maklerów giełdowych. Zachowania takich systemów bywają zaskakujące i nie wynikają prosto z reguł, którym podlegają ich składniki. Matematyk Steven Strogatz z Cornell University twierdzi wręcz („The Next Fifty Years”), że to najważniejsza dziedzina nauki nadchodzącego półwiecza. I to mimo tego, że rozwijana dynamicznie w latach 80. przez Pera Baka z Brookhaven National Laboratory, związanego z Santa Fe Institute Stuarta Kauffmana czy Johna Hopfielda z Princeton University obiecała znacznie więcej, niż dała. Oby tylko nie stało się tak, że kiedy już spełni swoje obietnice, nie zrozumiemy wyników, ostrzega Strogatz. Pewnego dnia komputery mogą zademonstrować wierne, symulowane kopie rzeczywistości, ale ich mechanizm pozostanie dla nas, jaki był – niezrozumiały. Ale nawet one nie przewidzą pojawienia się nowego Einsteina.

Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że współczesne prognozy dzielą się na dwie kategorie – słuszne, ale jednocześnie oczywiste lub zbyt ogólnikowe, by można je było zweryfikować (John Maynard Keynes przewidział na przykład funkcjonalność Internetu, ale nie Internet miał na myśli), oraz błędne. Ktoś taki także jednak by się mylił. Prowadzone od lat 70. na całym świecie, ostatnio również w Polsce, projekty typu foresight (na łamach „Polityki” wielokrotnie pisał o nich Edwin Bendyk), z powodzeniem analizują szanse rozwoju technologii o kluczowym znaczeniu dla zrównoważonego rozwoju państw. Między innymi takim działaniom Japonia i Korea Południowa zawdzięczają tempo, w którym w drugiej połowie XX w. dokonały skoku gospodarczego. Posługując się kilkoma metodami jednocześnie, co minimalizuje wady każdej z nich i tendencyjność ekspertów, antycypując przyszłość bez zaglądania w przeszłość, można próbować znaleźć odpowiedzi na proste pytania dotyczące prawdopodobieństwa zajścia określonych zdarzeń. Ponadto nawet chybione raporty foresight miewają moc samospełniających się przepowiedni.

„The Limits to Growth” (Granice wzrostu), pierwsza prognoza Klubu Rzymskiego z 1972 r., głosiła co prawda, że zasoby ropy naftowej wyczerpią się już w latach 90. ubiegłego wieku, ale słusznie ostrzegała przed skutkami przeludnienia planety. I nawet jeśli prognozy Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu dotyczące ocieplania się klimatu budzą wątpliwości, warto truć mniej i zachować czujność.

Całkowicie chybione przepowiednie również się przydają. Podczas II wojny światowej ekonomista i noblista Kenneth Arrow ze Stanford University zajmował się prognozowaniem pogody dla amerykańskiego lotnictwa wojskowego. W chwili szczerości wyznał kiedyś szefowi, że sporządzane przez niego długoterminowe prognozy pogody równie dobrze można by było zastąpić całkowicie przypadkowymi. W odpowiedzi usłyszał, że głównodowodzący jest świadom tego, że prognozy są do niczego, jednakże potrzebuje ich do celów planowania.

Słowa przyszłości

Stanisław Lem przewidział także i to, że wraz z postępem nauki przyszłość nie stanie się dużo bardziej przejrzysta, a jedynie wzrośnie liczba niewiadomych. We wspomnianym „Kongresie futurologicznym” Lem wskazał narzędzie, którym należy się posłużyć, zaglądając w przyszłość – tzw. prognostykę lingwistyczną. Przyszłość ukryta jest w słowie. Ustami profesora Trottelreinera opowiadał, że „badając dalsze etapy ewolucji języka, dochodzimy do tego, jakie odkrycia, przemiany, rewolucje obyczaju język ten będzie mógł kiedykolwiek odzwierciedlić”. I podaje przykłady – myślanta, myśliwego, mysielu, myśliny – słów, które dopiero wypatrują swoich znaczeń.

W oczekiwaniu na bardziej realistyczne modele warto poszerzać tę listę. Puścić wodze fantazji i już dziś dodać kryzykanta (osobnika zawodowo zajmującego się wywoływaniem kryzysów), kryzipiórka (tego, kto opisuje kryzys, sądząc, że rozumie jego przyczyny), kryzusa (tego, który wie, jak dobrze zarobić na kryzysie). A przede wszystkim – przeczywistość, czyli rzeczywistość, która uparcie przeczy wszelkim jej modelom.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj