Znika swojsko brzmiąca marka
Koniec Ery
Z polskiego rynku znika kolejna swojsko brzmiąca marka, zastępowana przez anglojęzycznego potworka. To uboczny efekt globalizacji – nie pierwszy i na pewno nieostatni.

Po zakończeniu wieloletniego sporu z francuskim Vivendi Deutsche Telekom może wreszcie zrobić porządki w swojej sieci komórkowej. Najbardziej widocznym ich znakiem będzie zmiana nazwy i logo, fachowo określana jako rebranding – Erę w tym roku zastąpi T-Mobile. Ciekawe, jaka wersja wymowy tego tworu wejdzie do potocznego języka. W 2005 r. już przeżywaliśmy podobną operację. Wówczas jako pierwszy na zmianę wypromowanej wcześniej kosztem wielu milionów nazwy zdecydował się francuski właściciel ówczesnej Idei. Stosunkowo szybko udało się, dzięki zmasowanej akcji reklamowej, przyzwyczaić Polaków do zastąpienia Idei przez Orange. A wiele wskazuje na to, że zniknięcie Ery to nie koniec zmian na naszym rynku telekomunikacyjnym.

Na kupca czeka przecież Polkomtel, czyli właściciel sieci Plus – do tej pory kontrolowany przez szereg polskich gigantów i brytyjski Vodafone. Gdyby ten ostatni chciał go przejąć, obok T-Mobile i Orange mielibyśmy właśnie sieć Vodafone. Gdy znajdzie się kupiec na Polkomtela, być może też zapragnie zaakcentować nowe porządki od zmiany nazwy. Do takiego kroku od dawna przymierza się również France Telecom, który chciałby zastąpić znaną chyba każdemu markę Telekomunikacji Polskiej uniwersalnym Orange. Ale stanie się to nie wcześniej niż w przyszłym roku.

Z punktu widzenia koncernów sprawa jest prosta – jedna marka podobnych usług we wszystkich krajach to spójny wizerunek, okazja do pobierania opłat od lokalnej sieci za korzystanie ze wspólnego logo, przejrzysta sytuacja dla akcjonariuszy i lepsza orientacja dla klientów podczas zagranicznych podróży. Korzystając z roamingu w sieci o tej samej nazwie co rodzima mamy czuć się swobodniej i oczywiście rozmawiać więcej. Szkoda tylko, że w ramach usług tego samego właściciela ceny zazwyczaj wcale nie są niższe niż u konkurencji.

Światowi giganci, zmieniając nazwy, nie myślą natomiast o dość powszechnych odczuciach klientów. A przecież pierwsza myśl, która w takich momentach przychodzi nam do głowy, to pytanie o koszty takiej operacji. Najpierw inwestuje się mnóstwo pieniędzy w wypromowanie Ery czy Idei, by potem wydać kolejne miliony na „nauczenie” klientów nowej nazwy. I choć z globalnego punktu widzenia może mieć to spory sens, to już z perspektywy zwykłego klienta to raczej fanaberia i zachcianka zarządów niż zdroworozsądkowe myślenie. Nie wspominając o wprowadzaniu do polszczyzny na miejsce prostych, jasnych słów kolejnych pożyczek z angielskiego.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj