Czy minister finansów powinien być ekonomistą?
Ręce, które liczą
Przyzwyczailiśmy się do tego, że to dobrze i zdrowo, kiedy ministrem finansów jest ekonomista. Ale może czas zakwestionować ten niebezpieczny monopol.
George Osborne - historyk
Simon Dawson/Bloomberg/Getty Images

George Osborne - historyk

Czy ministrem zdrowia musi być lekarz? Może, ale bywały już odstępstwa od tej zasady. Albo czy za cyfryzację kraju odpowiadać może jedynie informatyk? Oczywiście, że nie. Mało tego – ministrem obrony albo spraw wewnętrznych to nawet nie może być czynny wojskowy ani policjant. W końcu zasada cywilnej kontroli nad resortami siłowymi jest fundamentem naszej demokracji. Skąd więc obsesyjne przekonanie, że tylko ekonomista może pokierować polityką ekonomiczną rządu?

Instrukcja obsługi finansów

Fakty są takie, że po 1989 r. mieliśmy w Polsce 17 ministrów finansów. Wielu w randze wicepremierów. A wśród nich nie było ani jednego „cywila”. Oczywiście różnili się między sobą. Najważniejszą grupę stanowili profesorowie. A więc osoby, które do gabinetu trafiły niemal wprost ze świata akademickiego. Byli więc w pierwszym rzędzie ekonomistami, a dopiero potem stawali się politykami. Nieraz wybitnymi. Najważniejszy z nich to oczywiście Leszek Balcerowicz. Został szefem ekipy gospodarczej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, choć nie był w solidarnościowej opozycji żadną figurą polityczną, tylko zdolnym technokratą, który jeszcze w latach 70. zajmował się naukowo rozpatrywaniem różnych scenariuszy wprowadzania do socjalizmu elementów rynkowych. Nikt wtedy nie wiedział, że okaże się samorodnym talentem politycznym, który stworzy wzorzec aktywnego i potężnego ministra finansów w III RP.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj