Świetlana przeszłość
Jak rozjaśnić ciemności? Jak nie zgubić się w nocy lub pracować po zachodzie słońca? Ludzie radzili sobie z tym od chwili opanowania ognia, ale tak naprawdę nad mrokiem udało się zapanować dość niedawno.

Jesienią ubiegłego roku włoscy archeolodzy, kierowani przez Donato Labate z Muzeum Miejskiego w Modenie, w trakcie badań na terenie miasta natrafili na pozostałości rzymskich zakładów lampiarskich sprzed 2 tys. lat. Dzielnica manufaktur, po której zachowały się resztki pieców ceramicznych i hałdy potłuczonych glinianych lampek, zgodnie z zasadami urbanistyki znajdowała się przy murach starożytnej Mutiny (dziś Modeny). Ówczesne lampki oliwne, o charakterystycznym kształcie kaganka, miały okrągły zbiorniczek, otwór do wlewania oliwy i wydłużony dzióbek, z którego wystawał knot. Co ciekawe, większość znalezionych lampek miała znaki firmowe. I to nie byle jakie, tylko znanych w całym Imperium wytwórców, takich jak Comminius, Eucarpus, Strobilus, Phoetaspus oraz Fortis. Przypuszczenia, że słynne warsztaty Fortisa (działające od I w. p.n.e. do II w. n.e.) znajdowały się w okolicach Modeny, wreszcie znalazły potwierdzenie. Kaganki oliwne były najpowszechniej używanym źródłem światła w epoce grecko-rzymskiej, ale ich historia zaczęła się znacznie wcześniej.

Według Greków, tajemnicę ognia wykradł bogom Prometeusz i nauczył ludzi, jak się nim posługiwać. Ogień zaczął służyć do przygotowywania jedzenia, obróbki materiałów, miał też funkcje społeczne. W naszych wyobrażeniach o praludziach wokół ogniska siedzą zarówno neandertalczycy, jak i ubrani w skóry paleolityczni łowcy reniferów czy pierwsi rolnicy. Naprawdę nie wiemy, kto pierwszy nauczył się kontrolować ogień. Na pewno nie był to człowiek współczesny. Jeden z najstarszych dowodów użycia ognia ma 1,5 mln lat i pochodzi z jaskini Swartkrans w RPA, gdzie znaleziono resztki przepalonych w ognisku kości antylopy, guźca i zebry. Zamieszkujący jaskinię Homo erectus umiał zatem rozpalać i podtrzymywać ogień.

„Niechaj się stanie światłość” – powiedział biblijny Bóg i rozdzielił dobrą jasność od złych ciemności, tworząc dzień i noc. Mrok, w którym każdy człowiek był zagubionym ślepcem, mógł rozjaśnić tylko podarowany przez bogów ogień. Groźny, gdy niszczył – okiełznany przez człowieka okazał się niezbędny. Nabrał więc cech religijnych, stając się niezastąpionym elementem kultu lub samym bogiem, nie tylko zresztą na północy, gdzie ludziom najbardziej dokuczała długa zima. Dziś narzekamy na krótki dzień i brak słońca, ale mamy przecież elektryczność. W przeszłości nieprzenikniona ciemność wzbudzała lęk. W mroku czaiły się dzikie zwierzęta, wrogowie i duchy. Człowiek miał co prawda ognisko, ale potrzebował światła, z którym mógłby wyjść po zmroku z pieczary.

Płonąca słonina

Najstarsze schronienia ludzkie są znajdowane w jaskiniach – wprawdzie gotowych do wynajęcia, bezpiecznych i solidnych, ale zimnych i ciemnych. Ognisko płonęło tam całą dobę. Jeśli jaskinia była zajęta przez zwierzęta, ogień służył też do wykurzenia poprzednich lokatorów. Zdawać by się mogło, że w paleolicie ludzie znali jedynie łuczywa i pochodnie, ale francuska archeolog Sophie de Beaune przebadała znalezione w paleolitycznych jaskiniach przedmioty, które z racji podobieństwa do systemu oświetleniowego Eskimosów uważała za lampki. Spektrometria masowa i chromatografia kamiennych i kościanych pojemników potwierdziły, że w wielu z nich spalano tłuszcze zwierzęce (smalec, słoninę, sadło i łój), co znaczy, że ludzie stosowali proste lampki już ok. 40 tys. lat p.n.e.

Pomiary fotometryczne wykazały, że lampki te nie były specjalnie wydajne. Tłuszcz koński dawał płomień chybotliwy i sześciokrotnie słabszy niż płomień współczesnej świeczki stearynowej, mimo to z taką lampką można było nie tylko swobodnie chodzić po jaskini, ale nawet wykonywać precyzyjne czynności, np. szyć. Nie wiemy, czy sztuczne światło, przy którym pracowali artyści zdobiący ściany Lascaux czy Altamiry, pochodziło z ognisk, lampek czy pochodni. Z pewnością jednak wszyscy, którzy oglądali malunki zwierząt przy tańczącym płomieniu, mogli mieć wrażenie, że naskalne zwierzęta poruszają się, przez co wizyta w jaskiniowych galeriach nabierała mistycznego charakteru.
 

Jedną z najstarszych glinianych lampek w Polsce znaleziono w Złotej koło Sandomierza. Tę lampkę, przypominającą czajniczek z czterema dzióbkami (na knoty), wykonali w V tys. p.n.e. przedstawiciele kultury lendzielskiej, jedni z pierwszych rolników na naszych terenach. W neolicie ludzie przestali mieszkać w jaskiniach, budowali drewniane chaty, zaczęli uprawiać ziemię i hodować bydło. Jak na rolników przystało, kładli się spać i budzili z kurami, a w nocy grzali się przy domowym ognisku. Oni także potrzebowali „latarek” przy różnych czynnościach w obejściu.

Bez sztucznego światła nie mogliby sobie również poradzić pracujący pod ziemią górnicy, którzy wydobywali niezbędny na narzędzia krzemień. W jednej z największych europejskich kopalni w Krzemionkach Opatowskich (czynnej od IV do połowy II tys. p.n.e.) górnicy używali pochodni. – W wyrobisku znaleźliśmy sosnowe łuczywo – mówi dr Jerzy Bąbel, który przez lata prowadził tam wykopaliska. – Być może, gdy kończono szychtę, ktoś wetknął je płonącym końcem w hałdę urobku na znak zakończenia pracy. O używaniu pochodni świadczą też okopcenia na ścianach. Archeolodzy znajdują również resztki ognisk palonych przez górników, ale ich zadaniem nie było tylko dostarczanie światła i ciepła do zimnych tuneli. – W chodnikach mających więcej niż 12 m długości zaczynało brakować tlenu – mówi dr Bąbel. – Stosowano więc wentylację grawitacyjną, wymuszającą naturalną cyrkulację powietrza. Zapalano jedno ognisko na powierzchni, tuż przy szybie, lub drugie na dole. Zimne natlenione powietrze wędrowało w głąb szybu, a potem przy podłodze chodników, a ciepłe i zużyte powracało pod stropami wyrobisk do podszybia i dalej w górę. Krzemień często wydobywano zimą, gdy na dworze chwytał mróz, ponieważ na dole, gdzie utrzymywała się stała temperatura ok. 6–9 st. C, było wówczas cieplej, a duża różnica temperatur przyspieszała wymianę powietrza.

Bal przy kandelabrach

Od neolitu ludzie po zmroku oświetlali domy pochodniami i lampkami w kształcie miseczek, w których śmierdzące tłuszcze zwierzęce, dostępne w paleolicie, zastąpiono roślinnymi (na południu oliwą z oliwek, olejem rycynowym czy sezamowym). Dopiero w VI w. p.n.e. w Grecji garncarze zaczęli toczyć na kole lampki z gliny w charakterystycznym kształcie kaganka. – Wraz z hellenizmem i podbojami Aleksandra Macedońskiego lampki takie stały się popularne w całym basenie Morza Śródziemnego – mówi prof. Jolanta Młynarczyk z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. – Około drugiej połowy III w. p.n.e. w Egipcie pojawiły się lampki z formy i moda na ich dekorowanie zygzakami, meandrami, wieńcami i wizerunkami delfinów.

Z ikonografii i literatury wiemy, że nadal używano pochodni, a w I tysiącleciu p.n.e. pojawiły się w Egipcie pierwsze woskowe świece. Ponieważ jednak pochodnie były zbyt niebezpieczne, a świece bardzo drogie, najpowszechniejsze stały się tanie, masowo produkowane z form, lampki oliwne. O oliwę, która służyła również do jedzenia i mycia, też nie było trudno, niektórym nawet nią płacono. W ubogich domach główne źródło światła stanowiło ognisko, słaby płomyk lampki oliwnej umożliwiał chodzenie po ciemniejszych partiach domu lub dokończenie rozpoczętej za dnia pracy. Bogaczom sztuczne światło zamieniało noc w dzień, umożliwiając całonocną lekturę albo zabawę. Dziesiątki lampek i świec na wielopiętrowych kandelabrach mogły oświetlić nawet wielkie sale balowe.
 


Droga do latarni
 

Sztuczne światło ratowało życie żeglarzy. Gdyby nie blask latarni morskich, rozbiłby się niejeden statek, niejeden przegapiłby wejście do portu. W Egipcie już w II tys. p.n.e. kapłani palili ogniska wskazujące żeglarzom drogę. Najstarsza opisana latarnia morska znajdowała się w Sigeum, na przylądku Inchisari (Turcja), stała tam już w VI w. p.n.e. Trochę młodsza (z IV w. p.n.e.) była latarnia u wejścia do portu ateńskiego w Pireusie. Ówczesne latarnie były wyniesionymi platformami, na których płonęły ogniska. Pierwszą latarnią w kształcie wieży była latarnia aleksandryjska.

Wzniesiono ją na wyspie Faros ok. 280 r. p.n.e. na polecenie Ptolemeusza II. Z opisów i przedstawień wynika, że miała trzy kondygnacje: dolną - kwadratową, środkową - ośmiokątną, i najwyższą - cylindryczną. Na szczycie znajdował się pawilon podparty kolumnami, w którym rozpalano ogień, a na kopule stał siedmiometrowy posąg Posejdona. Ta najwyższa budowla starożytnego świata (ponoć 120 m) była jednym z siedmiu cudów świata, a jej blask widziano z odległości 50 km.

Antyczne teksty wspominają o innych latarniach rzymskich, budowanych często na wzór tej aleksandryjskiej, jednak większość znajduje się dziś pod wodą. Wielkim zaskoczeniem było odkrycie zespołu prof. Havvah Iskan Isik z Uniwersytetu w Ankarze, który w 2004 r. natrafił w antycznym porcie Patara (koło Kas w południowej Turcji) na ruiny niewielkiej, mającej pierwotnie około 12 m, latarni. Napis na bazie informuje, że wzniesiono ją w 65 r. za panowania Nerona. Latarnia w Patarze jest zatem najstarsza na świecie, gdyż dotychczas za taką uważana prawie 70-metrowa Wieża Herkulesa w La Coruña w Hiszpanii jest o 60 lat młodsza.


 
Za Augusta w Rzymie doszło do designerskiej rewolucji. W lampkach na okrągłym brzuścu pojawił się dysk, który zaczęto zdobić różnymi scenkami figuralnymi. Niektóre gliniane kaganki były prawdziwymi perełkami drobnej plastyki. Popularne były różne motywy, zwłaszcza mitologiczne, erotyczne czy sportowe (wizerunek zwycięskiego konia czy znanego atlety). – W okolicach Modeny produkowano lampki stemplowane – niezbyt bogato zdobione (najwyżej maską teatralną) i sygnowane przez wytwórców, m.in. przez słynnego Fortisa – opowiada prof. Młynarczyk. – Jego wyroby były tak pożądane, że często je podrabiano – wystarczyło, by garncarz oblepił oryginał od wewnątrz i zewnątrz gliną, tworząc formę. Imperium zalały podróbki Fortisów i innych znanych marek. Lampki wykonywano również z kamienia i metali, z tym że te pierwsze były ciężkie, a drugie się nagrzewały, dlatego lampki z brązu przeznaczone były najczęściej do wieszania, jak kaganek w kształcie gołębia znaleziony przez nas w kościele z VI w. w Hippos w Izraelu.

Miejscem, w którym nie można było się obejść bez sztucznego oświetlenia, były świątynie, podziemia i groby. Wszędzie tam ściany zdobiono dzięki rozjaśnieniu ciemności. Tak było w Egipcie faraońskim, ale i później, już w czasach chrześcijańskich, gdy piękny, klasyczny wzór kaganków powoli odchodził w zapomnienie. Ostatnie lampki oliwne pochodzą z VII–IX w., od X w. do łask znowu wróciły zwykłe oliwne znicze z czterema knotami. To przy nich tworzono w klasztorach na terenie chrześcijańskiego królestwa Makurii (dziś Sudan) wspaniałe bizantyjskie malowidła. – Klasztor w Starej Dongoli dekorowano już po jego zbudowaniu, w zasadzie po ciemku, ponieważ wnętrza oświetlały jedynie nieliczne okienka z grubymi kratami – mówi Wojciech Chmiel, malarz, który od 20 lat współpracuje z polskimi archeologami jako konserwator malowideł. – Artysta nigdy nie widział swego dzieła w całości. Podobnie odwiedzający klasztor pielgrzym, który idąc z lampką mógł się poczuć jak w fotoplastykonie – widział jedynie poszczególne fragmenty malowideł, które klatka po klatce tłumaczyły pewne zjawisko biblijne. W dodatku ruchomy płomień lampki sprawiał, że postacie drgały, ruszały się, przemieszczały.

Na niepiśmiennych wiernych musiało to robić wrażenie, dostarczać przeżyć mistycznych. Nic dziwnego, że w owych czasach sama lampka, która paliła się przy ikonach świętych, oraz wydobywający się z niej dym miały magiczno-lecznicze działanie. – W Makurii istniało wiele ksenonów (połączenie hospicjum i szpitala), w których ogień nie tylko oświetlał – mówi Chmiel. – Resztki oliwy z lampek wypalonych przy kryptach i wizerunkach świętych albo okadzanie się dymem stosowano jako lek. Cudowne uzdrowienia przypisywano najczęściej św. Kosmie i Damianowi, którzy według tradycji byli lekarzami, a także Cyrowi i Janowi z egipskiego Menuthis, św. Menasowi oraz św. Tekli. Wiara w lecznicze działanie ognia i dymu jest charakterystyczna dla całego świata bizantyjskiego. W Palestynie przypadki uzdrowień po wypiciu resztki oliwy z lampki, która paliła się przy grobie świętego, opisuje Cyryl ze Scytopolis (Palestyna) – mnich i historyk z VI w. Zresztą okadzanie pachnącymi żywicznymi dymami to sposób na oczyszczenie i leczenie wielu chorób znany i zalecany od tysięcy lat w wielu innych kulturach. Echem tych wierzeń jest popularna dziś aromaterapia.

Kaganek oświaty

W średniowieczu lampki oliwne powoli odeszły w zapomnienie, o wiele popularniejsze stały się świece. W Rzymie, wykonane z łoju, smoły i wosku, zaczęły być powszechniejsze od II w. n.e., ale dopiero w średniowieczu trafiły pod strzechy. Oczywiście, biedaka nie było stać na drogie świece z wosku pszczelego, musiał zadowolić się cuchnącymi świecami łojowymi i kopcącymi łuczywami. W pewnym momencie świece stały się niezbędnym wyposażeniem kościołów (jako źródło światła i symbol duszy) oraz każdej klasztornej biblioteki, w której mnisi przepisywali manuskrypty. Świeca stała się towarzyszką wszystkich gryzipiórków, myślicieli i naukowców, dla których aż do XIX w. stanowiła główne źródło światła. Jej brak wprawiał w czarną rozpacz klepiących biedę literatów, bardziej niż brak strawy czy kobiet. Z pewnością nie było ich stać na luksusowe białe świece z spermacetu (pozyskiwane z kaszalota, a produkowane od 1725 r.), może bardziej dostępne stały się świece stearynowe (wynalezione przez chemika Henrie’go Braconnota ok. 1820 r.), ale dopiero lampa naftowa, skonstruowana przez Ignacego Łukasiewicza w 1853 r., zapewniła im stałe, czystsze i o wiele wydajniejsze oświetlenie. W tym samym czasie miasta Europy i Ameryki Północnej rozjaśniały już latarnie gazowe, ale to dopiero dzięki elektryczności i żarówce staliśmy się królami nocy. Mimo to antyczny kaganek nadal pozostaje symbolem oświecenia i mądrości.
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj