szukaj
Z sensem i bez sensu. Na co wydajemy środki z Brukseli
Na co poszło 300 miliardów?
Jako członkowie Wspólnoty dostaliśmy już z Unii prawie 80 mld euro. Na co poszły? Jaką Polskę za nie budujemy?
W ostatnich latach dzięki funduszom z UE wydaliśmy więcej, niż wynosi roczny budżet Polski.
Corbis

W ostatnich latach dzięki funduszom z UE wydaliśmy więcej, niż wynosi roczny budżet Polski.

Szufladą najbardziej do tej pory pojemną jest Europejski Fundusz Spójności. Służy temu, by nowi członkowie Wspólnoty pod względem cywilizacyjnym jak najszybciej podciągnęli się do poziomu starych.
Corbis

Szufladą najbardziej do tej pory pojemną jest Europejski Fundusz Spójności. Służy temu, by nowi członkowie Wspólnoty pod względem cywilizacyjnym jak najszybciej podciągnęli się do poziomu starych.

Oczyszczalnia ścieków Czajka w Warszawie. Jedna z największych proekologicznych inwestycji w Polsce zbudowana dzięki pieniądzom z Brukseli.
Paweł Brzeziński/PAP

Oczyszczalnia ścieków Czajka w Warszawie. Jedna z największych proekologicznych inwestycji w Polsce zbudowana dzięki pieniądzom z Brukseli.

Polityka

Licząc w złotówkach, uzbierało się ponad 300 mld. Niezwykłe, że nie były to, jak za Gierka, kwoty pożyczone, ale darowane „za sam fakt istnienia”. Takiej bonanzy w historii Polski jeszcze nie mieliśmy. Załapaliśmy się na prawie dwa unijne budżety, ustalane w skali siedmioletniej – końcówkę tego, obejmującego lata 2000–06 oraz na budżet obecny, 2007–13, jako „biorcy unijnej pomocy netto”.

Należała nam się, bo wyrównywanie poziomu życia między różnymi regionami Europy jest zasadą założycielską Unii. Swój budżet, zwany perspektywą finansową, UE dzieli według klarownych zasad, żeby nie powiedzieć – algorytmu. Pod uwagę bierze kilka wskaźników, zwłaszcza wysokość produktu krajowego brutto na jednego mieszkańca oraz liczbę mieszkańców. Te kryteria zadecydowały, że ze środków pomocowych, przeznaczonych dla dziesiątki nowych członków, Polska zgarnęła połowę. To znaczy – tyle nam przyznano. Żeby słowo stało się ciałem, musieliśmy spełnić kolejne warunki.

Przede wszystkim wpisać się w narzuconą przez Brukselę logikę wydawania pieniędzy. Czyli najpierw dołożyć tak zwany wkład własny z krajowego budżetu, przeciętnie 15 proc. Obowiązuje przy realizacji projektów publicznych oraz przy dopłatach bezpośrednich dla rolników. Jeśli o środki europejskie stara się firma, jej wkład własny często musi być wyższy, im przedsięwzięcie bardziej komercyjnie opłacalne, tym wkład beneficjenta większy. Jak to wszystko dodać, robi się grubo ponad 340 mld zł. To więcej, niż w tym roku ma do wydania budżet całej Polski (328 mld zł). Od europejskich „płatników netto” dostaliśmy bonus w wysokości rocznych dochodów państwa polskiego. Było za co zmieniać oblicze „tej ziemi”.

Tak wielka kwota przyznanych pieniędzy stała się dla nas jednocześnie sporym kłopotem: wydać setki miliardów złotych w zgodzie ze skomplikowanymi procedurami i na dodatek z sensem, to jedno z najważniejszych wyzwań, przed jakim kiedykolwiek stanęła polska administracja. Zwłaszcza że towarzyszył nam, podsycany politycznie, lęk, że jakieś pieniądze mogą przepaść. Pod tym względem okazaliśmy się jednak dość sprawni: utworzone specjalnie w celu obsługi unijnych dotacji Ministerstwo Rozwoju Regionalnego podkreśla, że nasz „poziom absorpcji” jest najwyższy wśród krajów nowej Dziesiątki.

„Operacja dotacja” oznacza, że najpierw w realizację zaakceptowanych przez Brukselę programów trzeba włożyć nasze, polskie pieniądze, a dopiero potem starać się o ich zwrot z Brukseli, co, niestety, trwa. Kolejny krok na brukselskiej mapie drogowej to przekonanie unijnych urzędników, że projekt, na który chcemy otrzymać wsparcie, pasuje do właściwej szuflady z pieniędzmi. Szuflad jest kilka: Europejski Fundusz Spójności, przeznaczony na wielkie, krajowe inwestycje, takie jak autostrady czy lotniska. Fundusz Społeczny, z którego inwestuje się w ludzi. Oraz Fundusz Rozwoju Regionalnego, niesamowicie pojemny – można z niego zbudować zarówno ścieżkę rowerową, jak wytwórnię filmową czy naukowe laboratoria. Ale największą szufladą, do której Bruksela ciągle wkłada 40 proc. swojego budżetu, jest Wspólna Polityka Rolna. To na niej koncentrowali się polscy negocjatorzy, ustalając warunki przystąpienia Polski do Wspólnoty. Odnieśli sukces, z dzisiejszej perspektywy – mocno wątpliwy. Polska, jako jedyny kraj w UE, przyznaje dopłaty do ziemi także pseudorolnikom, którzy niczego nie produkują na rynek.

Fundusze dzielą się na programy. Żeby dostać pieniądze, trzeba się w któryś wpisać, na przykład w program „aktywizacja bezrobotnych”, który jest częścią Europejskiego Funduszu Społecznego. Dysponentem środków, zarządzanych w tym przypadku przez marszałków województw, są powiatowe urzędy pracy i to one ogłaszają konkurs dla firm i fundacji, które deklarują np. opiekę nad jakąś grupą bezrobotnych, co ma się zakończyć znalezieniem przez nich pracy albo założeniem własnej firmy. Po zakończeniu programu efekty ocenia ewaluator, zatrudniony przez zarządzającego środkami. Swoich ewaluatorów przysyła też Bruksela. Imponujący rozkwit fikcyjnych plantacji ekologicznych (POLITYKA 14) jeszcze oceniony przez Brukselę nie został.

Inaczej jest w przypadku Funduszu Spójności. Tu najpierw państwo, czyli w jego imieniu Ministerstwo Infrastruktury i realizator (np. GDKDiA), określają program rozwoju, powiedzmy autostrad. Jakie miasta mają połączyć, warunki cenowe, terminy. Potem realizator ogłasza konkurs dla wykonawców, precyzując kryteria i przyznając za ich spełnienie punkty. Powinien wygrać najlepszy. W naszym przypadku do tej pory wygrywali najtańsi i teraz mamy kłopoty.

Mocno to skomplikowane, trudno się tego nauczyć, łatwo się pogubić. Beneficjenci zgodnie uważają, że największą barierą dla nich są procedury biurokratyczne. Bruksela, jak każda biurokracja świata, z większą surowością ocenia poprawność formalną niż sens przedsięwzięcia. Dlatego z unijnych pieniędzy dobrze żyje wiele firm konsultingowych, które reklamują się tym, że napisane przez nie wnioski są rozpatrywane pozytywnie. Biorą za to 10–15 proc. wartości projektu! Ścieżka dojścia do pieniędzy unijnych często więc przypomina tzw. ścieżkę zdrowia, trudno zgadnąć, komu się uda. Na liście realizowanych projektów jest dziś ponad 70 tys. pozycji, od wielkich przedsięwzięć infrastrukturalnych, aż po festiwal „tańców i pląsów” i „upamiętnienie losów duszpasterstwa wojskowego”.

Najczęściej środki na realizację poszczególnych programów dostać można z różnych szuflad. Czasem, na to samo, będą to zupełnie inne pieniądze.

Wyciskanie „brukselki”

Szufladą najbardziej do tej pory pojemną jest Europejski Fundusz Spójności. Służy temu, by nowi członkowie Wspólnoty pod względem cywilizacyjnym jak najszybciej podciągnęli się do poziomu starych. Dla nas symboliczne było postawienie drogowskazu na wreszcie zakończonej autostradzie A2, informującego, że dojechać możemy nią aż do Lizbony. Realnie też połączyła nas z resztą Europy. Dzięki właśnie Funduszowi Spójności. Ale jego definicja jest nieostra, bo temu samemu celowi, czyli dogonienia Europy, służą także pozostałe fundusze. Lepiej powiedzieć, że z Funduszu Spójności finansuje się szeroko rozumianą wielką infrastrukturę, na przykład autostrady czy największą w Europie oczyszczalnię ścieków Czajka w Warszawie. Ale już nie drogi wojewódzkie, tu trzeba się wcisnąć do Funduszu Rozwoju Regionalnego.

W szufladzie z napisem Europejski Fundusz Spójności pieniędzy jest sporo, ale – jak się okazało – są one dla nas trudne do wydania. Dla PKP za trudne. Kolej mogła z tej szuflady wyciągnąć 20 mld zł, ale dobrych projektów wystarczyło zaledwie na 4 proc. tej sumy. Dlatego poprosiliśmy Brukselę o zgodę na przesunięcie pieniędzy z kolei na drogi. Czekamy na decyzję. Zasada jest taka, że w ramach tego samego funduszu środki (za zgodą UE) można przekładać z programu do programu, ale z funduszu do funduszu już nie.

Chociaż więc brukselskie szuflady są sztywne, w prawdziwym życiu pieniądze się mieszają. Żeby dobrze je wykorzystać, nie wolno dać się unijnej biurokracji zaszufladkować. Czyli – trzeba mieć np. wizję rozwoju transportu krajowego, bo częściowo można go sfinansować z Funduszu Spójności (kolej, drogi krajowe, lotniska), a częściowo z drugiej szuflady, czyli Funduszu Rozwoju Regionalnego. Wtedy będą efekty.

Na rozwój transportu – żeby pozostać przy tym przykładzie – dostaliśmy już z obu funduszy 22,1 mld euro. Wybudowaliśmy lub zmodernizowaliśmy za nie 15 tys. km dróg i prawie 2 tys. km linii kolejowych (m.in. linię Warszawa–Łódź i Warszawa–Gdynia). W tym – 430 km autostrad A1, A2, A4. Dla porównania – w ciągu 15 lat, od 1989 do 2004 r., zbudowano w naszym kraju niewiele więcej, bo zaledwie 545 km autostrad. Za te pieniądze, plus oczywiście wkład z Krajowego Funduszu Drogowego, zasilanego przez budżet, powstały też drogi ekspresowe łączące największe aglomeracje. I lokalne „schetynówki”.

Wokół 14 miast powstały lub jeszcze są budowane obwodnice o łącznej długości 920 km. Z udziałem unijnych pieniędzy, bo najpierw własne, czyli pożyczone z banku, wykładają samorządy lokalne – rozbudowywane są też linie tramwajowe i trolejbusowe (550 km). Finansują nową linię metra w stolicy. Kupuje się za nie nowy tabor, co widać na ulicach Warszawy, Poznania, Szczecina, Wrocławia, Łodzi, Gdańska i Krakowa. Miasta, które po „brukselkę” sięgają najsprawniej, zadłużyły się jednak ponad dopuszczalne granice, na przykład długi Torunia przekroczyły jego roczne wpływy, stanowią już 110 proc. budżetu miasta! Ale jest nowy most przez Wisłę wraz z drogami dojazdowymi i Szybka Kolej Metropolitalna.

Dzięki pieniądzom unijnym przebudowano także dworce kolejowe, np. we Wrocławiu, Krakowie i Gdyni. Inaczej, po europejsku, wyglądają dziś lotniska w Gdańsku, Wrocławiu, Rzeszowie, Poznaniu, w Szczecinie, Krakowie, Katowicach i w Warszawie. W tym sensie, gdyby nie europejskie pieniądze, nie byłoby wizerunkowego i organizacyjnego sukcesu Euro 2012.

Do obu szuflad można też sięgać po wsparcie na projekty związane z szeroko rozumianą ochroną środowiska. Udało się z nich wyciągnąć ponad 10,2 mld euro. Poszły na budowę lub modernizację 33,2 tys. km sieci kanalizacyjnej oraz 11 tys. km wodociągów. Dla wielu wsi i mniejszych miejscowości oznaczało to, że nie trzeba już po wodę iść do studni, bo zaczęła lecieć z kranu. Symbolicznie zniknęły sławojki. Wszędzie poprawiła się jakość wody pitnej. Powstało 841 nowych lub gruntownie zmodernizowanych oczyszczalni ścieków. Wkrótce po drugiej stronie Bałtyku przestaną nas traktować jak barbarzyńców zanieczyszczających wspólne morze. Sięgając po pieniądze z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego miasta próbują też rozwiązać problem utylizacji rosnącej góry śmieci. Udało się to już w Gdańsku, Gorzowie Wielkopolskim, regionie chełmskim, Bielsku-Białej.

Strumienie pieniędzy sączące się dla środowiska bywają malutkie, jak te wspierające 17 parków narodowych i pozwalające chronić 340 gatunków roślin i zwierząt, ale mogą być też spore, gdy inwestor poruszy czułą unijną strunę, czyli poprosi o wsparcie na odnawialne źródła energii. To dziś europejska moda sezonu, czasem na granicy rozsądku, ale pod tym hasłem można z Unii wycisnąć coraz więcej. W kraju powstaje więc 31 dotowanych farm wiatrowych, krajobraz w Zachodniopomorskiem i Pomorskiem upstrzy 236 wiatraków o mocy 464 MW. Aż 500 obiektów publicznych, głównie szpitale i szkoły, poddanych zostało termomodernizacji, w ramach której zainstalowano energooszczędne systemy oświetleniowe, grzewcze, wentylacje oraz klimatyzacje.

Z obu funduszy już sfinansowano projekty ważne dla energetyki: gazociąg Włocławek–Gdynia oraz Jeleniów–Dziwiszów, a także magazyn gazu Strachocina. Powstaje terminal LNG w Świnoujściu, podziemne magazyny gazu Wierzchowice i Korsakowo oraz połączenie elektroenergetyczne Polska–Litwa. Wszystko to ma zwiększyć nasze bezpieczeństwo energetyczne. Chociaż powiedzenie „wyciskamy brukselkę” przypisuje się Waldemarowi Pawlakowi, to Ministerstwo Gospodarki dość słabo sobie z tym radzi. Mogłoby z tej szuflady wycisnąć więcej.

Lista projektów zrealizowanych dzięki unijnym pieniądzom jest długa. Czy mogła być dłuższa? Wspomnieliśmy, że na kolej „należało” nam się nawet 20 mld zł, a wydaliśmy zaledwie 4 proc., więc pewnie mogła. Jeśli Bruksela zgodzi się, byśmy przeznaczyli te pieniądze na drogi, to czy będziemy już umieli wydać je lepiej? To nie takie pewne. Realizacja programów strukturalnych jest trudna. A ministrom, którzy te programy nadzorują, i instytucjom państwowym, które zajmują się ich wykonaniem, takim jak Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, bardzo brakuje biznesowego doświadczenia.

Droga przez mękę zaczyna się dużo wcześniej niż na plac budowy wjedzie pierwsza koparka. Trzeba szanować wyśrubowane (często także do granic absurdu) wymogi środowiskowe, dogadać się z właścicielami gruntów, przygotować dobre projekty, znaleźć właściwych wykonawców i wynegocjować z nimi dobrą (dla obu stron) cenę. I, oczywiście, pokonać wszelkie bariery formalne. Rządowe instytucje radzą sobie z tym coraz lepiej, ale wielkie frycowe wciąż płacimy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj