ESEJ: O zaufaniu w ekonomii
Zaufanie do odkupienia
Czasy takie, że z problemami chodzimy do psychologa. Co mógłby on powiedzieć ekonomiście, finansiście, przedsiębiorcy?
Siedziba nowojorskiej giełdy.
wilhelmja/Flickr CC by SA

Siedziba nowojorskiej giełdy.

Wall Street  - tu organizuje się miliardowe transakcje.
Gastr0naut/Flickr CC by SA

Wall Street - tu organizuje się miliardowe transakcje.

I

Przewalający się przez globalną gospodarkę kryzys skłonił wielu analityków do pytania, na ile i w jaki sposób ludzka psychologia wpływa na procesy ekonomiczne. Bo to, że wpływa, wydaje się niewątpliwe. Zwykle jednak traktowana jest jako pewnego rodzaju czynnik dodatkowy, humanistyczny akcent zmiękczający nieco twarde i niezmienne prawa mechanicznej ekonomii.

Jednak to, o czym mówi psychologia, wcale nie jest miękkie i delikatne. A tym bardziej nie jest żadnym dodatkiem. Czasem indywidualne, kierowane fundamentalnymi emocjami zachowania ludzi sumują się, tworzą wielkie fale i prądy, które decydują o przebiegu gospodarczych zdarzeń. Czasem wznoszą one, a czasem podmywają potęgę instytucji, korporacji, a nawet państw. Z tego rodzaju sytuacją mieliśmy niedawno do czynienia.

Kryzys, którego nadal doświadczamy, wielokrotnie określany był jako kryzys zaufania. Czy sens tego stwierdzenia polega po prostu na tym, że kilku chciwych bankowców nadużyło zaufania milionów ludzi, którzy powierzyli im swoje oszczędności? Nie. Takie rozumowanie wskazywałoby właśnie na „protekcjonalny” stosunek do psychologicznych uwarunkowań ekonomii. Mówi ono bowiem coś takiego: gdyby ci bankierzy prawidłowo odgrywali swoją rolę, nic złego by się nie zdarzyło. Ale człowiek jest słaby i skłonny do grzechu, a ponieważ bankierzy zgrzeszyli, to mechanizm się zaciął...

Ale to nie jest takie proste. W ostatnim bowiem „kryzysie zaufania” chodzi o zupełnie inną rolę zaufania w gospodarce.

II

Czego potrzeba, by powierzyć komuś coś wartościowego? Trzeba mu zaufać. A żeby powierzyć coś, czego utrata byłaby nieodwracalna, dorobek całego życia? Trzeba obdarzyć go wielkim zaufaniem. A jeśli nie chodzi o dorobek jednego ludzkiego życia, ale o owoce wysiłku całej generacji? O lata i dziesięciolecia trudu milionów ludzi, zamienione w aktywa? Co jest warunkiem, pozwalającym powierzyć komuś coś aż tak cennego? Wydawałoby się, jeszcze więcej zaufania. Nie jest to jednak takie proste. Często bowiem zaufanie staje się w takiej sytuacji wymuszone, jest zaufaniem przypartego do muru, przerażonego, działającego pod presją konieczności.

Nasze myślenie ma tendencję do prostej ekstrapolacji: w miarę tego, jak rośnie wartość dobra powierzanego, rosnąć też musi dobrowolnie ofiarowywane zaufanie. W końcu, jeśli zaufania byśmy nie mieli, to byśmy dobra nie powierzali, tylko trzymali je w jakiejś komodzie. Ale jest inaczej, pewne dobra przygniatają swoim ciężarem, zbyt cenne, by móc pozostać w naszych rękach, zmuszają do tego, by powierzyć je innym.

Zbyt często przyjmuje się jeden podstawowy schemat sytuacji ufności; zaufanie jest w nim darem, który można po prostu dać albo nie dać. Obdarzający zaufaniem jest, w fundamentalnym sensie, wolny wobec tego wyboru. Istnieją ograniczenia tej wolności związane z tradycją kulturową albo historią danego podmiotu, ale ograniczają one coś, co jest z istoty wolną wolą: zaufać albo nie zaufać. Oczywiście szczodrzej ofiarowując zaufanie osiągamy liczne korzyści, czy to natury ekonomicznej, czy społecznej; jednak jeśli ograniczymy naszą ufność, to najwyżej dotknie nas utrata owych korzyści, będziemy sobie spokojnie tkwić w naszym zaścianku nieufności, i tyle.

Bywa jednak zupełnie inaczej. Czasem istnienie, życie człowieka wisi tylko na nitce zaufania. Czasem podmiot wie, że albo powierzy się innemu, albo wszystko co ma, łącznie z jego własnym istnieniem, zniknie. Czasem jest pod ścianą i przerażonym wzrokiem szuka tego, kto zechce przyjąć ciężar jego życia.

Sądzę zresztą, że tak jest zazwyczaj. To przeczute zostało przez klasyków filozofii politycznej, kiedy sądzili, że władcy ufamy ze strachu o nasze życie. Tak jest zazwyczaj i tak oczywiście było w owym pogodnym dziesięcioleciu kończącym ubiegły wiek, nawet jeśli niektórym wydawało się, że było inaczej.

III

Już mniej więcej dziesięć lat temu było wiadomo, że Ameryka zbyt wiele pożycza od reszty świata. Co bardziej przenikliwi ekonomiści opisywali mechanizm wielkiego kredytu, który amerykańskiej gospodarce pozwalał latami żyć ponad stan. A wraz z nią, dodajmy samokrytycznie, rozpieszczanej przez nią Europie. Dzisiaj, kiedy kryzys finansowy, „większy od tego z lat trzydziestych”, naruszył różne iluzje, a przede wszystkim poczucie niezmiennego dobrobytu i bezpieczeństwa, to spostrzeżenie rzadko wraca w analizach. A przecież jest związek pomiędzy tamtejszym ślepym przymusem pożyczania a dzisiejszym „kryzysem ufności”. Brak wzajemnego zaufania ekonomicznych podmiotów podminował gotowość do udzielania sobie przez nie pożyczek. I tak dalej, i tak dalej...

Ale właściwie dlaczego wszyscy pożyczali Ameryce? Bo jej ufali. To jedna strona medalu. Wprowadźmy jednak do tych rozważań poruszony wyżej wątek, to znaczy kwestię przymusu. Konieczności. Braku wyboru. Siły, która stukrotnie wzmacniała potencjalną gotowość do „zaufania”.

Jak wiadomo Chiny są producentem wszystkiego. Ta produkcja odbywa się w tysiącach fabryk, gdzie w półniewolniczych warunkach pracują ogromne masy wyrobników. Możliwe to jest między innymi dlatego, że wieś chińska jest rezerwuarem ludzi „nielegalnych”, urodzonych bez pozwolenia, a więc praktycznie pozbawionych praw obywatelskich. Rodzina chińska, jak wiadomo, musi się ubiegać o pozwolenie na urodzenie dziecka. Jeśli pojawi się nadliczbowe potomstwo, to formalnie po prostu go nie ma. W tym miliardowym społeczeństwie, które bieda i reżim polityczny i tak zmuszają do nieproporcjonalnego wysiłku ekonomicznego, istnieje więc ogromna podklasa, której praca nie kosztuje prawie nic. Ale owoce tej pracy – zabawki, ubranka, gadżety – sprzedawane są w całym świecie za zupełnie rzeczywiste pieniądze. Te pieniądze płyną stałym strumieniem do dysponentów gospodarki chińskiej. Ale zdolność do ich absorpcji jest ograniczona. Bez przerwy rośnie góra dolarów.

Ten mechanizm nie dotyczy tylko Chin. On dotyczy wszystkich gwałtownie rozwijających się krajów dawnego Trzeciego Świata, świata biedy, która pędzi za oddalającym się światem bogactwa. Góry pieniędzy rosły w Indiach, w Indonezji i Brazylii, w krajach eksportujących surowce energetyczne jak Rosja czy Arabia Saudyjska. Te góry pieniędzy były przerażające. Rzucały cień na politycznych dysponentów władzy ekonomicznej, zmuszały do pytania: co z tym robić?
Pieniądze bowiem nie mogą sobie tak po prostu leżeć. Pieniądze są przepływem, zatrzymane stają się nicością, która wsysa tych, którzy nimi dysponują. Tezauryzacja, zamiana ich na jakieś kruszce i trzymanie w ukrytych skarbcach, była dobra dla królów epoki feudalnej. Dziś nadwyżki pieniądza trzeba długofalowo inwestować.

Chińscy władcy i wszelcy im podobni stawali więc i stają przed wyborem, w co te góry pieniędzy inwestować. Powtórzmy raz jeszcze; to nie jest swobodna decyzja: albo zainwestuję, albo nie... To sytuacja bezwzględnego przymusu, gdzie jakiś wysoki urzędnik odpowiedzialny za te kupy pieniędzy i wszyscy mu podlegli drżą na myśl o spojrzeniu odpowiedniego sekretarza biura politycznego i o pytaniu, które temu spojrzeniu nieuchronnie będzie towarzyszyć: A jak tam, towarzysze, z wykorzystaniem naszych nadwyżek eksportowych? – I o tym, że nieprawidłowa odpowiedź wykorzystana zostanie przez setki ostrzących sobie zęby rywali, by zepchnąć delikwenta w otchłań, na powstanie której sam pozwolił.

Co więc mogą zrobić z ową górą pieniędzy? Mogą budować nowe fabryki, drogi, zapory, wieżowce... Oczywiście, robią to; ale to nic, wszystko mało, zdolność absorpcji kapitału przez rodzimą gospodarkę zbyt słaba, kupa dolarów rośnie szybciej, niż ją się wydaje. Mogliby więc podnieść płace robotników. Ale to akurat oznaczałoby strzelenie sobie w stopę. Bo przecież cała maszyna oparta jest na tym, że chiński robotnik pracuje prawie za nic... Nie, taki postulat postawić mogliby tylko jacyś, nie przymierzając, komuniści. To znaczy – to chińscy przywódcy są komunistami, więc już naprawdę nie wiadomo, kto miałby te postulaty formułować.

Radośni chińscy robotnicy na plakacie propagandowym...
moon angel/Flickr CC by SA

Radośni chińscy robotnicy na plakacie propagandowym...

... rzeczywistość bywa mniej radosna.
bobu/Flickr CC by SA

... rzeczywistość bywa mniej radosna.

Tak czy inaczej, w Chinach nie ma gdzie upchnąć gór pieniędzy, które stale rosną. Podobnie jak nie było gdzie ich upchnąć w Rosji, gdy sprzedawała ropę po sto kilkadziesiąt dolarów za baryłkę, podobnie z Arabią Saudyjską...

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj