szukaj
Jak się marnuje dotacje
Grantoza
Niektóre organizacje zlecają pisanie projektów wyspecjalizowanym podmiotom za 5–10 proc. pozyskanych kwot. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale nikt nie został złapany za rękę.
Maciej Figurski/Forum

Niektóre organizacje zlecają pisanie projektów wyspecjalizowanym podmiotom za 5–10 proc. pozyskanych kwot. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale nikt nie został złapany za rękę.

Są konkursy, w których uczestniczy 300 wniosków, a przechodzi 20. Ich pisanie, a potem ocena pochłania mnóstwo energii.
James S./PantherMedia

Są konkursy, w których uczestniczy 300 wniosków, a przechodzi 20. Ich pisanie, a potem ocena pochłania mnóstwo energii.

Trzeci objaw grantozy to utrata tożsamości. Takiego określenia w odniesieniu do wielu fundacji i stowarzyszeń używa Krzysztof Więckiewicz, dyrektor Departamentu Pożytku Publicznego w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej. – Działa czysty darwinizm: wygrywa ten, kto szybciej i lepiej się dostosuje do ogłaszanych konkursów – powiada Wygnański. Przybywa organizacji, które w celach statutowych mają wszystko: od wspierania rozwoju społeczeństwa demokratycznego, przez przeciwdziałanie bezrobociu, ochronę środowiska, zapobieganie wykluczeniu społecznemu, po rozwój obszarów wiejskich i propagowanie zbliżenia między narodami.

Wreszcie objaw czwarty: z dużych pieniędzy są małe pożytki. Duża ich część jest wydawana na tzw. zarządzanie projektem. Często projekty dublują się na danym terenie. Kilka organizacji z jednego miasta otrzymuje grant na walkę z bezrobociem wśród kobiet w wieku 55 plus, z uwzględnieniem niepełnosprawnych. I wybucha rywalizacja o osoby spełniające kryteria. Przy tym adresatkami pieniędzy panie 55 plus są tylko formalnie, faktycznie zaś ci, którzy się nimi zajmują, a raczej zatrudniają trenerów. Gdy pieniądze się kończą, ich aktywność zamiera. Potrzebujący pomocy zostają pozostawieni sami sobie.

Opis przypadku

Wróćmy do wspomnianych porad prawnych i obywatelskich. Po ogłoszeniu konkursu na uruchomienie i prowadzenie punktów tego typu poradnictwa, zgłaszają się różne organizacje: i takie, które mają doświadczenie, i takie, które stawiają pierwsze kroki, i takie wyćwiczone głównie w zdobywaniu grantów obojętnie na co. Organizacje poważnie traktujące misję na ogół mają w swoim gronie ludzi, którzy są gotowi pomagać pro bono, na zasadach wolontariatu. Zatem wygrawszy konkurs, pracowałyby pewnie więcej i lepiej, bo za pieniądze.

Ija Ostrowska, prezeska Związku Biur Porad Obywatelskich, kierująca też biurem w Warszawie: – 60 proc. naszych prawników to wolontariusze, co zapewnia trwałość organizacji w okresach, kiedy jest mniej pieniędzy. Ale to nie jest najważniejsze. Wielu naszych klientów wcześniej było w kancelariach prawnych, ale niczego nie zrozumieli. Poradnictwo obywatelskie to nie tylko prawnicy, ale także odpowiednio przeszkoleni doradcy. Oni nieraz potrafią lepiej wytłumaczyć ludziom sytuację i powiedzieć im, co zrobić, by w przyszłości nie popełnić błędów.

Organizacje debiutujące, gdy otrzymają grant, zwykle dopiero wtedy ogłaszają przetarg dla kancelarii prawnych. Fundacja Familijny Poznań – oddziały w pięciu województwach, duże doświadczenie w prowadzeniu placówek przedszkolnych – niedawno wygrała konkurs na punkty porad prawnych i obywatelskich w kilku miastach Wielkopolski i Pomorza, w tym w Poznaniu i Gdyni. W obu miastach od lat działają tego typu biura prowadzone przez inne organizacje. Familijny Poznań zgłosił się do Michała Gucia, wiceprezydenta Gdyni, o przyznanie lokalu na preferencyjnych zasadach. – Odesłałem ich do Rumi czy Wejherowa, gdzie takiej działalności nie ma – relacjonuje Guć, który sam wywodzi się z sektora pozarządowego i jest członkiem Rady Działalności Pożytku Publicznego. – Dysponowalibyśmy nieracjonalnie majątkiem gminy, gdybyśmy dali kolejny lokal na to samo zadanie. Ale, widać, na poziomie Warszawy takiej racjonalności nie ma.

Tymczasem Familijny Poznań wynajął lokal na wolnym rynku. Wybrał też wykonawcę usługi prawnej. Któremu będzie, oczywiście, płacił.

Racjonalne byłoby stworzenie sieci poradnictwa pokrywającej cały kraj. I podobno taka idea przyświecała konkursom na unijne granty w tej sprawie. Ale na stronie Programu Kapitał Ludzki można znaleźć mapę Biur Porad Prawnych i Obywatelskich. Są duże województwa z jednym, dwoma czy trzema punktami (wielkopolskie, łódzkie, mazowieckie), są i takie, gdzie biur jest kilkadziesiąt (lubelskie – 26, kujawsko-pomorskie – 43, dolnośląskie – 50). Ale nawet tu trudno mówić o sieci – połowa województwa kujawsko-pomorskiego jest białą plamą. Rozkład biur odzwierciedla tylko to, komu rozdano granty, do potrzeb obywateli raczej nie jest dopasowany. Można przewidywać, że gdy strumyk euro wyschnie, białych plam na mapie przybędzie.

Zupełnie podobny był efekt rozdziału unijnych pieniędzy na ośrodki wsparcia ekonomii społecznej – mówi Cezary Miżejewski. Chodzi tu o przedsiębiorstwa społeczne, tworzone dla ludzi, którym z różnych względów trudno się odnaleźć na rynku pracy. Tu też miała powstać sieć. Tymczasem spora część organizacji skonsumowała granty, nie tworząc nic trwałego. Pieniądze zostały przechwycone przez duże podmioty, specjalizujące się w wygrywaniu konkursów, rozeszły się na projekty promocyjne, szkolenia, których poziom był mizerny.

Propozycje terapii

Cezary Miżejewski z coraz większą rezerwą spogląda na licznik zamieszczony na stronie internetowej Ministerstwa Rozwoju Regionalnego: „Do tej pory wydaliśmy 107 286 530 625 zł. Wartość podpisanych umów 273 570 001 345 zł”. – Ciśnie mi się na usta pytanie: ale na co wydaliśmy? 

Aby skutecznie walczyć z grantozą, trzeba by – jak przy każdej chorobie – zacząć usuwać jej przyczyny: odejść od drobiazgowych formalności, przypisać większe znaczenie meritum zgłaszanych projektów.

Są konkursy, w których uczestniczy 300 wniosków, a przechodzi 20. Ich pisanie, a potem ocena pochłania mnóstwo energii. Większość na próżno, co rodzi frustrację. Więc i z tego powodu warto byłoby wprowadzić dwustopniową selekcję wniosków. Aktywiści z sektora pozarządowego widzieli coś takiego w innych krajach (i Unia z pewnością temu nie byłaby przeciwna): najpierw zgłasza się pomysł na projekt, a dopiero po wstępnej ocenie, gdy uzyska on zielone światło, jest dopracowywany w detalach.

I jeszcze jedno: grantoza jest ciężką chorobą, której skutki odczuwają nie tylko wykrzywione, zdeformowane przez nią organizacje pozarządowe. Deformuje ona politykę gospodarczą, wypacza cele, które tak naprawdę chcielibyśmy dzięki unijnym pieniądzom osiągać. Wróćmy do ryb, już nie do węgorza, lecz słynnej operacji wycofywania jednostek floty rybackiej. Pozwolono złomować je każdemu, kto chciał i złożył poprawny wniosek. Płacono dobrze. Dziś fachowcy ubolewają, że na złom poszła część stosunkowo młodych statków do połowów śledzi i szprotów, został nadmiar starych, przystosowanych do łowienia dorszy. A dorszy wciąż jest za mało. Pieniądze wydane, problem pozostał.

Czytaj także

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj