Polska ekipa na szczyt budżetowy. Oni walczyli o 300 miliardów
Ekipa na szczyt
„To najważniejsze zadanie, jakie kiedykolwiek przede mną stanęło. Trzymajcie kciuki!” - napisał Donald Tusk na twitterze przed wylotem na brukselski szczyt. Towarzyszy mu ekipa urzędników, którzy mają pracować na jego sukces.
Podczas brukselskiego szczytu (od lewej): minister finansów Jacek Rostowski, Donald Tusk i wiceszef MSZ Piotr Serafin.
Kancelaria Prezesa RM

Podczas brukselskiego szczytu (od lewej): minister finansów Jacek Rostowski, Donald Tusk i wiceszef MSZ Piotr Serafin.

Przewodzi im Piotr Serafin (rocznik 1974), minister do spraw europejskich. Od kilkunastu miesięcy skupia się głównie na jednym – staraniom o dobry dla Polski budżet UE na najbliższe siedem lat.

Na unijnych finansach zna się doskonale. Serafin uczestniczył we wszystkich unijnych szczytach w ostatnim dziesięcioleciu. Jest doskonale zorientowany w tym, co dzieje się za kulisami unijnej biurokracji, wie do kogo trzeba się zwrócić, by rozwiązać problem. Takie osobiste kontakty są bezcenne podczas negocjacji budżetowych. - Zajmuję się negocjacjami finansowymi ponad dziesięć lat, mam kolegów w innych delegacjach – przyznaje skromnie Serafin. Negocjowany właśnie w Brukseli projekt budżetu UE zna niemal na wyrywki, bo jako członek gabinetu komisarza ds. budżetowych Janusza Lewandowskiego brał udział w jego przygotowaniu.

O ile szefowie państw i rządów się zmieniają, o tyle w ekipach negocjujących nie ma większych rotacji - kadrowa stabilizacja jest warunkiem skuteczności. Doświadczeni w negocjacjach budżetowych urzędnicy wiedzą o nich prawie wszystko, przede wszystkim to, czego mogą oczekiwać od swoich partnerów. 

Problematyka unijna zaczęła pasjonować Serafina jeszcze na studiach prawniczych na Uniwersytecie Warszawskim. Jako student, w 1998 r. trafił do Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej. Zaczynały się właśnie negocjacje o naszym przystąpieniu do UE, został więc włączony do ekipy ówczesnego głównego negocjatora Jana Kułakowskiego, w której zajmował się podatkami i unijnym budżetem (Serafin skończył również ekonomię w Szkole Głównej Handlowej).

W ekipie negocjacyjnej trwał mimo zmieniających się rządów. Na pamiętnym szczycie w Kopenhadze w grudniu 2002 roku, w kluczowym dla nas momencie negocjacji akcesyjnych, 28 – letniego wówczas Serafina otoczyły najważniejsze osoby w państwie: premier Leszek Miller, szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz oraz minister ds. europejskich Danuta Huebner. Przeliczał dla nich to, co oferował Polsce ówczesny kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder. Tak został „kalkulatorem”, czyli osobą odpowiedzialną w delegacji za obliczenie, czy propozycje finansowe są do przyjęcia. Budżet na lata 2007 – 2013 pojechał negocjować do Brukseli - wraz z premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem - już jako dyrektor departamentu analiz i strategii UKIE.

Tym razem wiceminister Serafin zabrał na szczyt czterech „kalkulatorów”.  Formalnie szefuje im Małgorzata Kałużyńska, dyrektorka departamentu ekonomicznego w MSZ. „Kalkulatory” to urzędnicy MSZ, ekonomiści, którzy propozycje budżetowe składane przez  prezydenta Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya wprowadzają do swoich arkuszy kalkulacyjnych, wyliczając, ile realnie dostaniemy my, a ile inne kraje członkowskie UE. Z tych wyliczeń powstają notatki dla premiera i ministra finansów Jacka Rostowskiego, które referuje im Serafin.

Dwie wejściówki na piąte piętro

Na sali obrad premier jest osamotniony, bez doradców i współpracowników. W razie potrzeby może wezwać do siebie, wciskając czerwony guzik, jedynie tzw. antici, czyli sprawozdawcę. Każdemu z 28 przywódców państw członkowskich przysługuje jeden antici, którzy pracują po sąsiedzku z salą obrad. Co dwadzieścia minut wychodzi do niech jeden z trzech urzędników z gabinetu Van Rompuya i relacjonuje przebieg negocjacji. Antici robią notatki, które wysyłają e-mailem do swych delegacji. Pierwszy sekretarz przy przedstawicielstwie Polski w UE i jednocześnie nasz antici Michał Mazur jest więc pierwszą osobą, która dowie się o decyzjach wypracowanych na szczycie.

Jednak negocjacje nie toczą się tylko w sali obrad, równolegle prowadzą je urzędnicy niższego szczebla, rządowi eksperci i dyplomaci.

Oprócz antici w polskiej delegacji jedną z dwóch przyznanych nam imiennych plakietek (umożliwiają wstęp na piąte piętro brukselskiego biurowca, w którym obraduje Rada) dostał Marek Prawda, ambasador przy UE, który w dyplomacji pracuje od ponad dwudziestu lat. Był na placówkach w Niemczech i w Szwecji, zajmował też kilka dyrektorskich stanowisk w MSZ. To między innymi Prawda podpowiada premierowi z kim powinien się spotkać, kogo poprosić o pomoc, na którego z partnerów mocniej nacisnąć. Ważną rolę odgrywa też Tomasz Husak, doktor nauk ekonomicznych i politycznych, zastępca dyrektora Departamentu Komitetu do Spraw Europejskich w MSZ. W instytucjach unijnych czuje się jak w domu - pracował m.in. w Stałym Przedstawicielstwie RP przy Unii Europejskiej. Husak wykorzystując swoje kontakty zbiera zakulisowe informacje od innych delegacji, m.in. po spotkaniach ich szefów z Hermanem Van Rompuyem.

Jak bardzo przydają się te nieformalne kontakty, dobrze pamięta Kazimierz Marcinkiewicz. Przed szczytem w 2005 r. do Polski przyjechała Angela Merkel. – Przez ponad trzy godziny siedzieliśmy przy kolacji, ale ta rozmowa w znacznej części nie dotyczyła polityki. Znaleźliśmy wspólne punkty, oboje skończyliśmy fizykę. Bez tej rozmowy nie mógłbym później, na szczycie, być w bezpośrednim kontakcie z kanclerz Niemiec. Były premier jest przekonany, że tamta kolacja pomogła mu wynegocjować dla Polski dodatkowe pieniądze na najbiedniejsze regiony Polski wschodniej. – Kiedy już podsumowywaliśmy negocjacje i wszystko było ustalone, podziękowałem wszystkim, ale zaznaczyłem, że nie dostałem nic na Polskę wschodnią. Wtedy Merkel podeszła do mnie i zapytała, czy przyjmę od niej dodatkowe 100 milionów euro - wspomina Marcinkiewicz.

Portfel wciskany premierowi

Były premier o istotnej roli dyplomatycznych sztuczek przekonał się na własnej skórze. Jack Straw, ówczesny szef brytyjskiej dyplomacji dopadł go w czasie negocjacyjnej nocy na korytarzu. Stwierdził, że Marcinkiewicz chce zabrać mu portfel. – Wyjął swój portfel i zaczął mi wkładać do kieszeni marynarki. Na szczęście miałem nowy garnitur i nie rozszyłem kieszeni, więc portfel się nie zmieścił – wspomina Kazimierz Marcinkiewicz i dodaje, że szybko odpowiedział Jackowi Straw: – Sam widzisz, że nie chcę ci nic zabrać.  

Razem z premierem Tuskiem w ponad dwudziestoosobowej delegacji znalazło się też kilku pracowników Centrum Informacyjnego Rządu oraz tłumaczka - Ewa Kanigowska-Giedroyć, która od kilku lat towarzyszy premierowi i ministrowi spraw zagranicznych podczas zagranicznych wizyt. Według słów jednego z pracowników CIR, choć premier dobrze radzi sobie z angielskim i niemieckim, to w czasie oficjalnych rozmów woli korzystać z pomocy specjalistki. W jednym z wywiadów Ewa Kanigowska-Giedroyć powiedziała kiedyś, że „tłumaczenia są ponoć albo piękne, albo wierne”. Przy Tusku sprawdzają się tylko te drugie. Premier podobno potrafi ją poprawić, jeśli usłyszy, że jakieś słowo nie zostało wiernie przetłumaczone.

Szczyt to także szereg prozaicznych spraw, o które musi zadbać nasza delegacja: koordynacja kalendarza, noclegów, pracy kierowców, którzy wożą premiera i dyplomatów. Zajmuje się nimi m. in. 32 – letni Łukasz Broniewski, wieloletni asystent Donalda Tuska, a od roku szef gabinetu politycznego premiera.

Igor Ostachowicz, jeden z najważniejszych doradców premiera, razem z rzecznikiem rządu Pawłem Grasiem ma zadbać o przekaz medialny. Jeśli coś pójdzie nie tak, to właśnie Ostachowicz będzie się zastanawiał nad tym, jak przekazać to opinii publicznej. W przypadku sukcesu ma podobno w zanadrzu coś podobnego do słynnego okrzyku Marcinkiewicza po udanych negocjacjach z 2005 r.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj