Długa polska droga do europejskiej waluty
Do euro powoli
Rozmowa z dr. hab. Marcinem Kolasą, prof. SGH w Warszawie, o przyszłości świata według amerykańskich ekonomistów i długiej drodze Polski do strefy euro.
Prof. Marcin Kolasa
Ivona Kaplan, Błażej Cieplewski/Make Event

Prof. Marcin Kolasa

„Obecność w strefie euro byłaby dla nas atutem w walce o zagraniczne inwestycje”.
Dejan Krsmanovic/PantherMedia

„Obecność w strefie euro byłaby dla nas atutem w walce o zagraniczne inwestycje”.

Cezary Kowanda: – Na rozdanie Nagród Naukowych POLITYKI przyleciał pan specjalnie ze Stanów Zjednoczonych, przerywając na moment swój pobyt na nowojorskim Columbia University w ramach słynnego stypendium Fulbrighta. Co taki wyjazd daje dzisiaj, gdy dzięki internetowi ma się łatwy dostęp do wszystkich publikacji naukowych?
Marcin Kolasa: – Nic nie zastąpi indywidualnego kontaktu z najwybitniejszymi naukowcami, którzy w większości pracują właśnie na amerykańskich uczelniach. Pół godziny czy godzina spotkania z takim ekspertem to po prostu czas bezcenny. Myślałem, że wiele tego typu rozmów będzie raczej kurtuazyjnych, tymczasem ci światowej sławy uczeni często czytają nadesłany im przed spotkaniem tekst, dyskutują o nim, zgłaszają swoje uwagi i sugestie, a nawet sami chcą wiedzieć, co dzieje się w Europie. Polscy naukowcy nie są już traktowani jak ludzie z Trzeciego Świata, przyjeżdżający wyłącznie po naukę. Amerykanie naprawdę uważają, że mamy im coś ciekawego do powiedzenia.

Czym zajmuje się pan naukowo, będąc w USA?
Analizuję optymalną strukturę rynku kredytów hipotecznych. Badam, jaką proporcję takich kredytów powinno udzielać się w walutach obcych, jak długo powinna trwać ich spłata albo jakie oprocentowanie powinno dominować – stałe (jak zdecydowana większość kredytów mieszkaniowych w USA) czy też zmienne (jak w Polsce). Interesuje mnie nie tyle sytuacja pojedynczych kredytobiorców, którzy są grupą bardzo niejednorodną, ile konsekwencje współwystępowania różnych typów kredytów hipotecznych dla całej gospodarki państwa.

Na przykład duża liczba kredytów udzielonych w obcych walutach zmniejsza skuteczność narodowej polityki monetarnej. Bo jeśli zmieniają się lokalne stopy procentowe, wcale nie przekłada się to automatycznie na oprocentowanie takich kredytów. Spłacający kredyty we frankach czekają przecież raczej na komunikaty Narodowego Banku Szwajcarii, a nie polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Jednocześnie narażeni są na duże ryzyko kursowe.

Śledzi pan na pewno naszą krajową debatę o przewalutowaniu kredytów i o tym, jak rozłożyć koszty takiej operacji między bankami a zadłużonymi. Czy jest proste wyjście z tej matni?
Niestety nie. Przewalutowanie po kursie korzystnym dla klientów oczywiście poprawi ich sytuację finansową. Jednak jeśli banki wezmą na siebie zbyt duże koszty, to będą musiały ograniczyć dostęp do innych kredytów, w tym tych finansujących rozwój kraju. Z drugiej strony nasza gospodarka stanie się bardziej bezpieczna, gdy liczba takich pożyczek we frankach znacznie się zmniejszy.

Badał pan także skutki kontrolowania znacznej części sektora bankowego przez kapitał zagraniczny.
Tak, zwłaszcza w kontekście światowego kryzysu finansowego. W 2009 r. mieliśmy przecież ogromne obawy, że zagraniczni właściciele zabiorą znaczną część kapitału z Polski, aby wspomagać swoje banki-matki. Tymczasem nic takiego się nie wydarzyło. Z prowadzonych przeze mnie ze współautorami analiz wynika, że istotne znaczenie miała skuteczna polityka Komisji Nadzoru Finansowego, która zakazała bankom wówczas wypłaty dywidend i czuwała, aby zyski zostały w polskim sektorze bankowym. Dzięki temu spowolnienie naszej gospodarki było mniej bolesne.

Teraz wielu polityków mówi o repolonizacji banków. Jaki byłby skutek takich zmian własnościowych?
Jeśli spółki-córki od zagranicznych właścicieli miałby wykupywać polski kapitał prywatny, to nie spodziewam się istotnych efektów. Wprawdzie zyski z działalności bankowej zostaną w Polsce, ale przecież za zakup takiego banku trzeba zapłacić. Nie widzę też powodu, dla którego polscy właściciele mieliby prowadzić korzystniejszą dla Polski politykę kredytową niż zagraniczni – w obu przypadkach głównym celem jest przecież maksymalizacja wartości firmy. Co innego, gdyby taka repolonizacja polegała na rośnięciu w siłę polskich banków, kontrolowanych przez państwo. Wówczas rząd miałby większy wpływ na prowadzoną przez sektor bankowy politykę kredytową. Ten wpływ mógłby być jednak wykorzystany niekoniecznie dla wsparcia rozwoju kraju, ale np. do realizacji celów politycznych.

Jakie jeszcze konsekwencje miałaby taka fala repolonizacji sektora bankowego?
Z jednej strony banki bez silnych zagranicznych właścicieli mogłyby mieć trudniejszy dostęp do finansowania na rynkach zewnętrznych, czyli do pożyczania pieniędzy za granicą. A z drugiej strony mniejszy byłby wpływ kryzysów zewnętrznych na naszą gospodarkę. Jednak mądra polityka nadzoru pokazała, że te negatywne skutki potrafimy częściowo łagodzić.

Wpływem inwestycji zagranicznych na gospodarkę zajmował się pan w swojej pracy doktorskiej.
Badałem, jakie mają znaczenie w przypadku kraju takiego jak Polska, czyli goniącego bogatszych. Cieszę się, że Polska nie uczestniczy dziś bezkrytycznie w tym szalonym wyścigu o jak największe subwencje i ulgi, byle tylko ściągnąć na przykład nową montownię samochodów. Tym bardziej że niskimi kosztami pracy już długo nie powalczymy o przychylność inwestorów. Trzeba stawiać na jakość tych inwestycji, aby wspierały rozwój naszego kapitału ludzkiego i były połączone z transferem technologii, przede wszystkim pionowym.

Na czym miałby on polegać?
Chodzi o to, żeby nowy inwestor tworzył jednocześnie sieć powiązań z krajowymi dostawcami. Jeśli zagraniczna firma zaczyna zaopatrywać się w potrzebne produkty czy usługi na lokalnym rynku, to jednocześnie wymusza wyższe standardy, szkoli swoich partnerów, niejako uczy ich pracy na wyższym poziomie. Nawet jeśli kiedyś odejdzie z naszego rynku, to współpracujące z nią polskie firmy będą wówczas dużo lepiej rozwinięte niż przed jej przyjściem i będą miały szanse zdobyć zamówienia od innych partnerów z zagranicy.

A jak ważne dla inwestorów jest członkostwo w strefie euro?
Na pewno obecność w strefie euro byłaby dla nas atutem w walce o zagraniczne inwestycje. To jeden z powodów, dla których docelowo powinniśmy zamienić złotego na euro. Ale na pewno nie teraz. Trzeba poczekać, aż strefa euro uporządkuje swój bałagan, aż się zreformuje i zabezpieczy, aby taki kryzys jak ostatnio szybko się nie powtórzył. Warto też poczekać, aż poprawi się tam koniunktura gospodarcza. To kwestia przynajmniej dekady. Potem możemy wrócić do tematu.

A na jakim etapie przygotowań jesteśmy my sami?
Polska gospodarka stała się bardziej podobna do gospodarek strefy euro. Jednak sporo zmian nadal jeszcze przed nami. Problemem jest wciąż duża różnica w stopach procentowych między Polską a strefą euro. Wejście teraz do tego grona groziłoby tym samym co stało się kilkanaście lat temu w Hiszpanii, Grecji czy Portugalii – boomem kredytowym, który mógłby zakończyć się poważnymi problemami.

Jak można by mu przeciwdziałać?
Z moich badań wynika, że pomogłoby umocnienie polskiej waluty, aby wymienić złotego na euro po nieco wyższym kursie. Jednak ta różnica nie mogłaby być zbyt duża, żeby nie zaszkodzić za bardzo naszym eksporterom.

Oni są mocno narażeni na ryzyko kursowe.
To prawda, ale to właśnie oni skorzystali kilka lat temu na mocnym osłabieniu złotego, gdy zaczął się światowy kryzys. Płynny kurs walutowy zazwyczaj pomagał nam dotąd łagodzić wstrząsy, jakie przychodziły do polskiej gospodarki z zewnątrz.

Tylko czy strefa wspólnej waluty w ogóle zdoła się uzdrowić?
Wiemy już, że jedna, wspólna stopa procentowa nie działa dla wszystkich krajów tak samo – niektórym pomaga, a innym w tym czasie może szkodzić. Oczywiście nie da się wprowadzić różnych krótkoterminowych stóp w różnych krajach mających euro, ale można wykorzystywać inne narzędzia stabilizacyjne, dostosowując je do sytuacji w danym kraju. Ratunkiem może okazać się tzw. polityka makrostabilnościowa. Pod tym hasłem kryje się na przykład zestaw narzędzi, jakie ma u nas Komisja Nadzoru Finansowego. Może ona wydawać rekomendacje dotyczące warunków udzielania kredytów, a przez to ułatwiać czy utrudniać ich przyznawanie. Kraje strefy euro mają te same stopy, ale już w różny sposób można kontrolować choćby ich system bankowy. Jedne społeczeństwa należy zachęcać do pożyczania, a inne w tym samym czasie zniechęcać.

A wspólny budżet strefy euro czy wspólny dług, a zatem obligacje emitowane przez wszystkie kraje członkowskie?
To na pewno pomogłoby ustabilizować sytuację, ale byłoby bardzo trudne politycznie. Zresztą takie uwspólnotowienia długów trzeba byłoby zrobić tak, by kraje w najgorszej sytuacji nie poczuły się zbyt bezpiecznie i nie zaniechały reform.

Jakie są prognozy amerykańskich ekonomistów na najbliższe lata?
Wśród naukowców, z którymi rozmawiam, dominuje przekonanie, że dokładnie taki kryzys jak ostatnio raczej szybko się nie powtórzy, a lekcja z niego została odrobiona. Dużo większą wagę niż wcześniej poświęca się w badaniach na przykład kwestiom związanym z pośrednictwem finansowym. Dziś bardzo wielu ekonomistów wplata je w jakiś sposób w swoje analizy. Generalnie nastroje po drugiej stronie Oceanu są, inaczej niż na naszym kontynencie, dość optymistyczne, bo gospodarka amerykańska radzi sobie dużo lepiej niż europejska.

A skutki polityki niskich stóp procentowych i tzw. luzowania ilościowego, czyli „drukowania” przez banki centralne ogromnych ilości pieniędzy? Czy nie ma obaw, że lekarstwo samo stanie się zarzewiem kolejnego kryzysu?
Na pewno jest pewien niepokój, bo przecież wielu z tych niekonwencjonalnych działań nigdy wcześniej w tej skali nie stosowano. Teraz jednak amerykański bank centralny będzie się z nich powoli wycofywać. Ale oczywiście nie jesteśmy dziś w stanie przewidzieć, czy nie rośnie gdzieś jakaś nowa bańka, która pęknie na przykład za kilkanaście lat. Ludzka natura, w tym jej skłonność do ulegania falom nieuzasadnionego optymizmu, się przecież nie zmieni, tak samo jak innowacyjność rynków finansowych. Nawet wśród najmądrzejszych ekonomistów nikt nie ma złudzeń, że ten kryzys był ostatni.

rozmawiał Cezary Kowanda

***

Marcin Kolasa (ur. 1978 r.) jest profesorem nadzwyczajnym w Katedrze Ekonomii Ilościowej Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, tam też pracował wcześniej na stanowisku adiunkta. W ubiegłym roku uzyskał stopień naukowy doktora habilitowanego nauk ekonomicznych za cykl publikacji pod tytułem „Wykorzystanie modeli równowagi ogólnej do analizy wahań aktywności gospodarczej”. Było to ukoronowanie programu badań nad cyklem koniunkturalnym w małych otwartych gospodarkach, który zaczął realizować po obronie doktoratu w SGH w 2007 r. Był jednym z twórców modelu prognozowania inflacji, wykorzystywanego do dziś przez NBP. Od września tego roku realizuje projekt naukowy na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, w ramach stypendium Fulbright Senior Award. Chce pokazać, że można dziś prowadzić prace badawcze w dziedzinie ekonomii na światowym poziomie, nie porzucając Polski.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj