Po szczycie ratunkowym Grecji i euro
Same pieniądze nie wystarczą
Grecja uratowana (na razie), ale optymizm długo nie potrwa. Zapewne do najbliższych informacji o spadającym tempie wzrostu PKB w eurolandzie lub rosnącym bezrobociu.

Po nerwowym, trwającym niemal całą noc szczycie eurolandu premier Grecji Jeorjos Papandreu ogłosił dla swojego kraju „nową erę”. Zadłużonemu do nieprawdopodobnych rozmiarów krajowi (dług publiczny wynosi tu 162 proc. PKB, czyli 350 mld euro) europejskie banki darowały aż 100 miliardów. Dzięki temu na razie nie dojdzie do niekontrolowanego bankructwa Grecji. Jednocześnie premier jasno dał do zrozumienia, że po tej bezprecedensowej operacji nie skończył się dla jego rodaków czas wyrzeczeń. Nadal pozostanie tu wysokie bezrobocie, będą spadać płace, a grecka gospodarka „walczyć o życie”.

Jak powiedział przewodniczący Rady Europejskiej Herman van Rompuy chodzi o to, żeby wprowadzić Greków na taką ścieżkę, by ich dług publiczny w ciągu 7 lat skurczył się do… 120 proc. PKB. Nie wiem czy znajdzie się ktoś kto uwierzy, że ze względów społecznych i fiskalnych to realne. A nawet jeśli ten szokowy dla Greków plan się jakimś cudem powiedzie, to czy faktycznie uzdrowi gospodarkę, czy też raczej ją przydusi? Unia Europejska, głęboko doświadczona finansową traumą ostatnich dwóch lat, rozważa projekty regulacji ograniczających poziom długu publicznego we wszystkich krajach UE. Na tym tle te greckie 120 proc. nadal będzie kłuć w oczy i utrudniać powrót Greków na normalny rynek pożyczkowy. A bez tego ciągle będą żyli na łasce bogatszych.

Ratowanie Grecji odbywa się dziś kosztem krajów eurolandu i banków, które kupowały jej obligacje. Po całonocnych negocjacjach podczas szczytu, nie bez politycznych nacisków i perswazji, największe banki odpisały aż 50 proc. greckich obligacji ze swoich portfeli. Poniosły więc duże straty, ich standing finansowy się pogarsza, ratingi spadają. Teraz muszą odbudować do siebie zaufanie. A to kosztuje i boli. Bankierzy nie mieli jednak wyboru. Wiedzieli, że niekontrolowane bankructwo Grecji - a to faktycznie groziło - spowoduje ogromny chaos i będzie kosztować ich jeszcze więcej. Wybrali dla siebie - ale także dla Europy - mniejsze zło. Pewnie jeszcze nie raz będą musieli sięgać w ten sposób do kieszeni.

Ekonomiści ciągle powtarzają, że grecki kryzys bardzo łatwo może rozlać się na inne kraje eurolandu, przede wszystkim Włochy i Hiszpanię, ale też kilka innych. By temu przeciwdziałać Unia stworzyła Europejski Funduszu Stabilizacji Finansowej EFSF. Jego kapitał w wysokości 440 miliardów euro wyraźnie jednak nie wystarczał. Na szczycie w Brukseli uzgodniono więc, że wzrośnie do 1 biliona euro, aby zagrożone państwa eurolandu będą miały gdzie zwracać się po ratunkowe, niżej oprocentowane pożyczki. W pierwszej chwili tchnęło to nawet w rynki nieco optymizmu, zachęciło inwestorów do zakupów. Ten optymizm długo jednak nie potrwa, pewnie tylko do najbliższych informacji o spadającym tempie wzrostu PKB w eurolandzie lub rosnącym bezrobociu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj