Sieć ze starych sznurków
Ponad miliard euro na rozwój społeczeństwa informacyjnego. Tylko czy ktokolwiek wie, jak je wydać? Odpowiedzi szukaliśmy u źródła, badając rządowe witryny internetowe.

Brak reakcji na pytania użytkowników, brak ułatwień dla osób niepełnosprawnych, błędy programistyczne, niechlujna stylistyka to tylko niektóre z grzechów internetowych portali ministerstw polskiego rządu. Wspólnie z redakcją serwisu Money.pl oraz zaproszonymi ekspertami z agencji interaktywnych oceniliśmy ministerialne witryny.

W pierwszej kolejności na badanie w terenie wysłaliśmy Andrzeja Kościckiego, wirtualnego mieszkańca Wrocławia, z realnym i prostym zdawałoby się problemem: Kościcki wysłał na widniejące w urzędowych witrynach adresy poczty elektronicznej e-mail z pytaniem: „Chciałbym złożyć skargę. Na jaki adres mogę ją wysłać?”. Pięć Ministerstw – Edukacji, Finansów, Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Skarbu Państwa i Kultury – w ogóle nie odpowiedziało. Dziesięć urzędów odniosło się do korespondencji w ciągu doby, resort zdrowia zastanawiał się nad problemem 67 godzin i 31 minut. Pochwalić należy obrońców ojczyzny – Ministerstwo Obrony zareagowało w 2 minuty, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji w ciągu 18 minut. Z kolei Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej odpowiedziało po 22 godzinach uznając jednak, że pytanie Kościckiego nie spełnia wymogów formalnych.
 

Skoro tak trudno uzyskać szybką odpowiedź na proste pytanie, postanowiliśmy samodzielnie dotrzeć do informacji. Okazało się to równie niełatwe. Na stronach Ministerstwa Gospodarki i Ministerstwa Spraw Zagranicznych najłatwiej dowiedzieć się, kto szefuje resortom. Fotografie ministrów witają internautów zachęcając do zapoznania się z życiowym dorobkiem Waldemara Pawlaka i Radka Sikorskiego. Minister kultury jest nowocześniejszy – portret Bogdana Zdrojewskiego wieńczy klip wideomuzyczny ilustrujący troskę państwa o sprawy ducha.

Togo ucieka

Generalnie jednak rządowe witryny łączą wspólne cechy: nieczytelne strony, zbyt małe czcionki (siedem witryn, w tym Ministerstwa Zdrowia, zupełnie nie nadaje się dla osób niedowidzących), łączenie urzędniczego żargonu z pompatycznością nowomowy, błędy projektowe. Praktycznie nic nie zmieniło się w stosunku do badań prowadzonych przez Internet Obywatelski 5 lat temu. Na przykład listy kategorii, które mają pomagać w nawigacji po serwisach, znajdujące się zazwyczaj po lewej stronie witryny, przyjmują niekiedy monstrualne rozmiary. Na stronie Ministerstwa Rozwoju Regionalnego – aż 22 kategorie informacji. Resort obrony zastosował natomiast na swojej stronie specyficzny kamuflaż linków: podkreślenie pod wyrazem oznacza zwykły tekst, a brak podkreślenia odnośnik, co jest niezgodne z przyjętymi zasadami. W końcu też administratorzy rządowych witryn nie wiedzą, że dziś głównym sposobem, w jaki internauci docierają do treści, są wyszukiwarki internetowe – miejsce w wynikach wyszukiwania zależy nie tyle od przekonania o ważności resortu, ile od umiejętności pozycjonowania witryny.
 


Administracja 2.0

Podczas dyskusji na temat wykorzystania Internetu i technik teleinformatycznych do usprawnienia pracy administracji publicznej najczęściej mówi się o zdalnym udostępnianiu usług publicznych, czyli o tzw. e-government lub e-administracji. Rozliczenia podatkowe, umawianie się na wizytę lekarską, wymiana dokumentów, rejestrowanie działalności gospodarczej i wiele innych spraw, jakie w Polsce wymagają osobistej wizyty obywatela w urzędzie w krajach takich, jak Irlandia lub Szwecja można załatwić nie wychodząc z domu.

Okazuje się jednak, że tego typu usługi e-administracji nie cieszą się praktycznie nigdzie wielkim popytem, zwłaszcza jeśli realna administracja działa sprawnie. Do świata administracji zaczyna natomiast dociera rewolucyjna fala Internetu partycypacyjnego, lub jak kto woli, Web 2.0. E-administracja 2.0 to taka, która przestaje się koncentrować na zapewnieniu obywatelom jak największej liczby nie zawsze potrzebnych usług. Dostrzega ona natomiast, że obywatele mają wiele potrzeb, o jakich urzędnikom się nie śniło i które byliby w stanie samodzielnie zaspokoić, gdyby mieli dostęp do informacji i wiedzy eksperckiej, jaką dysponują urzędnicy.

Jak połączyć te dwa światy? Można tego dokonać wykorzystując te same narzędzia, jakie obywatele wykorzystują na co  dzień wykorzystują w kreatywnej komunikacji: sieci społeczne, YouTube, oprogramowanie Wiki, narzędzia oferowane przez Google. Zachęca do tego rząd brytyjski w raporcie Power of Information Taksforce Report:

http://poit.cabinetoffice.gov.uk/poit/

Modelowym rozwiązaniem jest witryna „Apps for Democracy", uruchomiona w Stanach Zjednoczonych w Dysktrykcie Kolumbia przez Viveka Kundrę (obecnie Chief Information Officer w administracji Baracka Obamy):

http://www.appsfordemocracy.org/

Godna uwagi jest witryna Głownego Informatyka Dystryktu Kolumbia:

http://www.octo.dc.gov/octo/site/default.asp



Jak powstawała końcowa ocena? Eksperci z agencji interaktywnych (Anna Liszewska i Ireneusz Dworzyński z Internet Designers oraz Jakub Andrzejewski) dokonali wiwisekcji rządowych witryn analizując poprawność kodów programistycznych, zgodność projektów z przyjętymi zasadami sztuki tworzenia witryn WWW, estetykę wzornictwa, wewnętrzną spójność serwisów, łatwość nawigacji, jakość wyszukiwarek wewnętrznych użytych na stronach oraz jakość mechanizmów wspomagania wyników wyszukiwania w wyszukiwarkach zewnętrznych, takich jak Google.

Dziennikarze zbadali przydatność merytoryczną i jakość oferowanych w witrynach informacji, analizując ją zarówno z perspektywy zawodowej, jak i wczuwając się w rolę przeciętnego obywatela. Ocena finalna to suma ocen wystawionych przez każdego z ekspertów (mogli przyznać od 0 do 5 pkt) oraz oceny zespołu redakcyjnego (także od 0 do 5). Najlepszą ocenę zyskało Ministerstwo Sprawiedliwości, 15 punktów na 20 możliwych. Najgorszą notę, zaledwie 5,5 pkt, dostało, o zgrozo, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Liczyliśmy, że ten resort będzie wyznaczał standardy do naśladowania, tymczasem wymaga pilnego szkolenia internetowego.

Polski rząd na 132 miejscu

To zdumiewające, lecz mimo kolejnych dokumentów, strategii i planów rozwoju społeczeństwa informacyjnego władze niezależnie od rządzącej aktualnie koalicji nigdy nie odczuwały pokusy, by głoszone idee przetestować na sobie. Nasz ranking odsłania jedynie wierzchołek góry lodowej, dotyczy bowiem najprostszych form komunikacji obywatela z władzą, zaspokajających potrzebę dotarcia do informacji. Dziś jednak Internet służy także do komunikacji aktywnej: rozliczania podatków i załatwiania większości spraw, które w Polsce ciągle wymagają obecności w urzędzie.

Jakość oferty usług e-administracji bada od wielu lat Brookings Institution ze Stanów Zjednoczonych. W ubiegłym roku organizacja ta zbadała 1667 witryn państwowej administracji publicznej ze 198 krajów świata. Polska zajęła w tym porównaniu 110 miejsce, rok wcześniej plasowaliśmy się na pozycji 57. Co się stało w ciągu roku? Wyjaśnienie jest proste – nasza e-administracja nie zmieniła się w tym czasie, ocena punktowa pozostała ta sama: Polska dostała zarówno w 2007, jak i 2008 r. 32,7 pkt na 100 możliwych. W tym samym okresie z informatycznego zacofania wyskoczyli nieoczekiwani konkurenci: Ghana z pozycji 75 od razu na 13 miejsce, Tonga ze 189 na 19, Kolumbia z 59 na 23, Togo ze 165 na 42.

Do podobnych wniosków prowadzi doroczne badanie Światowego Forum Gospodarczego (WEF), Global Information Technology Report. Wyznacznikiem w globalnym rankingu nowoczesności jest NRI, Network Readiness Index, czyli Indeks Gotowości Sieciowej. Powstaje on w wyniku analizy ponad pięćdziesięciu czynników mierzących, jak poszczególne kraje radzą sobie z nowoczesnymi technologiami we wszystkich sferach działalności – w biznesie, w administracji publicznej i w życiu obywateli. 26 marca ukazała się kolejna edycja GITR (przygotowana wspólnie z INSEAD przy wsparciu koncernu informatycznego Cisco), porównująca 134 państwa. Polska znalazła się na 69 miejscu, rok temu zajmowaliśmy pozycję 62, dwa lata wcześniej 58.

Co się dzieje? Wszak jeśli chodzi o osobistą gotowość Polaków do korzystania z Internetu i telefonii komórkowej, nie różnimy się pod tym względem od krajów o podobnym stopniu rozwoju gospodarczego. Jak pisaliśmy w Raporcie („Polityka” 13), już ponad połowa Polaków ma Internet, ponad połowa mieszkańców Polski jest online, a dla młodego pokolenia nowe technologie komunikacji są oczywistością.

Lektura raportów pokazuje, że problemem jest nasze państwo, które znalazło się po drugiej stronie cyfrowej przepaści dzielącej Polskę na część nowoczesną i zacofaną. Niezmiennie od lat i niezależnie od rządzących koalicji oceniane jest przez międzynarodowych ekspertów najgorzej. Wyniki są porażające. Stan przepisów prawnych odnoszących się do rozwoju teleinformatyki dał nam 87 miejsce. Waga, jaką rząd przypisuje nowym technologiom, zapewnia miejsce 132. Wykorzystanie teleinformatyki w praktykach rządu lokuje Polskę w okolicach setnej pozycji, np. ocena dostępności usług administracji publicznej za pomocą Internetu stawia nas na 123 miejscu.

Dla porządku dodać należy, że wyniki GITR odnoszą się do danych sprzed roku. Nie uwzględniają tym samym takich zmian, jak powołanie w ubiegłym roku Departamentu Społeczeństwa Informacyjnego w MSWiA z doskonałym fachowcem Włodzimierzem Marcińskim na czele, programu Cyfrowa Polska czy też ewentualnych skutków realizacji niezłej Strategii Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego w Polsce do 2013 r. przyjętej niedawno przez rząd. Czy więc kolejne międzynarodowe rankingi będą lepsze?

Pomysły Viveka Kundry

Problem tkwi w polskiej administracji, która technologicznie nie wyszła jeszcze z wieku XX, a mentalnie z XIX. Przekonałem się o tym niedawno pokonując ułatwienia, jakie przygotowało dla obywatela „przyjazne państwo”. W ramach tych ułatwień sprawy spadkowe można dziś załatwiać bezpośrednio u notariusza, bez udziału sądu. Okazuje się jednak, że w tym celu potrzebny jest PESEL osoby zmarłej. Nie ma go na akcie zgonu, a dokumenty potwierdzające ten numer (dowód osobisty i legitymacja ZUS) władza zabiera. Rozwiązaniem dla tego paragrafu 22 jest osobista, dwukrotna wizyta w urzędzie gminy, w którym zameldowana była osoba zmarła, oraz uiszczenie 31 zł tytułem udostępnienia danych osobowych. Ktoś, kto wprowadził taki absurd, nie ma już na pewno czasu na myślenie, do czego naprawdę państwu przydałby się Internet. A wystarczy przyjrzeć się w samych urzędach, co na swoich monitorach mają „przyjaźni urzędnicy” – wielu ogląda serwis nasza-klasa.pl. Zakazać?

Wprost przeciwnie. Wyciągnąć właściwe wnioski. Na początku marca Barack Obama powołał na stanowisko głównego informatyka kraju (Chief Information Officer) Viveka Kundrę. Kundra zasłynął jako administrator systemów informacyjnych Dystryktu Columbia, czyli aglomeracji stołecznej w USA. Uznał wówczas, że sposób wykorzystania technologii teleinformatycznych przez administrację publiczną nie powinien różnić się od tego, w jaki korzystają z nich zwykli obywatele. A obywatele już dali się ponieść rewolucyjnej fali Web 2.0, czyli Internetu partycypacyjnego. Różni się on od Internetu 1.0 końca wieku XX tym, że służy nie tylko do dostarczania informacji, lecz także umożliwia internautom współtworzenie treści. Spektakularne przykłady Web 2.0 to Wikipedia, czyli encyklopedia tworzona wspólnie przez internautów, serwisy społecznościowe takie jak Facebook czy polska nasza-klasa.pl, serwis filmowy YouTube i wiele innych usług.

Policjant z GPS

Współpraca jest możliwa dzięki tzw. platformowym technologiom komunikacyjnym. Wikipedia powstaje dzięki oprogramowaniu Wiki, które umożliwia zbiorową pracę nad artykułami encyklopedii. Zasób YouTube powstaje, bo umożliwia nie tylko „wrzucanie” filmów do sieci, lecz również ich komentowanie i ocenę. Kundra stwierdził więc, że nie ma powodu, by nie zastosować oprogramowania Wiki w praktyce urzędowej w celu ułatwienia urzędnikom współpracy nad dokumentami wymagającymi udziału większej liczby osób. Rozwiązanie nie dość, że tanie, to ma jeszcze wielką zaletę – Wiki zapamiętuje każdą modyfikację tekstu, nie sposób ukryć żadnych ewentualnych manipulacji, dokładnie widać, kiedy „i” zastępuje „lub” i kto to uczynił.

Kolejne pomysły głównego informatyka to rezygnacja z kosztownego zarządzania alarmowego. Zamiast niego Kundra wyposażył policjantów w iPhony zaopatrzone w anteny GPS, a w centrum dowodzenia kazał używać darmowego serwisu Google Maps. Potem zrezygnował z kosztownego oprogramowania biurowego i rozbudowy infrastruktury technicznej, w zamian wykupując tańszą usługę w firmie Google, która oferuje pakiet podstawowych programów i umożliwia przechowywanie dokumentów na dyskach swoich serwerów.

To był jednak dopiero początek e-administracyjnej rewolucji. W końcu bowiem Kundra doszedł do wniosku, że administracja dysponuje olbrzymią ilością informacji, która bezużytecznie zalega na dyskach twardych rządowych komputerów. Przecież można ją udostępnić obywatelom w sposób nowoczesny, publikując tzw. protokół API, czyli umożliwiając wszystkim zainteresowanym tworzenie w oparciu o te zasoby informacji własnych serwisów.

Dokładnie tak samo Google pozwala internautom tworzyć własne serwisy w oparciu o informacje serwisu Google Maps. (Google Maps nie odniosłoby z kolei takiego sukcesu, gdyby wcześniej Pentagon nie upublicznił danych produkowanych przez system nawigacji satelitarnej GPS).

Tak powstała inicjatywa Apps for Democracy – zachęceni do działania obywatele stworzyli 47 różnych serwisów. Największe uznanie zdobył serwis www.ilive.at. Wystarczy wpisać adres zamieszkania, by uzyskać mapę z lokalizacją i zestawem najważniejszych instytucji i usług potrzebnych do życia.

Na czym polega rewolucja? Na uznaniu, że możliwości administracji są ograniczone, lecz energia i pomysłowość obywateli jest niespożyta. Te dwa skrajnie odmienne światy dziś można połączyć za sprawą Internetu i technologii Web 2.0. Administracja rezygnuje z monopolu nad informacją, obywatele uzbrojeni w tę informację i powszechnie dostępne narzędzia informatyczne sami rozwiązują swoje problemy. Przy okazji stają się doskonałym, darmowym źródłem informacji zwrotnej dla administracji. Prosta operacja zamieniła naturalny wręcz antagonizm w jeszcze bardziej naturalną symbiozę.

Podobnym tropem jak Kundra zamierzają podążyć Brytyjczycy. Opublikowany w lutym br. rządowy raport Power of Information Taksforce Report odwołuje się bezpośrednio do partycypacyjnego modelu dzielenia się informacją i współtworzenia rozwiązań razem z obywatelami. Raport wprost rekomenduje, by urzędnicy zanurzyli się w rzeczywistość świata Web 2.0, korzystali aktywnie z serwisów społecznościowych jako narzędzi konsultacji społecznych. Wśród zaleceń znajduje się postulat otwarcia wszystkich możliwych zasobów informacyjnych, tak by stały się „surowcem” dla obywatelskiej innowacyjności.

W Polsce rewolucja Web 2.0 przetoczyła się już przez społeczeństwo, dotarła wraz z naszą-klasą.pl do urzędników, lecz dalej natrafiła na betonowy mur oporu. Informacja w Polsce ciągle jest atrybutem władzy – rządzi ten, kto kontroluje do niej dostęp. Nie trzeba badać witryn administracji, wystarczy zajrzeć na stronę dowolnej polskiej partii politycznej – nie są one otwartymi platformami komunikacyjnymi, lecz wehikułami politycznego marketingu. Obywatel ma słuchać i popierać.
 



Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj