Padająca hrywna wielu się opłaca
Gwałtowna dewaluacja hrywny wbrew oficjalnym zapewnieniom jest na rękę i ukraińskiemu rządowi, i wielkiemu biznesowi znad Dniepru. Tracą na niej tylko obywatele.
Andrew Bossi/Wikipedia

OF/•

Jeśli będziemy robić wszystko, co niezbędne dla reformowania gospodarki kurs waluty przez najbliższe cztery lata powinien wynosić 22-24 hrywny za dolara – zapewnia ukraińska minister finansów Natalia Jaresko.

Gwałtowna fala dewaluacji ukraińskiej waluty jaka rozpoczęła się na początku lutego, po ogłoszeniu przez bank centralny rezygnacji z ustalania kursu indykatywnego, każe jednak wątpić w te zapewnienia. Tym bardziej, że nad Dnieprem zbyt wielu graczy zainteresowanych jest w dalszym jej osłabianiu.

Spisek, czy niewidzialna ręka rynku

W krytycznym momencie dolar na rynku międzybankowym kosztował już przeszło 30 hrywien a na czarnym rynku za amerykańską walutę trzeba było zapłacić 45 hrywien – dwukrotnie więcej niż na początku roku.

Rząd oskarżył o gwałtowną dewaluację hrywny kierownictwo banku centralnego (NBU). Premier Arsenij Jaceniuk przekonuje, że nie ma podstaw do dewaluacji.

– W ciągu minionych 9 miesięcy na rynku finansowym sprzedano 51,5 mld dolarów. To prawie dziesięć razy tyle, ile wynoszą rezerwy walutowe banku centralnego. Codzienne obroty na rynku międzybankowym to od 100 do 170 mln dolarów, a to dowodzi że rynek jest napełniony walutą. I to oznacza, że część waluty jest kupowana w celach spekulacyjnych – komentował premier na swoim koncie na Facebooku.

Początkowo bank centralny pikowanie hrywny tłumaczył regułami wolnego rynku. Gwałtowny skok – to pierwsza reakcja rynków na rezygnację Narodowego Banku Ukrainy ustalania indykatywnego kursu hrywny.

Szefowa ukraińskiego banku centralnego, Natalia Gontariewa, przekonywała na początku lutego, gdy śniegowa kula dewaluacji nabierała rozpędu, że popyt i podaż na rynku waluty znajdą równowagę i w konsekwencji adekwatną cenę. Pod wpływem oburzenia obywateli oficjalne tłumaczenia kursowego armagedonu zaczęły się zmieniać i z czasem sprowadziły się do oskarżeń rzucanych na bliżej nieokreślonych agentów Kremla, którzy mieli nakręcić panikę na rynku i doprowadzić w ciągu paru tygodni do 50-proc. dewaluacji hrywny. Fakty przeczą oficjalnej wersji.

Czarny strumień

O ile istnienie skoordynowanego centrum sterowania spekulacjami walutowymi jest pewne, o tyle szukać go należy zdecydowanie nie w Moskwie, a w Kijowie i to w gabinetach na szczytach władzy – komentują nad Dnieprem. Tylko tym można wytłumaczyć fakt, że 25 lutego w kilkanaście minut po zakończeniu spotkania premiera, prezydenta, szefowej banku centralnego i minister finansów, na którym zapowiedziano zdecydowana walkę ze spekulacjami i wskazano jako optymalny kurs na poziomie zbliżonym do 21,7 hrywien za dolara, kurs hrywny na czarnym rynku w odległych o setki kilometrów od stolicy regionach kraju spadł o przeszło 30 proc.

Gdyby za windowaniem kursu dolara stał rzeczywiście Kreml czarny rynek niezwiązany z oficjalnym obiegiem waluty nie miał prawa na takie zapowiedzi polityków zareagować. Wręcz przeciwnie, w interesie Moskwy byłoby dalsze nakręcanie kursu i pokazywanie w ten sposób, że władze nie panują nad sytuacją. Stało się jednak inaczej – w ciągu kilkunastu minut przekierowano faktycznie strumień waluty napływający na czarny rynek do oficjalnego systemu bankowego ustawiając kurs na niekonkurencyjnie niskim poziomie.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj