Co czeka pacjentów w Nowym Roku?
Krótki oddech
Przychodnie lekarskie od nowego roku będą przyjmować pacjentów bez przeszkód. Szpitale, choć groziły bojkotem, podpisały przyszłoroczne kontrakty. To, co gdzie indziej normalne, w naszym kraju jest newsem.

W ubiegłych latach lekarze rodzinni, zrzeszeni w Porozumieniu Zielonogórskim, straszyli nas bowiem, że przestaną leczyć. Zamkną drzwi przed chorymi. Bo nie dogadali się z NFZ. Podobne pogróżki płynęły ze strony niektórych szpitali. Minister zdrowia odniósł polityczny sukces. Okupiony jednak ustępliwością wobec środowiska lekarskiego, przypieczętowaną dymisją Agnieszki Pachciarz, szefowej funduszu.

Pozew NFZ przeciwko Ministerstwu Zdrowia o zapłacenie prawie miliarda złotych za leczenie nieubezpieczonych pacjentów był tylko pretekstem. Pachciarz musiała odejść z innych powodów. Niegdyś jego najbliższa i najbardziej zaufana współpracowniczka, teraz stawała się dla Bartosza Arłukowicza zagrożeniem. Pozostawienie jej na stanowisku groziło wybuchem protestów wielu wpływowych grup lekarzy, zawsze chętnie nagłaśnianych przez media. Pachciarz próbowała bowiem naruszać żywotne interesy środowiska. W jaki sposób?

Żeby pacjenci odczuli poprawę, lekarze rodzinni nie mogą ich rutynowo odsyłać z kwitkiem do specjalistów. Znaczną częścią chorych mogą i powinni zająć się sami, mają do tego wystarczające kompetencje. Nie tu tkwi problem. Agnieszka Pachciarz chciała ich do tego zmusić. Zachęcić finansowo bowiem nie mogła, NFZ w 2014 r. nie będzie miał w kasie więcej pieniędzy niż w już chudym 2013 r. Tutaj tkwi sedno sprawy. Najpierw więc postanowiła zabrać lekarzom rodzinnym fundusze, jakie dostają za tzw. martwe dusze, czyli pacjentów niepłacących składek na zdrowie. To oznaczałoby dla nich utratę 7–10 proc. dotychczasowych przychodów. A dopiero potem, z zaoszczędzonej w ten sposób puli, NFZ chciał lepiej im płacić za leczenie przewlekle chorych, profilaktykę nowotworową itp. Lekarze rodzinni szybko obliczyli, że – aby zarobić tyle co obecnie – musieliby pracować więcej. To się nie mogło podobać.

Podobną politykę była już szefowa NFZ usiłowała prowadzić w innych sprawach. A więc, żeby lepiej płacić za niektóre świadczenia medyczne, np. dla dzieci, zmniejszała znacznie zawyżone wyceny kardiologiczne czy okulistyczne, gwarantujące do tej pory wysoki zysk. Prosiła ministerstwo o wsparcie stosownymi przepisami, aby dyrektorzy czy ordynatorzy publicznych szpitali nie mogli być jednocześnie współwłaścicielami prywatnych klinik. Chciała zlikwidować wieloetatowość lekarzy. Uniemożliwić im sterowanie pacjentami w taki sposób, że drogich pacjentów kierują do placówek publicznych, a najbardziej opłacalnych leczą u siebie, prywatnie. Opór wpływowego środowiska okazał się stanowczy, a lobbing przeciwko nowym i dopiero planowanym rozwiązaniom – skuteczny. Z niektórych pomysłów NFZ wycofał się już kilka godzin po odwołaniu pani prezes.

Bartosz Arłukowicz ma mało czasu i niewielkie szanse na spełnienie oczekiwań premiera dotyczących skrócenia kolejek do lekarzy. Jeśli – co zaleca rada NFZ – następca Agnieszki Pachciarz będzie kontynuować jej politykę i w dalszym ciągu naruszać interesy środowisk medycznych, narazi się na ich protesty. Ściągnie kłopoty na ministra zdrowia, a te mogą się skończyć jego dymisją. Jeśli natomiast NFZ oraz ministerstwo będą ignorować interesy pacjentów, polityczny koniec ministra będzie identyczny.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj