szukaj
Jak Polacy doją Unię na eko-żywności
Kokosy orzechowe
Greccy rolnicy oszukiwali Unię za pomocą plastikowych drzewek oliwkowych a polscy – fikcyjnych upraw ekologicznych. Tamci łamali prawo, a naszym cwaniakom zarzucić tego nie można. Polskie przepisy sprawiają wrażenie, że są robione pod nich.
Liczba gospodarstw ekologicznych wynosi 21 tys., zajmują obszar 519 tys. ha.
Maria Pajzderska/Forum

Liczba gospodarstw ekologicznych wynosi 21 tys., zajmują obszar 519 tys. ha.

Do hektara marchwi, pomidorów czy kalafiorów Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dopłaca w pierwszych trzech latach 1550 zł. Potem wsparcie nieco maleje.
Kamil Kajko/Forum

Do hektara marchwi, pomidorów czy kalafiorów Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dopłaca w pierwszych trzech latach 1550 zł. Potem wsparcie nieco maleje.

Polskich biznesmenów cwaniaków warzywa, a tym bardziej bydło, nie interesują. Za dużo zachodu.
Mirosław Gryń/Polityka

Polskich biznesmenów cwaniaków warzywa, a tym bardziej bydło, nie interesują. Za dużo zachodu.

Czytaj także

Kombinacjami Polaków emocjonują się Niemcy na stronach internetowych Bio.Markt.info, poświęconych m.in. CAP, czyli Wspólnej Polityce Rolnej. Wyliczyli, że unijnych konsumentów wspieranie rolnictwa kosztuje przeciętnie 100 euro rocznie. Niemcy płacą więcej, więc uważają, że to głównie oni finansują nasze cwaniactwo. Podatnicy polscy tylko się do tego dokładają.

Kai Kreuzer, autor artykułu o polskich przekrętach, powiadomił unijny OLAF (Anti Fraud Office of the European Commision), powołany do ścigania defraudantów. Z odpowiedzi wyczytał, że ten problem rozwiązać powinien polski rząd wspólnie z Komisją Europejską. Na razie mamy złe, nieszczelne przepisy, a komisja przymyka na nie oko.

W kolorowej broszurze, wydanej z okazji polskiej prezydencji przez Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (podległy Ministerstwu Rolnictwa), chwalimy się dynamicznym rozwojem ekoupraw. Można nawet odnieść wrażenie, że staliśmy się pod tym względem europejskim prymusem. Przed 2004 r., gdy państwo jeszcze nie pomagało rolnikom decydującym się na trudniejsze i dające gorsze plony uprawy organiczne, gospodarstw tego typu było zaledwie 3,7 tys. w całym kraju. Ludzie zakładali je raczej z pobudek ideologicznych, wierząc, że produkują żywność zdrowszą. Zarobić na nich było trudno. Teraz liczba gospodarstw ekologicznych wynosi już 21 tys., zajmują obszar 519 tys. ha.

W tym miejscu unijnym urzędnikom od CAP powinno się przy lekturze promocyjnej broszury zapalić ostrzegawcze światło. Coś tu jest za dobrze. Jeśli po 6 latach wspierania całego polskiego rolnictwa średnia wielkość gospodarstwa rolnego w naszym kraju nadal wynosi zaledwie 6,8 ha, to jakim cudem gospodarstwa ekologiczne są przeciętnie prawie cztery razy większe (25,2 ha)? Przeciętnie, bo bardzo wiele z nich ma powierzchnię kilkuset, a nawet kilku tysięcy hektarów. To już ekologiczne latyfundia! Jak sobie radzą? Na chłopski rozum, wymagają o wiele większego wkładu ludzkiej pracy, nie wolno im stosować chemii, a przestrzegania tych zasad pilnują firmy certyfikujące produkty ekologiczne. Jeśli uznają, że gospodarstwo łamie te reguły, mogą odmówić certyfikatu albo go cofnąć. Okazuje się, że to tylko teoria.

Pierwsza furtka dla oszustów

Zamiast światełka mógłby się włączyć ciągły dzwonek alarmowy, gdyby autorzy broszury uzupełnili ją o informacje, w jakim tempie – wraz z liczbą gospodarstw organicznych – przybywa w naszym kraju ekologicznie wyprodukowanej żywności. Takich danych jednak nie ma, ponieważ nikomu nie wydają się potrzebne. W każdym razie Artur Siedlarek, dyrektor biura rolnictwa ekologicznego i produktów regionalnych w Głównym Inspektoracie Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, takimi informacjami nie dysponuje. Ale to, co wie, też jest intrygujące.

Zauważa, że celem wielu właścicieli gospodarstw ekologicznych nie jest wcale uprawa płodów rolnych, tylko zdobywanie dopłat. Na rynek więc z tych upraw nic nie musi trafiać. Tę opinię potwierdzają spostrzeżenia Grażyny Pasek z mazowieckiego oddziału Inspekcji Handlowej. Kontroluje ona placówki handlowe, w tym także oferujące żywność ekologiczną, i w żadnym razie nie może powiedzieć, że podaż produktów organicznych szybko rośnie. Jest raczej ciągle na podobnym poziomie, chociaż w stolicy popyt na naturalne produkty jest stosunkowo największy.

Powodem, dla którego Unia wydaje ponad 40 proc. wspólnotowego budżetu na CAP, jest deklarowana przez nią chęć, by konsumenci jedli żywność dobrej jakości i bezpieczną. – Część z tych konsumentów gotowych jest płacić więcej za to, by była ona wyprodukowana metodami naturalnymi – zauważa Artur Siedlarek. Wierzą, że marchewka czy buraki ekologiczne są zdrowsze niż „przemysłowe”, ale to tylko kwestia ich wiary i poglądów. Każda żywność ma być bowiem zdrowa i bezpieczna. Ukłonem CAP w stronę tej grupy konsumentów są dopłaty do upraw ekologicznych.

Dorota Metera z Rady Rolnictwa Ekologicznego, jednocześnie szefowa firmy Bioekspert certyfikującej produkty Eko, podkreśla, że kraje, którym zależy na rozwoju tego rodzaju upraw, stawiają właścicielom gospodarstw ostre warunki. – W Niemczech dopłaty wypłacane są wtedy, gdy z pola zbierane są plony wysokiej jakości – mówi.

Nasze Ministerstwo Rolnictwa tego warunku nie stawia. W ten sposób otwarto pierwszą furtkę dla oszustów. Po 2004 r. jako rolnicy ekologiczni pojawili się ludzie, którzy – zanim wyszli na pole, jeśli w ogóle kiedykolwiek to zrobili – najpierw dokładnie przestudiowali rodzime zasady Wspólnej Polityki Rolnej. To żmudne zajęcie, ponieważ tytułów upoważniających do starania się o unijne dopłaty są setki. Dobry biznesplan polegał na tym, by zestawić wybrane pozycje w spójną całość, gwarantującą jak najwyższy zarobek przy jak najmniejszym wkładzie własnym. I żeby nikt nie mógł się przyczepić, że to niezgodne z prawem. Dbałością o przestrzeganie prawa wykazały się zwłaszcza kancelarie prawne. Część ekologicznych latyfundiów jest ich własnością.

Plantacje bez plonów

Dopłaty do upraw ekologicznych wydają się czymś w pełni uzasadnionym. Nie można ich nawozić chemicznymi nawozami, a naturalne nie mogą pochodzić z farm przemysłowych. Nie wolno stosować herbicydów. Niższych plonów nie rekompensują wyższe ceny, zwłaszcza że w Polsce rynek produktów naturalnych jest w powijakach. Kiedy stoiska z naturalną żywnością chciała organizować sieć hipermarketów Real, badania pokazały, że na klientów nie ma co liczyć. Zainteresowanie wykazuje mniej niż 1 proc. kupujących.

Unijne dopłaty do upraw mają więc plantatorom rekompensować straty i o wiele większą pracochłonność. Do hektara marchwi, pomidorów czy kalafiorów Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dopłaca w pierwszych trzech latach 1550 zł. Potem wsparcie nieco maleje. O uprawie ekologicznych warzyw myślą więc raczej zdeklarowani zieloni niż osoby, które zobaczyły w tym interes. Plantacje warzywne nie są latyfundiami, mają raczej niewielką powierzchnię.

Chyba że prowadzą je takie firmy jak niemiecki Hipp, które mają w Polsce ogromne, liczące ponad tysiąc hektarów, gospodarstwa ekologiczne. Hipp jest znanym, także na naszym rynku, producentem odżywek dla dzieci. W gospodarstwie Podągi na Mazurach uprawia zboża, ziemniaki, warzywa, a także hoduje bydło i owce. To, co zbierze, wykorzystuje do produkcji odżywek. Rygorystycznie przestrzega zasad, gdyż odebranie certyfikatu na produkty natychmiast zostałoby zauważone i bezlitośnie wykorzystane przez konkurencję. W Niemczech rynek produktów ekologicznych rozwija się bardzo dynamicznie, odżywki dla dzieci powstają z polskich warzyw.

Polskich biznesmenów cwaniaków warzywa, a tym bardziej bydło, nie interesują. Za dużo zachodu. Żeby zebrać kokosy, trzeba zainwestować w ekologiczne orzechy. Przy nich zgromadzić można najwięcej tytułów do dopłat. Biznesplan wygląda następująco:

 

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+