Ministra Rostowskiego nerwowe Święta
Rejtan na progu
Jeszcze się nie zdarzyło, żeby pod koniec roku Minister Finansów chciał wykupić - i to przed czasem - własne bony skarbowe za …17 mld złotych. Niby nie musiał, ale taką właśnie ofertę złożył krajowym i zagranicznym inwestorom. Czy finanse kraju faktycznie dławi nadmiar gotówki?

Niestety, aż tak słodko nie jest. Nasz dług publiczny, mimo względnej wstrzemięźliwości rządu w tegorocznych wydatkach, stale się powiększa i w końcu grudnia sięgnie najpewniej 812 mld złotych. To dużo. Mimo niezłego tempa wzrostu PKB (są szanse, że w br. wyniesie on 4 proc.) istnieje groźba - zdaniem MF niewielka - że relacja długu publicznego do Produktu Krajowego Brutto zbliży się do ustawowego progu 55 proc. Gdyby został on przekroczony, w roku następnym budżet państwa musiałby być obligatoryjnie zrównoważony, płace w sektorze publicznym zamrożone, waloryzacja rent i emerytur obcięta. Słowem, szykowałaby się społeczna katastrofa. A tego nikt rozsądny przecież nie chce.

Jak bronić się więc przed rosnącą falą publicznego długu? Najlepiej byłoby maksymalnie ograniczać pożyczki państwa, trzymać na uwięzi przez cały rok wydatki, czyli, jak mówi prof. Balcerowicz „reformować finanse publiczne”. To jednak program kontrowersyjny, politycznie trudny i długofalowy, a kłopot (w postaci przekroczenia bariery 55 proc. 31 grudnia 2011 roku) jest tu i teraz.

By mieć niemal pewność, że to się jednak nie zdarzy, Jacek Rostowski zdecydował się więc na przedwczesny wykup bonów (udało się ściągnąć z rynku papiery wartości tylko 2,25 mld złotych), nakłania samorządy co bogatszych miast, m.in. Warszawy, żeby na krótką metę wzięły na siebie część tego garbu (nie spowoduje to wzrostu ich zadłużenia), a przede wszystkim - mając poparcie NBP - walczy o podtrzymanie kursu złotego.

Skoro niemal 30 proc. polskiego długu jest denominowane w walutach obcych, to tylko utrzymywany w ryzach złoty jest gwarancją, że rząd nie wpadnie w naprawdę duże tarapaty. Interwencje na rynku walutowym są kosztowne, zjedzą część rezerw dewizowych państwa, ale przy obecnej skali kryzysu w eurolandzie, skrajnej nerwowości na rynkach i nieustannych próbach osłabiania złotówki, tak naprawdę lepszego wyjścia nie ma. Brak reakcji byłby dramatycznie gorszy, więc gotów jestem wybaczyć ministrowi te księgowe sztuczki.  W kolejnym roku będzie zapewne mu już o tyle łatwiej, że do wyliczania poziomu długu publicznego zaczniemy używać kursów średniorocznych, a nie tych z ostatniego dnia grudnia. Wówczas wejście w Nowy Rok przestanie być tak nerwowe i kosztowne jak obecnie.

„Godzina zero” w tym przypadku rzeczywiście nie wydaje się potrzebna.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj