Doktoraty stają się coraz modniejsze, ale Polsce nadprodukcja dyplomów nie grozi
Andres Rodriguez/PantherMedia

D.Gąszczyk/Obserwator Finansowy

OF/•

To właśnie dlatego profesje oferujące perspektywę wysokich zarobków oraz pozycji społecznej są tak bardzo oblegane przez młodych ludzi, gotowych z wielkim zaangażowaniem świadczyć pracę za półdarmo. Zbyt rzadko biorą oni jednak pod uwagę to, że ostatecznie tylko nielicznym udaje się dostać na szczyt.

Podążając za światowym nurtem dyskusji, polskie media alarmują o katastrofalnej nadpodaży doktorantów w naszym kraju. Często przytaczanym argumentem jest wzrost liczby uczestników studiów doktoranckich – w 1990 r. było ich ok. 2,7 tys., podczas gdy w 2013 r. ich liczebność zdecydowanie przewyższała już 43 tys. Nie bierze się jednak pod uwagę tego, że w przeszłości zdecydowanie najpopularniejszym sposobem na dojście do stopnia doktora była asystentura.

Ucieczka w doktorat

Dopiero wraz z nadejściem reformy bolońskiej oraz wprowadzeniem studiów III stopnia, proporcje te uległy zupełnemu odwróceniu. W 1990 r. grono polskich doktorów powiększyło się o 2,3 tys. osób – o 1,4 tys. mniej niż 10 lat wcześniej. W roku 2013 nadano natomiast niemal 6,1 tys. stopni doktora.

Pomimo wspomnianego 16-krotnego wzrostu liczby doktorantów, liczba nowych doktorów powiększyła się zatem jedynie ponad 2,5-krotnie w porównaniu z 1990 r. oraz ponad 1,5-krotnie w porównaniu z 1980 r. Prawdziwa jest natomiast inna popularna w Polsce teza – studia doktoranckie rzeczywiście są traktowane jako sposób na ucieczkę przed trudną sytuacją panującą na rynku pracy. W okresie bardzo dobrej koniunktury zainteresowanie studiami III stopnia wyraźnie maleje.

Na tle świata, poziom produkcji doktorów w Polsce prezentuje się bardzo skromnie. W 2011 r., przeciętnie rzecz biorąc, jedynie 0,46 proc. osób urodzonych w danym roku posiadało ten stopień naukowy. Spośród krajów OECD, jedynie w Turcji mniejsza część populacji (niespełna 0,4 proc.) może poszczycić się doktoratem.

Dla porównania, w Niemczech odsetek ten wyniósł 2,7 proc., a w Czechach – 1,4 proc. Co więcej, Polska jest jedynym krajem, w którym w porównaniu z 2000 r. udział doktorów zmalał. Bardzo silnie kontrastuje to z sytuacją, jaka wystąpiła m.in. na Słowacji, gdzie w ciągu niewiele ponad dekady wskaźnik produkcji doktorów zwiększył się ponad trzykrotnie.

Mając na względzie powyższe dane, nie powinniśmy się w obecnej chwili obawiać, iż w Polsce wystąpią problemy z nadpodażą doktorów w podobnej skali, jak na Zachodzie. Pomimo to wydaje się, że także w naszym kraju nie uciekniemy przed koniecznością rewizji paradygmatu, zgodnie z którym praca na uczelni powinna być traktowana jako jedyna możliwa ścieżka kariery osób posiadających ten stopień.

Autor jest doktorantem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie oraz ekspertem ekonomicznym organizacji Pracodawcy RP.

Źródło: obserwatorfinansowy.pl/otwarta-licencja

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj