Termin 18 lat na ochronę polskiej ziemi wzięto z kapelusza
Ślimak sunie do Unii
Polska po wejściu do Unii Europejskiej chce wprowadzić zakaz sprzedawania ziemi cudzoziemcom przez 18 lat. Skąd się wziął właśnie taki okres ochronny? Kto i jak go wyliczył? Na podstawie jakich przesłanek?
Eoghan OLionnain/Flickr CC by SA

Unia zgadza się na 7 lat. Spory w negocjacjach to normalne. Ale w tym przypadku trudno będzie o kompromis, bo rząd lansując twarde rozmowy z Unią i nie konsultując swego stanowiska z opozycją – ma dzisiaj bardzo wąskie pole manewru. Po raz kolejny potwierdza się stara prawda: by dogadać się z innymi, trzeba się najpierw dogadać ze sobą.

Polska i kraje Unii Europejskiej to są naczynia o różnym kształcie i objętości. Jeśli zostaną gwałtownie połączone, to na pewno coś się w nich zabełta. Najlepiej czują to politycy rozmaitych szczebli. Werner Schnappauf, minister ochrony środowiska w Bawarii, boi się polskiego fryzjera w niemieckim mieście, gotowego strzyc za 10 marek (niemiecki fryzjer bierze dwa razy tyle). Ale Schnappauf jest bardzo zadowolony z możliwości utylizowania bawarskich śmieci w Polsce albo w Czechach. Bo taniej.

Poseł AWS z Lubuskiego stawia sprawę krótko: – Niemcy mają obawy przed nami, a my stracha przed nimi. Musimy znaleźć sposób na pogodzenie taniego sąsiedztwa z silnym.

Poseł wie również, że znalezieniu tego sposobu nie pomagają takie zdarzenia jak list Niemca Herberta Wehry do gminy w Człuchowie, w którym nazwał mieszkańców wsi Mosiny „ludnością zastępczą” i przy okazji zażądał rekompensaty za utracone mienie po wojnie. Żaden polityk w Polsce nie może bagatelizować tych nastrojów.

Łagodnemu wyrównywaniu poziomów w połączonych naczyniach mają służyć tak zwane okresy przejściowe, podczas których w sposób administracyjny hamuje się rozwój sytuacji na rynkach w poszczególnych krajach. Niemcy boją się napływu z Polski taniej siły roboczej, która może stworzyć konkurencję na terenie byłej NRD, pogłębiając tam i tak duże bezrobocie. Dlatego żądają, by Polacy nie mogli podjąć tam pracy przez 7 lat od dnia wejścia do Unii.

Polacy natomiast boją się wykupu polskiej ziemi (a mieszkańcy ziem zachodnich powrotów takiego choćby Herberta Wehry). Ziemia w Polsce, w stosunku do krajów Unii Europejskiej, jest znacznie tańsza. Według Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, hektar gruntów rolnych w Polsce kosztuje dzisiaj ok. tysiąca dolarów; dla porównania – we Francji jest trzy razy droższy, w Holandii 15 razy. Dlatego Polska żąda długiego okresu przejściowego na sprzedaż ziemi cudzoziemcom. Ale dlaczego miałby trwać dokładnie 18 lat?

Tajemnicza „18”

Zanim doszło do przedstawienia stanowiska negocjacyjnego w tej sprawie (15 lipca 1999 r.), partie koalicji rządzącej spierały się tygodniami w całkowitej konfidencji, jak długi ma być okres przejściowy na zakup ziemi przez cudzoziemców. Najbardziej skrajne propozycje padały z ust polityków ZChN: „Powinniśmy wystąpić o zakaz na zawsze, a jeśli to nie będzie możliwe – to co najmniej na ponad 20 lat. Unia Wolności była za skróceniem tego okresu do 10, a nawet 5 lat.

Opozycja SLD-PSL o niczym oficjalnie nie wiedziała, gdyż stanowisko rządu długo było trzymane w tajemnicy „dla dobra negocjacji”. Ale w tym przypadku na dobre chyba nie wyszło, choć, jak się wydaje, długi okres przejściowy był bliski politykom PSL. W końcu stanęło na 18 latach, a liczba ta wydaje się być efektem kompromisu politycznego, a nie wynikiem twardych analiz ekonomicznych.

Nie ma żadnych symulacji, które wykazałyby, że po 18 latach znikną wszystkie niepokoje związane z przystąpieniem do Unii Europejskiej. – Raportu takiego nie ma – zauważa Piotr Nowina-Konopka – bo nie ma takiego specjalisty na świecie, który zrobiłby symulacje zdarzeń w perspektywie 18 lat. To prawdopodobnie dlatego Françoise Gaudenzi, negocjator Komisji Europejskiej z Polską, wpatrując się przenikliwym wzrokiem w naszych przedstawicieli w Brukseli, pytała parokrotnie: – A skąd wam się wzięło 18? A może powinniście prosić o 20?

Ryszard Czarnecki – poprzedni szef UKIE w rządzie Jerzego Buzka – przypomina kulisy dawnych decyzji: – Był to czas rządu koalicyjnego, a stanowisko Polski było przedmiotem poważnej dyskusji w ramach koalicji samej AWS. Uczestniczyli w niej prezesi poszczególnych stronnictw i eksperci. ZChN domagał się ze względów taktycznych, podkreślam – taktycznych! – pierwszej wersji trwałego zakazu kupowania ziemi przez cudzoziemców. W drugiej wersji mówiliśmy o 25 latach. Wynikało to z przekonania, że każdy rok dłuższego okresu przejściowego ułatwi wyrównanie dysproporcji zamożności Polaków i ceny ziemi w stosunku do Unii. Myśleliśmy o zamożności Niemców i Austriaków, a nie Greków czy Portugalczyków. Stąd tak długi okres przejściowy.

Na pytanie, ale dlaczego akurat 18 lat? – Ryszard Czarnecki odpowiada: – Szczerze mówiąc, powinno było stanąć na 20 latach. Ale doszliśmy do wniosku, że dla dobra negocjacji, by nie przerazić zachodnich partnerów, lepiej jest zastosować psychologiczny chwyt, znany w handlu detalicznym, i zaproponowaliśmy liczbę z jedynką na początku.

Józef Oleksy, gdy przypomina sobie tamten czas, ma mieszane uczucia: – To był czas, w którym podkreślano wyłączność rządu w tych sprawach. Potem dopytywaliśmy się, skąd w sprawie okresów przejściowych na ziemię wzięło się 18 lat. Nie było jasnej odpowiedzi, więc propozycje odczytuję jako chwyt negocjacyjny, czyli coś, co może być przedmiotem gry przy stole rokowań.

Jest wielce prawdopodobne, że ta „18” pojawiła się z kapelusza. Po prostu szukano na tyle dużej liczby lat, by uspokoić wszystkie fobie związane z Unią: że utracimy tożsamość, że wykupią nas obcy, że Polak będzie parobkiem u Niemca. Potem zaczęło się dorabianie argumentów. Nie jest to zresztą trudne, bo gdy chodzi o polskie rolnictwo, to kłopotów z dostosowaniem się do Unii starczyłoby nie na jedną, ale na dwie „18”.

Licytacja na długość okresów przejściowych ma silne podłoże polityczne. W Niemczech wybory będą w 2002 r. i kanclerz Schröder musi czymś uspokajać opinię publiczną. U nas wybory odbędą się jesienią 2001 r.; wielu wyborców będzie zwracać uwagę, kto mocniej wymachuje sztandarem z hasłem „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”.

Kozi róg

Polscy politycy – ścigając się o to, kto będzie większym twardzielem wobec Unii – sami zapędzili się w kozi róg. Od połowy 1999 r. powtarzano bez przerwy – głównie chłopom i mieszkańcom ziem zachodnich, bo to o ich nastroje i głosy wyborcze chodzi – że Polska nie pozwoli na wykup ziemi przez minimum 18 lat. Teraz, gdyby przyszło zmienić zdanie w tej sprawie, może być ciężko.

Atmosfera w klubie była taka – mówi w prywatnej rozmowie młody poseł AWS – że samo pytanie, skąd się bierze akurat 18-letni okres przejściowy na handel ziemią, narażało na zarzut, że nie jest się Polakiem, patriotą.

Partyjna koalicja AWS-UW (jeszcze przed rozpadem) wstrzemięźliwie komentowała 18-letnią ofertę rządu. Delegacja SLD, kiedy w Brukseli wypowiadała się krytycznie o tym żądaniu – po powrocie została skarcona przez premiera za naruszanie interesu narodowego. To dlatego dzisiaj Leszek Miller na pytanie, jakie stanowisko ma SLD na niedawną ofertę Unii o okresie przejściowym „7 lat”, odpowiada wykrętnie: „najpierw poczekamy na reakcję rządu Jerzego Buzka, bo to była jego oferta”. Z kolei nasz główny negocjator Jan Kułakowski gra na czas – zapowiada szerokie konsultacje międzypartyjne i społeczne, by wypracować wspólne stanowisko w sprawie unijnych siedmiu lat.

Ale tak szczerze mówiąc, przed jesiennymi wyborami do Sejmu nikomu w Polsce nie jest wygodnie mówić konkretnie, czy jest za utrzymaniem naszych „18”, czy za redukcją. Ten, kto powie – zrezygnujemy z „18” – narazi się na miano „zdrajcy interesów narodowych”. Kto będzie grał nieustępliwego, być może niebawem będzie musiał publicznie wszystko odwołać, bo wiele wskazuje na to, że Unia po prostu nie jest skłonna zaakceptować polskiej propozycji.

Dla naszej strony sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana, gdyż kwestia okresów przejściowych na handel ziemią podzieliła obóz kandydatów aspirujących do Unii. Na propozycję Komisji Europejskiej – „7” – Czesi w ciągu nocy odpowiedzieli: Zgoda. Podobnie zamierzają postąpić Węgrzy. Polska została sama na placu ze swoją „18”.

Martwy rynek

Czy w Polsce faktycznie istnieje zagrożenie wykupem ziemi przez obywateli (spółki) innych państw?

W opinii Adama Tańskiego, prezesa Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, mamy do czynienia bardziej z fobią rozdmuchaną przez politykę niż faktami. W ciągu 10 lat Agencja sprzedała cudzoziemcom spośród 4,6 mln ha margines swoich zasobów: 594 ha osobom prywatnym i 26 tys. ha spółkom zagranicznym. Wydzierżawiła łącznie ok. 300 tys. ha.

Podobne proporcje rejestruje MSWiA, które kontroluje (poprzez wydawanie zezwoleń) oraz od niedawna monitoruje obrót ziemią, jaką zainteresowani są cudzoziemcy. Przez 10 lat sprzedano im 26 tys. ha, przy czym w większości jest to ziemia nierolnicza, lecz przeznaczona pod inwestycje (biurowce, fabryki itp.). Stanowi to 0,08 proc. powierzchni Polski.

Jednak były premier Jan Olszewski zwraca uwagę, by nie bagatelizować oszustw w handlu ziemią: wykupywania jej dla cudzoziemców przez podstawione osoby lub przejmowanie kontroli nad ziemią przez spółki zagraniczne. Mechanizm był tu prosty: ziemię kupowała najpierw polska spółka, a następnie jej zagraniczni udziałowcy podnosili kapitał, przejmując kontrolę nad spółką i jej nieruchomością ziemską. MSWiA podkreśla jednak, że po pierwsze proceder ten ma mały zasięg, a po drugie, w połowie lat 90. znowelizowano ustawę o obrocie ziemią i usunięto z niej luki prawne.

Dzisiaj praktycznie nie ma ruchu na rynku nieruchomości ziemskich – ceny są niskie, dolar słaby, marna koniunktura. To nie zachęca do spekulacji. Nie ma wielkiego popytu na ziemię rolną ze strony rolników, gdyż gospodarstwa mamy słabe, rozdrobnione, niedochodowe, produkcja nieopłacalna, a kredyt jest drogi. To jednak, że rynek nieruchomości zamarł, nie oznacza, że tak będzie po wejściu Polski do Unii.

Odejście Ślimaka

Po pierwsze na ziemię pojawi się popyt ze strony rolników unijnych. Większe gospodarstwa będą korzystały z większych dopłat z Brukseli. Będą też mogły zarobić na ugorowaniu ziemi lub przywracaniu jej ekologicznego charakteru (za to Unia też płaci swoim rolnikom).

Dzisiaj rynek ziemi rolnej w Unii praktycznie jest martwy – mówi Karol Bulenda z Wyższej Szkoły Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie. – Tamtejsze gospodarstwa farmerskie są ustabilizowane i mało kto już tam handluje ziemią. Jedyny sposób na powiększanie areału to ziemie na wschodzie, a zachodni farmerzy mają to, czego nie mają nasi chłopi – siłę ekonomiczną i tani kredyt.

Pojawi się też popyt spekulacyjny wywołany niską ceną polskich gruntów. Doprowadzi on do zwyżki ceny ziemi, której już nie sprostają polscy chłopi. Utrzyma się zatem stara, niewydolna struktura gospodarstw, pojawią się za to duże konkurencyjne gospodarstwa unijne.

Pytanie, czy będzie również podaż ziemi? Tego nie można wykluczyć – dzisiaj w Polsce mieszka na wsi prawie 40 proc. ludzi, a bezrobocie ukryte sięga tam miliona osób. Jeśli utrzyma się wzrost gospodarczy i pojawią się nowe miejsca pracy w mieście i w usługach na wsi, można założyć, że wielu z nich dojrzeje do sprzedaży nierentownych gospodarstw. Obok aspektu ekonomicznego dochodzi kontekst społeczny.

Syndrom Drzymały i Ślimaka (bohater „Placówki” – przyp. red.) przechodzi do historii – twierdzi prof. Elżbieta Skotnicka-Ilasiewicz, socjolog pracujący dla UKIE. – Słabnie emocja wobec tradycyjnie pojmowanej ojcowizny. Dużą część Polski stanowią Ziemie Odzyskane, na których gospodarzą ludzie napływowi, głównie przesiedleńcy zza Buga. Z oczywistych powodów ich związek z tą ziemią jest słabszy niż w przypadku chłopów gospodarujących na swoim od dziada pradziada. Na tych obszarach rolnicy często deklarują chęć wysłania dzieci do miasta, a nie do zatrzymania ich na ojcowiźnie. Wyraźna jest gotowość do sprzedaży ziemi. To, że na razie tego nie widać, wynika z faktu, że ludzie czekają na lepszą okazję, by za kilka lat osiągnąć wyższą cenę. Drugim czynnikiem jest zubożona tożsamość Polaków. Po II wojnie światowej problemy gwałtownego uprzemysłowienia kraju i walka z kułakiem doprowadziły do zniszczenia elit chłopskich na wsi, a co za tym idzie etosu ziemi.

Biorąc pod uwagę uwarunkowania polityczne, społeczne, ekonomiczne i historyczne – uważa Jacek Saryusz-Wolski, obecny szef UKIE – Polska powinna w negocjacjach z Unią walczyć o okres przejściowy dłuższy niż 7 lat.

Jak długi? Jeśli Unia odrzuca 18 lat, a my nie chcemy 7 lat, to trzeba się spotkać pomiędzy. Opierając się na „dobrze poinformowanej intuicji” naszych rozmówców, najczęściej przewijała się propozycja 10–12 lat. Rządowi Jerzego Buzka trudno jednak będzie radykalnie zmienić swoje poprzednie stanowisko. Przypuszczalnie uczyni to następny rząd. Jego argumentacja może być taka:

• Należy nam się dłuższy okres przejściowy niż 7 lat, bo Polska w porównaniu z Czechami i Węgrami jest większa i ma większe kłopoty strukturalne. Potrzebujemy więcej czasu, by złapać oddech w Unii. Czas leczy również społeczne fobie;

• Co prawda najdłuższy dotychczas oferowany przez Unię okres przejściowy na obrót ziemią nie przekraczał 6 lat, to jednak Polska zasługuje na szczególne traktowanie ze względu na poziom rozwoju gospodarczego. Nigdy wcześniej nie aspirował do Unii kraj, w którym roczny dochód na głowę obywatela nie przekracza 40 proc. przeciętnego dochodu mieszkańca Unii, a dochodowość wielu polskich gospodarstw jest kilka razy niższa od unijnych.

Śladem Danii

W tej sytuacji można dojść do wniosku, że być może jednak warto kruszyć kopie o 18-letni okres przejściowy. Realnie jednak patrząc, chyba nie mamy szans aby wytargować to od Unii. Możemy jednak kontrolować wydarzenia na rynku nieruchomości rolnych, korzystając z doświadczeń Austrii, Danii, Grecji czy Finlandii.

Soren Lang Nielsen, radca handlowy Ambasady Duńskiej w Warszawie, przypomina, że okoliczności wstępowania Danii do Unii trochę przypominały naszą dzisiejszą sytuację: z jednej strony niskie dochody Duńczyków, z drugiej silny popyt Niemców na duńską ziemię, a szczególnie na działki letniskowe wzdłuż wybrzeża. Duńczycy obronili się wprowadzając do prawa wewnętrznego szereg obostrzeń i procedur stosowanych wobec cudzoziemców.

Podobnie postąpili Austriacy, chroniąc atrakcyjne okolice Tyrolskich Alp przed bogatymi Niemcami. Poważne ograniczenia w prawie zakupu wprowadziła też Grecja, zagrożona masowym wykupem terenów nadmorskich czy kawałków wysp turystycznych na Morzu Egejskim. Stworzono wiele zakazów, które zostały jednak zaskarżone w organizacjach Unii Europejskiej. Grecja zrezygnowała z części restrykcji. Dzisiaj wszyscy eksperci są zdania, że złagodzenie tych przepisów zdynamizowało wiele zaniedbanych regionów tego kraju. Podobnie też mówią Hiszpanie na Majorce – co prawda zżymają się na Niemców, którzy wykupili tę wyspę niemal w jednej trzeciej, ale żyją z turystów, głównie Bawarczyków.

Polska może, rzecz jasna, upierać się przy swoim i domagać się jak najdłuższych okresów przejściowych. Wtedy powinniśmy się jednak liczyć z opóźnionym startem w Unii. Coś za coś, jak to w negocjacjach.

Jacek Mojkowski, współpraca Maciej Zakrocki

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj