Gospodarka: co ratować, co zalewać
Całkowite zabezpieczenie się przed każdą możliwą powodzią jest zwyczajnie zbyt kosztowne. Od jej skutków trzeba się po prostu ubezpieczać - o wpływie powodzi na gospodarkę rozmawiamy z Jeremim Mordasewiczem, ekspertem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.
19 maja, umacnianie wałów przeciwpowodziowych w Krakowie. Akcję strażaków wspierają ochotnicy.
BEW

19 maja, umacnianie wałów przeciwpowodziowych w Krakowie. Akcję strażaków wspierają ochotnicy.

POLITYKA.PL: Czy wprowadzenie stanu klęski żywiołowej pomogłoby przedsiębiorcom na zalanych terenach?

Jeremi Mordasewicz: Nie sądzę. Jeśli ktoś prowadzący działalność gospodarczą nie może zrealizować kontraktu, bo dotknęła go powódź, jest i tak usprawiedliwiony. Może bowiem powołać się na klauzulę wyższej konieczności, a formalne ogłoszenie stanu klęski żywiołowej nie jest mu potrzebne. Jeśli poniósł straty z powodu zalania i był ubezpieczony, dostanie odszkodowanie. Jego wypłacenie również nie jest uzależnione od tego, czy rząd wprowadził stan klęski żywiołowej, czy nie.

A jak przedsiębiorcy powinni się przygotowywać na nadejście powodzi?

Na pewno ważne jest wybranie odpowiedniego miejsca na prowadzenie swojej działalności – jak najdalej od naturalnych terenów zalewowych. Ale trzeba pamiętać, że całkowite zabezpieczenie się przed każdą możliwą powodzią jest zwyczajnie zbyt kosztowne. Od jej skutków trzeba się po prostu ubezpieczać. Można się obronić przed wodą dziesięcioletnią, ale przygotowywanie się na wodę stuletnią to za duży wydatek. Przecież w Ameryce, także w strefach występowania tornad, nie buduje się wyłącznie fortec mogących przetrwać tak silny wiatr, tylko wykupuje ubezpieczenie od skutków takiego kataklizmu. Ale najważniejsza sprawa to pytanie, gdzie się budujemy – zarówno jako przedsiębiorcy, jak i mieszkańcy.

W Polsce mamy pod względem sporo wolności.

I to nasz wielki dramat, którego konsekwencje są widoczne szczególnie w okresie powodzi. Większość gmin, łącznie z największymi miastami, ulega presji mieszkańców i pozwala stawiać domy praktycznie wszędzie. Prowadzi to do bardzo rozproszonej zabudowy – nie tylko w porównaniu z Niemcami, ale nawet Słowacją. A koszty obrony przed wielką wodą wówczas gwałtownie rosną.

Jak należałoby się zatem budować?

W sposób jak najbardziej zwarty. Wówczas mniej kosztuje stworzenie oraz utrzymanie odpowiednich wałów i innych obiektów chroniących przed zalaniem. Co więcej, będzie też wokół sporo miejsca, które można przeznaczyć na naturalne tereny zalewowe. Ale do tego potrzeba chociażby planów zagospodarowania przestrzennego, które obowiązują na razie na bardzo niewielkiej części powierzchni Polski.

Ale czy nie za późno na takie zmiany? Przecież rozproszona zabudowa istnieje już od dawna.

Z ekonomicznego punktu widzenia często znacznie taniej byłoby przesiedlić część osób, niż budować na niektórych obszarach drogie umocnienia przeciwpowodziowe. Z drugiej strony u nas przywiązanie do ziemi jest bardzo silne. Warto więc chociaż działać z myślą o przyszłości i decydować, które tereny oddamy pod dalszą zabudowę, a gdzie będzie od teraz obowiązywał absolutny zakaz stawiania nowych domów.

Ale na razie trzeba bronić każdego gospodarstwa.

Takie jest społeczne oczekiwanie, nawet jeśli koszty akcji ratowniczej często wielokrotnie przewyższają wartość możliwych strat. Ale od trudnych decyzji i tak nie da się uciec – na przykład decydując, w którym miejscu zostanie przerwany wał i który słabiej zaludniony obszar zostanie zalany kosztem tego innego, bardziej zurbanizowanego. To pokazuje ekonomiczny absurd sytuacji – wysadza się stworzone olbrzymim kosztem wały zamiast wcześniej wyznaczyć miejsca, gdzie rzeka mogłaby się bezpiecznie rozlać. Tylko właśnie takich miejsc brakuje, z powodu niebywale rozproszonej zabudowy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj