Trzy warianty reformy OFE. Który najlepszy?
Teraz my!
Jeśli 16 mln członków OFE naprawdę zechce część swoich składek pozostawić funduszom, rząd nie będzie mógł zrobić im krzywdy. Z każdego z trzech przedstawionych wariantów wynika, że to my zdecydujemy o przyszłości drugiego filara. Dlatego właśnie jest ona niepewna.

Przedstawiając nam do dyskusji trzy warianty reformy otwartych funduszy emerytalnych, wicepremier Jacek Rostowski okazał się naprawdę sprytnym graczem. Każda z propozycji mocno poprawia marną sytuację budżetu państwa (co było prawdziwym celem zmian), do niczego natomiast nie zmusza przyszłych emerytów. Zwolennicy OFE nadal mogą lokować w nich swoje pieniądze, choć na nieco zmienionych warunkach. Te zmiany, z punktu widzenia przyszłych emerytów, nie wydają się drastyczne. Najmniej powodów do zadowolenia mają natomiast właściciele PTE (powszechnych towarzystw emerytalnych, które zarządzają OFE). Dla nich drugi filar przestaje być maszynką do zarabiania łatwych pieniędzy. W każdym z zaproponowanych przez rząd wariantów towarzystwa naprawdę będą musiały zacząć walczyć o życie.

Spekulacje, że w jednej z propozycji zawarta będzie likwidacja OFE, okazały się nieprawdziwe. Takiej propozycji nie ma, ale taki może być skutek zaproponowanych zmian. Wszystko zależy od nas. Od wiary 16 mln obecnych – i kolejnych kandydatów na emerytów dopiero wchodzących na rynek pracy – w to, że oszczędzając na starość także w drugim filarze, zapewnią sobie nieco lepszą przyszłą emeryturę. Dotychczasowe wyniki „pomnażania” naszych pieniędzy przez OFE wiarę tę raczej nadwerężyły, niż umocniły.

Pierwszy z przedstawionych wariantów, najtrudniejszy do zrozumienia, wydaje się prawie obojętny dla przyszłych emerytów. Zakłada zakaz inwestowania przez OFE naszych składek w obligacje Skarbu Państwa. Do tej pory lokowały w nie ok. 60 proc. środków, za resztę kupowały akcje na giełdzie. Teraz mogłyby inwestować tylko w akcje: tyle samo pieniędzy co przed zmianami w 2011 r., czyli przed zmniejszeniem składki do OFE. Rząd wyliczył, że OFE dostawałyby z naszej składki emerytalnej na ten cel 2,92 proc. (obecnie biorą 3,5 proc.). Resztę zapisywano by na naszym subkoncie w ZUS. Byłaby waloryzowana tak jak do tej pory.

Co to zmienia w portfelu przyszłego emeryta? Niewiele. Zamiast obligacji gwarantowanych przez rząd miałby zapis w ZUS, także gwarantowany przez rząd. Obrońcom OFE ta różnica wydaje się zasadnicza, ponieważ o wysokości oprocentowania obligacji decyduje rynek kapitałowy, a więc m.in. inwestorzy zagraniczni. Przy trudnej sytuacji budżetu państwa rynek może wymuszać na państwie wysokie odsetki. Wyższe, niż gwarantuje waloryzacja naszego subkonta w ZUS, którą politycy mogą przecież zmienić. To prawda. Obrońcy OFE zapominają jednak dodać, że te wysoko oprocentowane obligacje trzeba będzie wykupić za pieniądze podatników. Jeśli przyszli emeryci na obligacjach zarobią więcej, większe podatki zapłacą w tym samym czasie ich dzieci oraz oni sami.

Ten wariant jest bardzo korzystny dla budżetu, bo pozwala zmniejszyć pulę pieniędzy przekazywaną do OFE o sumy, za które kupowały one obligacje. Jackowi Rostowskiemu podoba się najbardziej. Dla właścicieli PTE to bolesny cios – pozbawia je prowizji, które od tego zakupu od nas pobierały. Nic dziwnego, że im się nie podoba. Podobnie zresztą jak pozostałe.

Wariant drugi pełną władzę nad losem funduszy przekazuje jego członkom – zakłada bowiem dobrowolność należenia do OFE. Gdyby wszedł w życie, to każdy z 16 mln członków funduszy musiałby jeszcze raz wybierać, czy chce do nich należeć, i zadeklarować to na piśmie. Tak samo jak osoby podejmujące pierwszą pracę. Każdy, kto tego nie dopełni, z automatu zostawałby wyłącznie w ZUS, czyli w pierwszym filarze. Do ZUS też powędrowałyby jego dotychczas zgromadzone w OFE pieniądze. Składki w I filarze byłyby waloryzowane na obecnych zasadach. Ci, którzy zrezygnowaliby z OFE, już nigdy swojej decyzji zmienić by nie mogli. To ruch wyłącznie w jedną stronę.

Zwolennicy drugiego filara, wierzący, że tylko tutaj oszczędzają na starość „prawdziwe pieniądze”, nadal mogliby to robić. Dlaczego więc propozycja nie podoba się obrońcom OFE? Bo zwolenników funduszy na pewno byłoby mniej niż obecne 16 mln. Z funduszy (razem ze zgromadzonymi już oszczędnościami i przyszłymi składkami) mogłoby odpłynąć do ZUS wielu ludzi. Na to liczy wicepremier Rostowski i tego boją się właściciele towarzystw. Obecnie przecież przynależność do OFE jest obowiązkowa. Przy tym wariancie nareszcie zaczęłaby się między towarzystwami emerytalnymi prawdziwa konkurencja, do której kolejne rządy nie potrafiły ich dotąd zmusić.

Trzeci wariant to „dobrowolność plus”. Adresowany jest nie tylko do zwolenników, ale wręcz do entuzjastów OFE. Osób, które chcą oszczędzać na starość więcej i wierzą, że najskuteczniej zrobią to, powierzając funduszom emerytalnym jeszcze więcej pieniędzy niż obecnie. Ich dotychczasowe składki emerytalne musiałyby być jednak o 2 proc. wyższe niż teraz. Tymi dodatkowymi pieniędzmi zarządzałyby OFE. To propozycja raczej dla zamożnych. Mało zarabiającym perspektywa płacenia wyższych składek emerytalnych raczej nie wyda się zachęcająca. Może być jednak szansą dla najlepszych OFE.

Bez względu na to, który wariant wybierzemy, przyszłe emerytury wypłacać ma tylko ZUS. Ministrom zarówno pracy, jak i finansów to rozwiązanie – z punktu widzenia interesów przyszłych emerytów – wydaje się najtańsze. Bezpieczeństwo zachowania realnej wartości zgromadzonych oszczędności ma nam zaś gwarantować ich transfer do ZUS już na 10 lat przed przejściem na emeryturę, z każdym rokiem po 10 proc. wartości. To także dobry sposób na ratowanie kondycji ZUS.

Każda z propozycji ratuje przede wszystkim budżet państwa i o to w tym chodziło. A przyszłym emerytom dyskusja nad nimi uświadamia głównie to, że nie powinni mieć złudzeń co do wysokości swojej emerytury.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj