Za opóźnienie polskiego projektu jądrowego odpowiadają Rosjanie?
Atom nas nie zbawi
Czy nie popadamy w paranoję, podejrzewając Rosjan o opóźnianie polskiego programu energetyki jądrowej, budowy Gazoportu i o wywołanie kryzysu w górnictwie?
Elektrownia atomowa w Jaslovskich Bohunicach na Słowacji.
Janos Korom Dr/Wikipedia

Elektrownia atomowa w Jaslovskich Bohunicach na Słowacji.

„Rzeczpospolita” alarmuje: polski program energetyki jądrowej znalazł się na zakręcie. Powodem jest niesolidna australijska firma prowadząca badania środowiskowe, za którą być może stoją Rosjanie. Na nich też ciążą podejrzenia o spowodowanie opóźnień przy budowie Gazoportu i wywołanie kryzysu w górnictwie. Czy nie popadamy w paranoję?

Spółka PGE EJ1 przygotowująca budowę pierwszej polskiej elektrowni jądrowej postanowiła rozwiązać umowę z australijską firmą WorleyParsons, która została zatrudniona do przeprowadzenia badań środowiskowych niezbędnych do uzyskania zgody na budowę elektrowni.

Badania prowadzone miały być równolegle w dwóch miejscach (Choczewo i Żarnowiec). W którymś z tych miejsc powstanie pierwsza polska elektrownia jądrowa. Zdaniem zarządu PGE EJ1 WorleyParsons nie wywiązywała się z zobowiązań kontraktowych, a w szczególności nie realizowała w terminie zleconych jej prac.

Australijczycy nie przyznają się do winy, twierdzą, że to oni wypowiedzieli umowę, bo polski zleceniodawca zachowuje się nieprofesjonalnie i nie jest przygotowany do inwestycji. Wygląda na to, że spór o umowę wartą 253 mln zł skończy się w sądzie albo arbitrażu.

„Rzeczpospolita” wieszczy w związku z tym potężne straty i duże opóźnienie projektu jądrowego. Na dodatek wypomina PGE, że była ostrzegana, by nie wiązać się z WorleyParsons, bo firma ta ma sporo interesów z Rosjanami. A im, jak wiadomo, zależy na podkopaniu naszego bezpieczeństwa energetycznego. Być może więc sypią nam piasek w tryby rękami Australijczyków.

Podobne podejrzenia padły na włoską firmę Saipem, która jest liderem konsorcjum budującego w Świnoujściu terminal gazu skroplonego LNG, popularnie zwany gazoportem. Inwestycja miała być gotowa w połowie ubiegłego roku. Potem datę przesuwano na koniec 2014 r. Dziś dokładnie nie wiadomo, kiedy zostanie zakończona. Podobno są szanse, że w tym roku. Oby.

Stosunki między państwowym inwestorem, spółką Polskie LNG a Saipem są napięte. Włosi eskalują, stawiają żądania, wiedzą, że jesteśmy pod ścianą. Nikt nie zerwie z nimi umowy za pięć dwunasta. Pojawiają się jednak wątpliwości: czy oni tak sami z siebie, czy ktoś za nimi stoi? I znów mamy rosyjski trop. Saipem to firma budująca infrastrukturę do przesyłu gazu, a Gazprom to jej poważny klient. I wszystko jasne.

„Gazeta Wyborcza”, opisując dymisję członka zarządu PGNiG Jerzego Kurelli, ubolewa, że pracę stracił taki fachowiec. I to właściwie bez powodu. Ale pojawia się natychmiast rosyjski trop: Kurella w przeszłości, pełniąc obowiązki prezesa PGNiG, naraził się Gazpromowi. Nie trzeba więc tłumaczyć, dlaczego go zwolniono.

Podobnie jak wszystko jasne jest dla polskich górników, którzy źródło kłopotów śląskich kopalń widzą w rosyjskim węglu trafiającym na nasz rynek. I nie ma dla nich znaczenia, że importowany jest głównie węgiel gruby, poszukiwany przez odbiorców domowych. W kraju go brakuje, bo polskie kopalnie z jakiś względów takiego nie kopią. Wolą miał dla elektrowni.

Teorie spiskowe z Rosjanami w tle dają łatwe usprawiedliwienie dla niekompetencji, bałaganu, nieudolności. Dziś, gdy nasze stosunki są wyjątkowo napięte, dobrze się sprzedają. Powodów, dla których padają polskie kopalnie, są setki. I w większości da się je wyliczyć bez angażowania do tego Rosjan. To samo jest z gazoportem i elektrownią atomową. Naszym problemem jest brak fachowców przygotowanych do realizacji wielkich inwestycji infrastrukturalnych. Ćwiczyliśmy to już na autostradach (żadna nie powstała w terminie), na stadionach (podobnie). Teraz przerabiamy ten problem na kolei, w gazoporcie i w przygotowaniach do budowy elektrowni atomowej.

Na dodatek za plecami menedżerów państwowych spółek stoją politycy. Poganiają, pouczają, upominają, straszą dymisjami. O ile autostrady czy linie kolejowe to wielkie, ale stosunkowo proste inwestycje, o tyle budowa elektrowni atomowej jest wyjątkowo skomplikowana. Nie mamy własnych specjalistów w tej dziedzinie, musimy zdać się na zagranicznych fachowców. Niestety, wiedza kosztuje. Dlatego strategia przetargów rozstrzyganych na podstawie najniższej ceny może okazać się zabójcza. Jak angażowanie Chińczyków do budowy autostrady A2.

Ściganie się z czasem, wyznaczanie nierealnych, ale politycznie chwytliwych terminów – nie ma sensu. Pierwszy blok elektrowni będzie miał moc 3 tys. MW. Czy powstanie w 2024 r., jak przewidują optymistyczne założenia, czy koło 2030 r., jak wróżą pesymiści, to nie będzie miało dla nas wielkiego znaczenia. Dla polskiej energetyki i tak rozstrzygające będzie najbliższych 5–7 lat.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj