Wywiad: Żywność GMO – tak czy nie?
Inteligentne kotlety
O międzynarodowych wojnach żywnościowych, które wywołać mogą szynka z klonów lub herbata trująca bakterie, mówi Łukasz Gruszczyński.
artursfoto/Pixabay

Joanna Solska: – To prawda, że wkrótce będziemy jeść żywność z klonowanych zwierząt?
Łukasz Gruszczyński: – Tak, za pięć, góra dziesięć lat. Jej produkcja już teraz jest możliwa, ale na razie zbyt droga. Firmy badawcze w Stanach Zjednoczonych intensywnie szukają sposobów jej potanienia. Z ras tradycyjnych wybiera się osobniki mające pożądane cechy, np. jakość i smak mięsa, i klonuje się je, aby uzyskać dużą liczbę reproduktorów. Te duplikaty, już w sposób naturalny, dostarczają hodowcy zwierząt, których mięso jest najwyższego gatunku.

Prawo tego nie zabrania?
Zależy gdzie. W Stanach Zjednoczonych, gdzie te badania są najbardziej zaawansowane, nie. Tamtejsze firmy mogą klonować zwierzęta i produkty z nich dostarczać na rynek. Powstała w ten sposób żywność jest, zdaniem Amerykanów, ekwiwalentna wobec żywności tradycyjnej. Może być natomiast tańsza i lepszej jakości. Klonuje się też zwierzęta w Chinach, Korei Południowej i w Australii. Na razie na małą skalę, może ich być kilkanaście tysięcy. Owca Dolly, sklonowana w 1996 r., ma już sporo koleżanek i kolegów.

A w Europie?
Prawo wspólnotowe tej kwestii nie reguluje. Niedawno Parlament Europejski próbował wprowadzić zakaz sprzedaży produktów spożywczych pochodzących z klonowanych zwierząt i ich potomstwa, ale nie udało się uzyskać porozumienia z rządami krajów członkowskich i sprawa zawisła w powietrzu. Mamy prawną próżnię.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną