Jak rybacy na Bałtyku wykorzystują unijne dotacje
Patroszenie złotej rybki
Bałtyccy rybacy zamiast ryb, których jest coraz mniej, łowią dotacje.
Port rybacki w Piaskach koło Krynicy Morskiej.
Adam Chełstowski/Forum

Port rybacki w Piaskach koło Krynicy Morskiej.

Filet z dorsza w przyplażowych smażalniach kosztuje tego lata ok. 70 zł za kilogram. Turbot na plastikowej tacce z widelczykiem to w przeliczeniu już 130 zł/kg. Rybacy rok temu za kilogram dorsza dostawali 6,5–7 zł, w tym roku – 3,5 zł. Od kilku lat odławiają dużo mniej tych ryb, bo chude i mizerne. Płaczą, że trudno związać koniec z końcem. Pod koniec czerwca blokowali drogę krajową Warszawa–Gdańsk. Straszą eskalacją protestów, jeśli rząd im nie pomoże. Jednak w miejscowościach, gdzie żyją, skromne chałupy spotkać trudno – wszystko ogromniaste, z licznymi pokojami dla turystów. Porty i przystanie rybackie jak z obrazka. Napłynęły tu ogromne pieniądze w ramach unijnego Programu Operacyjnego „Rybactwo i Morze” (PO Ryby). Skąd więc niezadowolenie?

Ryb w Bałtyku jest wciąż za mało, a rybaków za dużo, by połowy były opłacalne. Problem miało rozwiązać złomowanie części floty rybackiej po wejściu Polski do UE. Armatorzy dostali sowite rekompensaty, a rybacy odprawy. Politycy prawicowi biadali, że zezłomowano za dużo i nie będzie czym łowić przysługujących Polsce ryb. Ale właściciele kutrów i łodzi, którzy nie skorzystali z możliwości złomowania, potem z pomocą Unii modernizowali swe jednostki na potęgę. Fachowcy uważają, że zdolności połowowe polskiej floty bałtyckiej są obecnie wyższe niż w 2004 r.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj