Jak Polacy doją Unię na eko-żywności
Kokosy orzechowe
Liczba gospodarstw ekologicznych wynosi 21 tys., zajmują obszar 519 tys. ha.
Maria Pajzderska/Forum

Liczba gospodarstw ekologicznych wynosi 21 tys., zajmują obszar 519 tys. ha.

Do hektara marchwi, pomidorów czy kalafiorów Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dopłaca w pierwszych trzech latach 1550 zł. Potem wsparcie nieco maleje.
Kamil Kajko/Forum

Do hektara marchwi, pomidorów czy kalafiorów Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dopłaca w pierwszych trzech latach 1550 zł. Potem wsparcie nieco maleje.

Polskich biznesmenów cwaniaków warzywa, a tym bardziej bydło, nie interesują. Za dużo zachodu.
Mirosław Gryń/Polityka

Polskich biznesmenów cwaniaków warzywa, a tym bardziej bydło, nie interesują. Za dużo zachodu.

Czytaj także

Dopłaty bezpośrednie do hektara w 2010 r. wynosiły już 562,09 zł i z każdym rokiem rosną. Należą się każdemu rolnikowi, więc ekologicznemu również. Z tytułu „uzupełniająca płatność obszarowa” – płatne tylko z naszego budżetu – należy się kolejne 327,28 zł. Za gospodarowanie na niekorzystnych warunkach glebowych (do tego tytułu uprawniona jest ponad połowa powierzchni naszych gruntów rolnych) dochodzi kolejne 173 zł. Ostatnia, najbardziej istotna pozycja to należność za ekologiczną uprawę orzecha włoskiego – 1800 zł. (Nowi „plantatorzy” dostają już mniej). Razem 2,8 tys. zł od każdego hektara. Żeby mówić o biznesie, trzeba brać dopłaty z kilkuset, ale najlepiej ponad tysiąca hektarów. Dopłata do tysiąca hektarów to 2,8 mln zł rocznie.

Takie właśnie są nasze ekologiczne plantacje na Warmii, Mazurach i w Zachodniopomorskiem. Najpierw powstawały na terenach popegeerowskich, dzierżawionych od Agencji Nieruchomości Rolnych. – Teraz dzierżawcy, dzięki dopłatom, zarobili już na zakup ziemi – zapewnia urzędnik Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Nazwiska nie poda, mógłby stracić pracę. O kokosach na orzechach wiedzą tu wszyscy.

Zdrowe milczenie

Tym bardziej wiedzą o nich firmy, których obowiązkiem jest certyfikowanie. Odwiedzam kilka z nich. Na ekranach komputerów oglądam zarośnięte chwastami łąki, wśród których trudno się dopatrzyć sadzonek orzechów. Żeby było taniej, sadzonki często sprowadzane były z Chin. Też legalnie, za zgodą urzędu. To te ekologiczne plantacje. – Nikt ich nie pielęgnuje – zapewnia prezes jednej z firm, które wydają certyfikaty. W najlepszym razie raz do roku ktoś skosi trawę. Właściciel „plantacji” obawiałby się firmy certyfikującej, gdyby naprawdę miał orzechy. Mogłaby odmówić wydania certyfikatu zaświadczającego, że są ekologiczne. Ale orzechów nie ma i nigdy nie będzie. Po co mu orzechy, skoro i tak dostaje pieniądze? O plony nikt go przecież nie pyta. Zgodnie z prawem.

Jeżeli mimo to firma certyfikująca wyraża swoje zastrzeżenia, ekologiczny plantator zmienia ją na inną, bardziej liberalną – uważa Teresa Ropelewska z Agro Bio Test. Ktoś musi go sprawdzać, czy nie używa chemii. Kancelarie prawne lubią też najbardziej dociekliwym certyfikatorom wytaczać procesy. Za kwestionowanie, że plantacja jest ekologiczna. Przecież żadnych przepisów nie złamały. To firmy dyscyplinuje i czyni dyskretnymi. Żyją przecież z certyfikowania. Im więcej mają klientów, tym lepiej. – Jeśli ktoś samych dopłat bierze 3 mln zł rocznie, a ministerstwo świadomie nie określa standardów upraw, to ja mam w takim procesie marne szanse – twierdzi prezes jednej z firm certyfikujących.

Nazwisk właścicieli fikcyjnych plantacji nie uzyska się także z innego powodu. W zeszłym roku Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że należy chronić dane osobowe beneficjentów CAP. Dlatego nie możemy się dowiedzieć, kto bierze największe dopłaty. Ani kto uprawia fikcyjne orzechy za prawdziwe kokosy. Są beneficjentami CAP.

W rozmowach z inspektorami kontrolującymi plantacje ekologiczne można się dowiedzieć, że właścicielami największych są często osoby powiązane z politykami różnych partii. Nierzadko słyszą od nich „pani nie wie, kto ja jestem”. Więc firmy certyfikujące, zamiast stanowczo zakwestionować kilkaset hektarów rachitycznych sadzonek na bagnie, ograniczają się do zawiadomienia o nieprawidłowościach Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa. To ona wypłaca dopłaty. Ale nie ona jest autorem przepisów zachęcających do wyłudzania pieniędzy. Prawo rodzi się w Ministerstwie Rolnictwa. Ono zaś na sugestie agencji, by przepisy zmienić, jest wyjątkowo odporne.

Orzech pod jabłonką

Kiedy okazało się, że właścicielem fikcyjnej plantacji ekologicznych orzechów jest wiceminister ochrony środowiska obecnego rządu, wydawało się, że prawo zostanie poprawione. Dopłaty do orzechów zostały znacznie obcięte. Jedna furtka została przymknięta, więc oszuści korzystają z innej. – Teraz na zarośniętych plantacjach, na których wśród chwastów trudno dostrzec sadzonki orzechów, dosadza się drzewka jabłonek. Nieraz na bagnach, na których nie mają szansy przeżyć. Dopłaty do jabłonek są obecnie wyższe niż do orzechów, wynoszą 1550 zł. O plony również nikt nie pyta – żalą się przedstawiciele firm certyfikujących. Sporo zarobić można na drzewkach czereśni, opłaci się siać proso, którego także nikt nigdy nie będzie zbierał (570 zł do ha).

Najmniej przedsiębiorczy na swoich ekologicznych plantacjach nie robią nic. Biznesplan jest wtedy identyczny jak przy orzechach, ale pozycję „1800 zł” zastępuje skromniejsza – 330. Dodana do dopłaty obszarowej (562 zł) oraz pozostałych, które się rolnikowi należą, daje sumę przekraczającą 1300 zł za hektar. Też nie do pogardzenia. Jest tylko jeden warunek – raz w roku łąkę trzeba skosić. Można o przysługę skoszenia poprosić sąsiada, w ramach zapłaty może sobie siano zabrać. Niech nie gnije na łące.

Przez kilka lat agencja przekonywała ministerstwo, że aby te ekologiczne łąki miały jakikolwiek ekologiczny sens, siano z nich powinno być wykorzystane do karmienia ekologicznie hodowanych zwierząt. Warunkiem otrzymania dopłat do „użytków zielonych” powinna być więc hodowla kilku zwierząt (za osobną dopłatą), które tę paszę zjedzą. Wydawało się, że agencja odniosła sukces. W rozporządzeniu ministra znalazł się odpowiedni zapis. Zniknął z niego, zanim przepis zdążył wejść w życie. Ekologiczni latyfundyści nie będą się przecież zajmować krowami.

Ekologiczne łąki stanowią aż 39 proc. powierzchni upraw ekologicznych – podaje Zygmunt Kaczor z ARiMR. Kolejne 31 proc. to uprawy sadownicze (kiedyś orzechy, obecnie jabłonki) i zaledwie 28 proc. to warzywa.

Tylko ta ostatnia pozycja prawdopodobnie nie jest fikcyjna. Pseudoplantacje ekologiczne stały się maszynką do dojenia unijnych i polskich podatników. Konsumenci nie mają z tego nic. Plantatorom zależy tylko na pieniądzach, plonami nikt sobie głowy nie zawraca. Po co, skoro nikt tego nie wymaga?

Rocznie przeznaczamy na ekodopłaty około 140 mln zł. Do tej sumy należy jednak dodać kolejne. Dopłaty bezpośrednie – jako element Wspólnej Polityki Rolnej. Rekompensatę za gospodarowanie na trudnych warunkach glebowych – jako element PROW (Program Rozwoju Obszarów Wiejskich) oraz wiele innych. Z milionów robią się miliardy. Płyną na wieś bez pożytku dla konsumentów. Nic dziwnego, że przybywa rolników fikcyjnych. Z dopłat można dziś całkiem nieźle żyć, po co zawracać sobie głowę produkcją żywności? Wystarczy walczyć o to, by dopłaty były jeszcze większe.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij