Zakupy grupowe w sieci
Grupą (nie)taniej
Właśnie wystartowały dwa nowe serwisy internetowe, które dzięki łączeniu klientów w grupy mają oferować zniżki na towary i usługi. To pomysł nienowy. I z różnym skutkiem działający.
sara~/Flickr CC by SA

bschmove/Flickr CC by SA

bastique/Flickr CC by SA

Tumblr

Pomysł na kolektywne zakupy bierze się ze starej kupieckiej zasady, która mówi, że jeśli ktoś dużo kupuje, może liczyć na solidny rabat. Grupa klientów, zamawiając razem np. kilkanaście telewizorów, dysponuje już pokaźną siłą nabywczą. Mogą więc oczekiwać, że właściciel sklepu zrezygnuje z części swojej marży. Niełatwo jest jednak taką grupę zorganizować.

Ten problem rozwiązał Internet, a ściślej serwisy do zakupów grupowych, takie jak np. kumuluator.pl oraz inntegro.pl. Zbudowane na wzór Allegro, z tą jednak różnicą, że tu produktu nie można od razu kupić. Aby doszło do transakcji, musi wcześniej uzbierać się grupa chętnych. W opisie „aukcji” znajduje się kilka kluczowych informacji: cena wyjściowa produktu, do kiedy przyjmowane są na niego zapisy, ile osób już się do danej grupy zapisało oraz ile jeszcze potrzeba, by sprzedawca przyznał np. 30 procentowy rabat. „Aukcje” bywają jednak bardziej złożone – np. wysokość rabatu rośnie wraz z przekroczeniem określonej liczby uczestników.

Gdy te serwisy startowały niespełna dwa lata temu, ich właściciele zapowiadali, że umożliwią kupowanie nie tylko komputerów, pralek czy telefonów, ale również samochodów i mieszkań. To jednak się nie udało.

Klapa skumulowana

Na pozór dobrze rokujący pomysł okazał się niewypałem. Inntegro.pl w praktyce nie funkcjonuje (na witrynie wisi informacja, że serwis jest w przebudowie do końca lutego). Na kumulatorze.pl też dużego ruchu nie ma – jest tam wprawdzie kilka kumulacji, ale licznik pokazuje, że nikt na razie do żadnej z nich nie przystąpił. I nic dziwnego, bo identyczny towar można w podobnej cenie - lub nawet taniej - kupić od razu w zwykłym internetowym sklepie.

Podobnym fiaskiem skończyła się głośna w ubiegłym roku inicjatywa kupfranki.pl. Na portalu tym zarejestrowało się kilkanaście tysięcy osób, które zaciągnęły kredyt hipoteczny denominowany w szwajcarskich frankach. Ponieważ banki przeliczały walutę po niekorzystnym kursie, organizatorzy akcji wpadli na pomysł, by wynegocjować dużo korzystniejsze warunki w jednym z nich. – Pomysł teoretycznie był dobry, tyle że nie sprawdził się w praktyce. Ludzie mają konta w różnych bankach. I całą korzyść zniwelowałby prowizje międzybankowe – wyjaśnia Michał Macierzyński z portalu Bankier.pl.

W przypadku sprzedaży grupowej dóbr konsumpcyjnych przyczyn niepowodzeń jest co najmniej kilka. – Sondaże pokazują, że wybierając zakupy w sieci konsumenci kierują się bogactwem dostępnej tam oferty, wygodą i oszczędnością czasu. Cena dla nich nie stanowi najważniejszego kryterium. Ludzie są zbyt niecierpliwi, by na zakończenie kumulacji czekać kilka dni czy tygodni. Poza tym często do transakcji nie dochodzi, gdyż do zakupu zgłasza się zbyt mało chętnych. Wtedy po tygodniu oczekiwania wracamy do punktu wyjścia – wyjaśnia Sylwester Janik z MCI, funduszu inwestującego w internetowe biznesy.

Naturalną konkurencją grup zakupowych stały się internetowe porównywarki cenowe, które błyskawicznie pozwalają zweryfikować atrakcyjność grupowej oferty (np. Ceneo.pl, Skąpiec.pl). Często wypada ona mizernie. Poważnym ciosem dla grup zakupowych było też pojawienie się serwisów prezentujących codziennie jedną atrakcyjną ofertę. Tak działa amerykański woot.com czy jego polski odpowiednik komukomu.pl.

Zakupy to sztuka wyboru

Poza tym słabą stroną witryn aranżujących grupy jest ich zbyt uboga oferta. Organizatorzy kumulacji są w stanie porozumieć się w jednym czasie z kilkoma dostawcami. Trudno jest skompletować grupę chętnych na konkretny model telewizora, skoro odbiornik tej samej wielkości posiada wiele odmian. A klient uwielbia wybierać. – Tylko 1-2 proc. odwiedzających taki serwis jest zainteresowanych zakupem czegokolwiek. Szansa na to, że będą oni chętni do nabycia tego samego, konkretnego produktu, jest jeszcze niższa.  Dlatego zakupy  grupowe wymagają zgromadzenia ogromnej masy krytycznej odwiedzających,  liczonej w milionach. - wyjaśnia Michał Jaskólski z zarządu internetowej porównywarki cen Nokaut.pl. Jego zdaniem nie bez powodu jedynym krajem na świecie, gdzie zakupy grupowe cieszą się sporym powodzeniem, są Chiny.

Najprościej byłoby zatem sięgnąć po produkty najbardziej reklamowane, czy popularne w danej kategorii. Problem jednak w tym, że na tyle dobrze się sprzedają, że producenci i handlowcy nie widzą powodu, aby rezygnować z wysokiej marży: - Wiara w to, że uda się u dystrybutora wyrwać kilkudziesięcioprocentowy rabat, jest mrzonką. Na producentów i importerów też nie można liczyć, gdyż ci boją się podpaść swoim stałym hurtowym odbiorcom – twierdzi Michał Brański z firmy o2.pl, która parę lat temu przymierzała się do uruchomienia serwisu podobnego do kumulator.pl.

Założyciel Kumulatora, Marek Solak, jednak nie kapituluje. Doszedł do wniosku, że skoro z jego serwisu korzystały też firmy (jedna z nich kupiła kilka laptopów Apple), to właśnie do nich ma być adresowana oferta. Firmy mają to do siebie, że zamawiają duże partie identycznych produktów, powinno więc być łatwiej. Złe doświadczenia innych nie zniechęcają kolejnych śmiałków. Właśnie ruszył serwis gruper.pl. (dostał 800 tys. zł dofinansowania z UE).

 

Obiad z rabatem

Michał Jaskólski z Nokaut.pl uważa, że w naszych warunkach grupy zakupowe mają szanse rozwinąć się w sektorze usług, gdzie marże są wysokie. W Stanach Zjednoczonych z powodzeniem działa kilka serwisów, które umożliwiają grupowe korzystanie z usług lokalnych firm – restauracji, pubów, siłowni, - ze sporymi zniżkami. Na ich internetowych stronach można wykupić kupony, które pozwalają skorzystać ze zniżki w określonym miejscu i czasie.

W Europie najszybciej rozwija się niemiecki CityDeal, który w szybkim tempie uruchomił swoje odnogi w 9 krajach (od niespełna tygodnia również w Warszawie). Na razie z oferty CityDeal mogą korzystać tylko mieszkańcy stolicy, ale już niebawem ma być dostępna w największych aglomeracjach (w pierwszej kolejności w Trójmieście, Krakowie i Łodzi). Zniżkowymi bonami będzie można płacić w kinach, restauracjach, zakładach fryzjerskich i spa.   – Nasz serwis jest dla tzw. smartshoperów - zamożnych młodych ludzi, którzy cieszą się każdym okazjonalnym zakupem, bez wglądu na to, czy jest to markowy ciuch czy obiad w świetniej knajpie – mówi Jędrzej Morawski, który w CityDeal.pl odpowiada za marketing. – W piątkowe wieczory i weekendy te lokale są oblegane, ale w pierwszej połowie tygodnia pracują na pół gwizdka. Dzięki zakupom grupowym mają szansę się wypromować i zwiększyć przychody. Klienci dostają zniżki, a my kilkuprocentową prowizje. Ten biznes wypali, bo z tego układu wszyscy są zadowoleni – podkreśla Morawski.

Na razie on sam jest zadowolony, gdyż pierwsza trwająca - tylko dwa dni kumulacja - promowana wyłącznie na serwisach społecznościowych (m.in. Facebook, Twitter, Blip) cieszyła się sporym powodzeniem. Kupony z 50 proc. zniżką na posiłek w popularnej restauracji sushi kupiło 450 osób. Następna rusza kumulacja na zniżki do fryzjera.

O dwa dni wcześniej przed polską odnogą CityDeal wystartował konkurencyjny gruper.pl, założony przez Marka Borzestowskiego, niegdyś jednego z twórców Wirtualnej Polski. Borzestowski wzorował się na amerykańskim groupon.com. To tylko dowód na to, że każdy sprawdzony internetowy biznes, który dobrze rokuje, szybko znajduje naśladowców. A silna konkurencja zawsze sprzyja konsumentom.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj