Zabobon ma wielką przyszłość
Przesądy trzymają się mocno. Popatrzmy na siebie i niech ten, kto nie pukał w niemalowane drewno, pierwszy rzuci kamieniem.
Zabobon, czyli „ogół wierzeń i praktyk opartych na przekonaniu o istnieniu mocy nadprzyrodzonych, które mogą sprowadzić na kogoś nieszczęście lub ustrzec go przed nim” („Słownik języka polskiego” PWN), ma bogatą przeszłość. Ale stanowi też uporczywy element naszej kultury współczesnej, choć zdawałoby się, że rozwój nauki i techniki powinien go wyplenić.

Do wiary w przesądy przyznaje się sześciu na dziesięciu Polaków (TNS OBOP, 1994–2008). Można by przypuszczać, że to wysokie wyczulenie na magiczny charakter rzeczywistości zawdzięczamy wyjątkowo bogatej tradycji ludowej (zanim chrześcijaństwo nie wytępiło setek rodzimych demonów, dzieliliśmy przestrzeń życiową z płanetnikami, topielcami, wodnikami, rusałkami, babami z żelaznymi zębami, leśnymi dziadkami i wieloma innymi). Ale w przesądy wierzy mniej więcej tyle samo Amerykanów i Europejczyków, a naszym raczej nieskomplikowanym zabobonom daleko było do konceptualnych obrzędów magicznych Azji czy przerzucania świńskiego nosa do ogrodu ponad dachem domostwa, praktykowanego na szczęście i zdrowie w nie tak odległych Anglii i Szkocji. Nie byliśmy (i nie jesteśmy) specjalnie wyjątkowi.

Tak jak większość ludzi na całym świecie uważamy prawdopodobnie, że nauka jest trudna, więc wybieramy ścieżki na przełaj. Wybitny dziennikarz amerykański i satyryk Henry Louis Mencken, relacjonując słynny małpi proces z 1924 r., w którym stan Tennessee oskarżył nauczyciela Johna Scopesa o propagowanie wywrotowej teorii ewolucji, pisał w „The Baltimore Evening Sun”: „Takimi skrótami są wszelkie przesądy. Mają one uprościć, a nawet uczynić oczywistym to, co niezrozumiałe”. Chodzi (między innymi) o to, że w życiu, jak w „Alicji w Krainie Czarów”, czasem nawet sens nie ma sensu, a jakoś sobie radzić trzeba.

Stąd zapewne nieustająca popularność astrologii. Richard Dawkins, niestrudzony działacz na rzecz trzeźwości w rozumie, pisał w „Rozplataniu tęczy”, że te „przedkopernikańskie bajdurzenia urągają wiedzy astronomicznej i ją deprecjonują, tak jak używanie utworów Beethovena w migawkach reklamowych”. Ale spektakularne porażki astrologów i jasnowidzów, którzy nie zdołali przewidzieć precyzyjnie żadnego z punktów zwrotnych historii świata, żadnego zamachu, o ostatnim kryzysie nie wspominając, nie pozbawią ich łatwego źródła dochodów. Jak wyjaśnia Umberto Eco w zbiorze esejów „Rakiem. Gorąca wojna i populizm mediów”: „odgrywać rolę medium jest łatwo, ponieważ ból i łatwowierność innych pracują na twoją korzyść”. Szczególnie w ciężkich czasach.

Badania prowadzone w Ameryce wykazały, że każdy kryzys ekonomiczny skutkuje szturmem na gabinety wróżek i gwałtownym wzrostem popularności Kościołów ewangelicznych. Kiedy podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej Giora Keinan, psycholog z Uniwersytetu Tel Awiwu, prześledził poziom przesądności w Izraelu, okazało się, że wyraźnie zależał on od tego, czy na teren zamieszkany przez badane osoby spadały akurat irackie pociski Scud, czy nie. Im większe było poczucie zagrożenia, tym więcej wiary pokładano w zabobony. Podobne zjawisko odnotowano w październiku 1992 r. w Hongkongu, miesiąc po tym, jak Chris Patten, jego ówczesny gubernator, wygłosił mowę, w której zapowiedział zwiększenie demokratycznych swobód mieszkańców kolonii. Chiny zareagowały pogróżkami. Obawy mieszkańców Hongkongu przed zbliżającym się powrotem do macierzy znalazły zaskakujące ujście: w telewizyjnej reklamie linii kolejowej, łączącej Hongkong z kontynentem, ktoś wypatrzył upiornego ducha rodem z dawnych chińskich wierzeń. Przez miasto przeszła fala histerii.

Myślenie magiczne trwa też dzięki temu, że to zwykle niezły interes. W latach 70. paru sprytnych hochsztaplerów zdołało przekonać amerykańską Centralną Agencję Wywiadowczą, że można zapuścić żurawia za żelazną kurtynę nie wychodząc z domu – za pomocą tzw. percepcji pozazmysłowej, metody, której skuteczności nigdy, ani wcześniej, ani później, w najmniejszym stopniu nie wykazano. Lecz to tylko niewinny epizod. Rzućmy okiem na księgi przychodów koncernów farmaceutycznych, zarabiających setki milionów dolarów rocznie na sprzedaży leków homeopatycznych, w których stężenie substancji czynnej bywa tak niewielkie, że gdyby z nich ulepić bryłę o rozmiarach widzialnego Wszechświata, to i tak byłby kłopot ze znalezieniem w jej wnętrzu choćby jednej cząsteczki substancji czynnej. Dowiedziono ponad wszelką wątpliwość, że działanie leków homeopatycznych nie różni się niczym od działania placebo. Wszelkie próby potwierdzenia teorii świadczącej o ich skuteczności zakończyły się naukowym blamażem tych, którzy je podejmowali. I co? I nic. Kto handluje nadzieją, choćby na szybkie zwalczenie kataru, ten nigdy nie narzeka na niską sprzedaż.

Możliwe, że szum wokół sprawy wręcz wzmógłby popyt na lekarstwo, podobnie jak objawienia z „Protokołów mędrców Syjonu” przebiły się do świadomości ogółu dopiero wtedy, gdy okazało się, że nie są autentyczne. Wystarczy dać ludziom sposobność przeczytania o spisku, pisał Eco, i już wszyscy zaczynają weń wierzyć. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku „Kodu da Vinci”, którego autor pożenił Jezusa z Marią Magdaleną.

Magiczne technologie

Mocna pozycja zabobonów w świecie, gdzie każdą informację można błyskawicznie zweryfikować w Google, mogłaby wydawać się zaskakująca, ale myślenie magiczne zawsze z łatwością adaptowało się do nowych technologii. Każdy nowy, przełomowy wynalazek obrastał we własną mitologię, bo związana z nim nowa dziedzina wiedzy rodziła grupę wykluczonych, którzy nie chcieli bądź nie potrafili jej przyswoić.

Na pierwszych, niewyraźnych fotografiach doszukiwano się istot z równoległych wymiarów rzeczywistości; światłoczułych szklanych płyt używano jako okien w zaświaty. Pod koniec XIX w. modernistyczną Europę i Amerykę ogarnęła prawdziwa epidemia mistycznych uniesień związana z pojawieniem się pierwszych telefonów i odbiorników radiowych. Zasilała ją dopiero co ujarzmiona elektryczność, w której dopatrywano się tajemniczego transmitera sił życiowych i informacji między światem doczesnym a astralnym, a nawet klucza do samego życia. Elektronami drażniono najróżniejsze części i otwory ciała, traktowano nim posiłki, napoje i kosmetyki. Elity Warszawy, Paryża i Nowego Jorku zasiadały w salonach i – za pośrednictwem kabelka lub fal elektromagnetycznych – usiłowały wymieniać między sobą (nieistniejące, jak teraz wiadomo) fluidy rodem z osiemnastowiecznych pism Mesmera. Wierzono, że skrzynka z paroma gałkami wystarczy, by dostroić częstotliwości ludzkie do niebieskich i uzdrowić ciało, a przede wszystkim duszę, lub połączyć się ze zmarłym przodkiem. Thomas Edison do końca życia próbował skonstruować taki aparat.

Po II wojnie światowej zimnowojenne lęki przed atomową zagładą objawiały się w postaci latających spodków. Dla wielu Ziemian okazały się one znakomitym wehikułem do przenoszenia pierwotnych wierzeń oraz potrzeb duchowych, nie zaspokajanych przez tradycyjne religie, w realia nowej, nuklearnej ery. Również w Polsce, pisał Leonard Pełka w „Polskiej demonologii ludowej”, na rudymentach wierzeń w istoty diaboliczne wyrosły gawędy o spotkaniach z dobrymi, mądrymi (choć nie zawsze) i potężnymi istotami z pozaprzestrzeni.

Swoją drogą ciekawe, co byśmy zrobili, gdyby naprawdę odwiedzili nas Obcy z odległego zakątka kosmosu? Czy w obliczu ich niewyobrażalnej wręcz wyższości cywilizacyjnej zachowywalibyśmy się inaczej niż wyznawcy kultów cargo? Mieszkańcy wysp Tanna w Republice Vanuatu na Oceanie Spokojnym (i innych), które podczas II wojny światowej służyły jako bazy wojska amerykańskiego, obserwowali lądujące samoloty wyładowane mnóstwem wspaniałych rzeczy. Uznali, że przysłali je bogowie. „Po wojnie też chcieli, żeby tak było. Zrobili więc coś, co wygląda jak pasy startowe, rozmieścili ogniska wzdłuż tych pasów, wybudowali drewnianą chatę dla człowieka, który siedzi tam z dwoma kawałkami drewna imitującymi słuchawki i pędami bambusa sterczącymi jak antena”, opowiadał (podczas wykładu na Caltechu w 1974 r.) genialny fizyk Richard Feynman. Może się to wydać zabawne, ale zapytajmy, co my, dysponujący prostym, wręcz prostackim w kontekście wiedzy kosmitów, modelem rzeczywistości zdołalibyśmy zrozumieć z ich obyczajów, techniki i opowieści? W jaki sposób zachęcalibyśmy ich do powrotu? Rozsypując przynętę z cukierków, jak mały bohater filmu „E.T.” Spielberga?

Wróćmy jednak do przeszłości. Z końcem zimnej wojny lęki przed nieznanym zaczęła obsługiwać głównie kultura popularna ze swoimi niezliczonymi serialami o zjawiskach paranormalnych. Chris Carter, twórca kanonicznego już telewizyjnego rozsadnika zabobonów, serialu „Z archiwum X”, przyznawał, że chciał, by agentka Scully (bohaterka reprezentująca „szkiełko”) miała rację równie często jak agent Mulder („czucie”), ale wtedy historie okazywały się nudne i nikt nie chciał ich oglądać. A w porównaniu z produkcjami, które powstawały później, serial Cartera wydaje się ostoją zdrowego rozsądku.

Okołotechnologiczne lęki wciąż dają o sobie znać – choćby przy okazji dyskusji o energii atomowej (prowokując, absurdalne w kontekście bezpiecznych reaktorów atomowych nowej generacji, wizje katastrofy podobnej do czarnobylskiej), czy podczas uruchamiania wielkiego zderzacza hadronów pod Genewą (media dręczyły opinię publiczną marami apokaliptycznych czarnych dziurek czy kwantowych dziwadełek, które połkną świat). Generalnie rzecz biorąc, techniczne zdobycze cywilizacji wydają się powszednieć – ale uwaga: Eco pisze, że tak bardzo przyzwyczailiśmy się do związanej z nowoczesną technologią szybkości, że złościmy się, kiedy e-mail dociera z minimalnym choćby opóźnieniem albo spóźnia się nasz samolot. „Ta skłonność do technologii nie ma nic wspólnego ze skłonnością do nauki. Ma raczej coś wspólnego z odwiecznym urokiem magii. Czym była magia w ubiegłych stuleciach i czym jest także dzisiaj, choćby w zamaskowanej formie? Ambicją, aby przejść błyskawicznie od przyczyny do skutku. Wbijam szpilkę w figurkę wroga, a ten umiera; przywołuję anioły i wysyłam za ich pośrednictwem komunikat”. Nowoczesne technologie są jeszcze bardziej nieprzejrzyste niż dawniejsze. Ukrywają łańcuch przyczyn i skutków. Kto naprawiał starą Ładę młotkiem, a podnosi maskę zepsutego Priusa, ten wie, czym jest prawdziwa bezradność. Można się tylko pomodlić.

Modne bzdury

Dawniej przedmiotem myślenia magicznego były głównie niezbadane jeszcze siły przyrody, potem – domniemane nieczyste siły nowych technologii. Dziś myślenie, które nie kłania się rozumowi, zasiliło szeroki nurt New Age. To prawdziwy supermarket idei nadesłanych z hurtowni wszystkich chyba filozofii, religii, tradycji mistycznych świata, a nawet nauki, szczególnie fizyki kwantowej i kosmologii. Są tu i działy z technoutopiami, i z technofobiami; kulty końca i początku świata. W New Age, spektakularnym symbolu irracjonalizmu naszych czasów, ujdzie wszystko. Wystarczy spojrzeć na półki: na najniższych znajdziemy baśnie Ericha von Dänikena i kolorowe poradniki pseudopsychologiczne o oświecaniu przez kryształy, a pod sufitem dialogi Davida Bohma z Jiddu Krishnamurtim. Choć raczej obędzie się bez drabiny. Wystarczy sięgnąć na te niższe, by w czarodziejski sposób, nie narażając się na trud nauki matematyki czy poznawania doktryny religijnej, stworzyć własną, niepowtarzalną kompozycję strawy duchowej, która pomoże w osiągnięciu zespolenia jaźni z energią kosmosu.

W tym kontekście rodzi się ważkie pytanie, co nadejdzie wcześniej – koniec świata, wyznaczony przez nadejście Ery Wodnika i kalendarz Azteków, czy może Euro 2012? A jeśli to pierwsze, to czy można będzie zwrócić bilety na mecze?

W tym sprzyjającym bajdurzeniom klimacie zabobon przekrada się nawet do wysokiego zamku nauki. Niektórzy badacze zjawisk społecznych, wzorem ideologów New Age, zawłaszczają terminologię ze słownika fizyki i matematyki i używają jej poza zakresem pierwotnych, prawidłowych znaczeń, jakby w nadziei, że w magiczny sposób dodadzą wartości swym mglistym wywodom. W 1996 r. dowiedli tego wydawcy modnego magazynu naukowego „Social Text”. Ozdobą wydania specjalnego był artykuł fizyka amerykańskiego Alana Sokala „Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji”, który – jak potem wyznał autor – był żartem skonstruowanym z możliwie najgłupszych odniesień do nauk ścisłych, jakie zdołał znaleźć w pismach tuzów postmoderny.

Sokal obnażył mętniactwo intelektualne Jacquesa Derridy, Paula Virilio, Jeana Baudrillarda i paru innych przedstawicieli humanistyki. Jak napisała Katha Pollitt, publicystka tygodnika „The Nation”, incydent Sokala ukazał, że „nawet postmoderniści nie rozumieją swoich prac i przebijają się przez tekst, poruszając się od jednego znanego nazwiska lub pojęcia do następnego, niczym żaba, która pokonuje mętny staw, skacząc z liścia na liść”. Modne bzdury – psychoanalityczne topologie, wielokrotnie załamane nieeuklidesowe przestrzenie zdarzeń i wiralne systemy fraktalne – czym są, jeśli nie zabobonami dla tak zwanych oświeconych?

Czas na nieunikniony banał: chyba najgroźniejsze przejawy myślenia magicznego przetrwały ukryte właśnie w słowach. Pół biedy, kiedy dotyczą nauki. Ona się wybroni. Wprawdzie jest to także mit, ale wspaniały: rozwijany konsekwentnie dorobił się systemu odrzucającego banialuki i mechanizmów autokorekty. Gorzej, gdy językiem zaczynają manipulować demagodzy i serwują zabobon odbiorcom spragnionym łatwych rozwiązań, podlawszy go wcześniej sosem pseudonauki, ideologii lub nawet religii.

Altruizm i egoizm, demokracja i totalitaryzm, globalizacja i nacjonalizacja, humanizm i anarchia, intuicjonizm i racjonalizm, wiara i wolność – wielkie jest pomieszanie pojęć w tych (i innych) sprawach. Z jednego słowa można wyczarować tysiąc znaczeń, a na każdym zarobić.

Parę kiełbasek można upiec nawet na globalnym ociepleniu. Miesięcznik „Wired” zapytał niedawno na przykład, czy produkcja żywności zdrowej dla ludzi jest zdrowa także dla środowiska naturalnego? Niekonieczne, bo podczas produkcji jednej statystycznej kanki mleka „zielona” krowa odda do atmosfery 16 proc. więcej gazów cieplarnianych niż krowa przemysłowa. Czy w trosce o poziom dwutlenku węgla kupić nowy samochód z dodatkowym silniczkiem elektrycznym, czy może małego używanego Volkswagena? Sumienie skuteczniej wybieli hybryda, ale zważywszy zanieczyszczenia związane z produkcją akumulatorów, przyrodzie bardziej ulży trzyletni Golf. I nawet jeśli nie każdy z wniosków wydaje się w pełni uprawniony, intencja tej ekologicznej apostazji jest słuszna: wzmóc czujność wobec haseł-zaklęć, które zasilają poczet współczesnych przesądów – jeśli są przyjmowane bezkrytycznie.

Ofiary ewolucji

Może to kogoś pocieszy (a innych usprawiedliwi): wiele wskazuje na to, że skłonność do myślenia magicznego zawdzięczamy ewolucji. Z całą pewnością nie przygotowała nas ona do życia we współczesnym świecie. Ludzki mózg, który ukształtował się gdzieś na sawannach Afryki, kiepsko radzi sobie z nadmiarem informacji. Wyciągamy fałszywe wnioski, jesteśmy tendencyjni w ocenach, lekceważymy lub wręcz ignorujemy istotne dane. Mamy błędne intuicje. Jesteśmy też źle wyskalowani. Nie przywykliśmy do życia w społeczeństwach, w których, z racji ich liczebności, nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, podsuwające myśl o ich magicznym charakterze, zdarzają się na co dzień. „Jeśli jest coś uniwersalnego w zabobonach, to fakt, iż pojawiają się one jako odpowiedzi na brak poczucia pewności – na okoliczności z natury przypadkowe i pozostające poza kontrolą”, pisał psycholog Stuart A. Vyse w „Believing in Magic. The Psychology”.

Skłonność do nieuzasadnionego kojarzenia skutku z przyczyną mogła na dłuższą metę sprzyjać przetrwaniu gatunku. Nie każdy szmer w trawie zwiastuje atak drapieżnika, ale będąc królikiem lepiej dać dyla do nory. Ryzyko związane z niedoszacowaniem zagrożenia może się okazać za wysokie. Prawda i fałsz nie mają w tym kontekście większego znaczenia. „Nasze mózgi i układ nerwowy stanowią maszynę, która wytwarza przekonania nie zważając na to, co jest prawdziwe, a co nie. Ten generator wiary wybiera informacje ze środowiska, kształtuje i wytwarza wierzenia spójne z tymi, które już posiadamy”, pisał w magazynie „Sceptical Inquirer” psycholog i zaciekły krytyk parapsychologii James Acock.

Niektórzy naukowcy zajmujący się teorią poznania uważają, że myślenie magiczne jest tylko produktem ubocznym racjonalnego myślenia o przyczynach i skutkach. Samo w sobie nie ma żadnej wartości adaptacyjnej, ale może być splecione z cechą, która tę wartość ma. Ceniony badacz psychologii religii David M. Wulff przekonuje na przykład, że skłonność do myślenia magicznego nieraz idzie w parze z łatwością radzenia sobie z wyzwaniami o dużym stopniu złożoności, z otwartością umysłu, rozległością zainteresowań oraz kreatywnością, czyli cechami pożądanymi również z punktu widzenia rozwoju cywilizacji.

Jeśli myślenie magiczne i racjonalne wyrastają ze wspólnego pnia, to, po pierwsze, może się okazać, że nie ma jednego ogólnego wytłumaczenia pochodzenia przesądów, bo każdy zabobon ma inną genezę. A po drugie – jak to z ewolucją bywa – nie biegnie ona w kierunku jakiegoś idealnego bytu, a raczej błądzi. Co by oznaczało, że zabobon zostanie z nami na dłużej. A dokładniej – na zawsze.


Rysunki Piotr Socha

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj