Budżet pełen niepokoju
Czas zmartwień
Przykro patrzeć jak z ministra finansów i jego prognoz - na temat przyszłorocznego budżetu - stopniowo wyparowuje optymizm. Jak wynika z rządowego projektu w 2013 roku PKB Polski wzrośnie już tylko o 2,2 proc. To jeszcze nie kryzys, ale już „marszobieg żółwia”. Część społeczeństwa będzie to sporo kosztować.

W wielu innych krajach europejskich, wstrząsanych od kilku lat regularną recesją, takich prognoz mogliby pewnie nam ciągle pozazdrościć. My nie potrafimy się z nich cieszyć, bo przyzwyczailiśmy się do wyraźnie wyższych wskaźników, skutecznego nadrabiania w ostatnich latach dystansu do najbogatszych a przede wszystkich nie wiemy, jak dotkliwe będą skutki już widocznego, ostrego hamowania. Może strach ma tylko wielkie oczy, a może minister i premier nie mówią nam całej prawdy? Na razie pocieszają, że na tym etapie „obrony fundamentów gospodarki” nie przewiduje się zmian podatkowych ponad to, co do tej pory ujawniono.

Marne to jednak pocieszenie, bo jednocześnie wiadomo, że w tym i w przyszłym roku płace będą rosły wolno, podgryzie je inflacja, a przede wszystkim wzrośnie bezrobocie. Oficjalna prognoza, że stopa bezrobocia w 2013 roku sięgnie „tylko” 13 procent jest bodaj najbardziej kontestowana przez analityków i ekonomistów. Sądząc po zapowiedziach przedsiębiorców i wydarzeniach ostatnich miesięcy jest prawie pewne, że będzie ono sporo wyższe, raczej rzędu 14-15 proc. A to już jest wskaźnik, który z pewnością negatywnie przełoży się na dane dotyczące np. produkcji przemysłowej i budowlanej, poziom konsumpcji, a następnie przychodów podatkowych budżetu i poziom wydatków, które nie mogą jednak za bardzo się rozjechać. Pasa zaciskać więc będzie nie tylko minister finansów, ale też coraz więcej polskich rodzin. Myśląc o gospodarce, ale używając meteorologicznych porównań czeka nas brzydka jesień i ostra, mroźna zima. A uniknąć tej traumy, wbrew temu co niedawno sugerował Jarosław Kaczyński, nie bardzo jest jak.

Na wzrost eksportu, zwłaszcza do najważniejszych dla nas krajów Unii, i zysków z tego tytułu, nie możemy liczyć. Polacy, mając w perspektywie utratę pracy lub niższe zarobki, też będą mniej wydawać, popyt na wiele dóbr i usług więc spadnie, a motor, w postaci programów unijnych, będzie wolniej się kręcił. Gdzie się nie obrócić to widać, że pole manewru się kurczy. I te gorsze czasy trzeba po prostu przetrzymać.

Co więcej, jakiekolwiek rachuby, że gasnący głównie z przyczyn europejskiego kryzysu gospodarczy wzrost uda się pobudzić państwowymi wydatkami, też nie wchodzą w grę. Zmniejszenie w ciągu ostatnich dwóch lat deficytu budżetowego przyniosło nam bardzo dobre notowania na rynkach finansowych i wyraźnie niższe niż niegdyś koszty obsługi długu zagranicznego. Tej dobrej opinii o Polsce, przekładającej się na wyraźnie niższe oprocentowanie naszych obligacji dłużnych, nie możemy teraz zaprzepaścić, bo warta jest miliardy dolarów. Będziemy więc pewnie dość twardo pilnować porządku na własnym podwórku i trzymać kciuki za tych, którzy zabrali się za zamiatanie na pozostałych. A jaki będzie finał, zobaczymy jak opadnie kurz.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj