Państwo polskie z jednej strony zniechęca, a z drugiej namawia do picia. O co w tym wszystkim chodzi?
Przelizane
Nasze państwo niby zniechęca do jedzenia słodyczy, palenia papierosów czy picia alkoholu, a jednocześnie do tego samego pośrednio zachęca. O co tu chodzi?
Jeśli ukraińskie słodycze nadal będą na teren Unii wjeżdżać bez przeszkód, mniejsi polscy producenci będą musieli się poddać.
Maciej Kulczyński/PAP

Jeśli ukraińskie słodycze nadal będą na teren Unii wjeżdżać bez przeszkód, mniejsi polscy producenci będą musieli się poddać.

Im częściej Polacy zaglądają do kieliszka, tym więcej pieniędzy dostaje PARPA na walkę z piciem.
Simone Piccoli/PantherMedia

Im częściej Polacy zaglądają do kieliszka, tym więcej pieniędzy dostaje PARPA na walkę z piciem.

Z paleniem papierosów państwo walczy nieskutecznie i obłudnie, wspierając jednocześnie sporymi dopłatami plantatorów tytoniu.
Jolanta Wójcicka/PantherMedia

Z paleniem papierosów państwo walczy nieskutecznie i obłudnie, wspierając jednocześnie sporymi dopłatami plantatorów tytoniu.

[Tekst ukazał się w tygodniku POLITYKA 27 października 2015 roku]

Sprzedaży cukierków zakazano szkolnym sklepikom, a w tym samym czasie wielkie sieci obniżają ceny lizaków i landrynek o 30 proc., bo mają dostęp do konkurencyjnej oferty zagranicznej. Tanie słodycze w coraz większych ilościach sprowadza się od ponad roku z Ukrainy, więc ich spożycie rośnie. Ale rodzimym producentom w oczy zagląda bankructwo. Zamieszanie na rynku spowodowali politycy. Mało pocieszające, że unijni.

Kiedy Bruksela, chcąc pomóc gospodarce Ukrainy, zniosła w kwietniu 2014 r. cła m.in. na tamtejsze słodycze, żaden kraj członkowski nie protestował. Polski rząd też nie przewidział, że odbędzie się to naszym kosztem. Zadbano tylko o to, żeby na unijny rynek nie trafiło zbyt wiele ukraińskiego mięsa czy zboża, wyznaczając tzw. kontyngenty. W przypadku słodyczy nie zrobiono nic. Zabrakło wyobraźni.

Po cichu liczono na to, że we wzajemnym handlu słodyczami niczego to nie zmieni. A i strata przy rezygnacji z cła (jego wysokość zależała m.in. od zawartości cukru w wyrobach) niewielka, ponieważ import ukraińskich słodyczy na unijny rynek do tej pory nie był istotny. Unia wspaniałomyślnie zgodziła się nawet, że europejscy producenci, gdyby zaczęli kusić Ukraińców naszymi słodyczami, nadal będą powstrzymywani cłami zaporowymi.

Cukier nie krzepi

Zarówno wyroby czekoladopodobne, produkowane w fabrykach należących do prezydenta Poroszenki, jak i zwykłe ukraińskie cukierki do tej pory apetytu unijnych konsumentów nie wzbudzały. Są bowiem o wiele gorsze wizualnie, jakościowo i smakowo. Z naszymi porównania nie wytrzymują, a to polskie fabryki przede wszystkim zaopatrują europejski rynek. Kiedy jednak te ukraińskie stały się dużo tańsze (a w przypadku landrynek czy lizaków różnica w smaku może nie wydawać się aż tak istotna), niektórzy odbiorcy zmienili nastawienie.

Wielkie sieci zaczęły sprowadzać coraz więcej najtańszych słodyczy z Ukrainy – niepokoi się Marek Przeździak z Polbisco (Stowarzyszenie Polskich Producentów Wyrobów Czekoladowych i Cukierniczych). Dla konsumentów, którzy jednak wolą nasze słodycze, hipermarkety też mają specyficzną propozycję. Do tej pory najtańsze asortymenty sprzedawały pod markami własnymi, jako ofertę Tesco czy Biedronki. Teraz te marki własne zamawia się u dostawców ukraińskich. Albo, strasząc zmianą dostawcy, zmusza firmy polskie do obniżenia ceny do poziomu ukraińskiego.

Dotyka to przedsiębiorstwa, których nie stać było na promocję własnej marki ani stworzenie własnej sieci dystrybucji – narzeka Andrzej Gantner z Polskiej Federacji Producentów i Eksporterów Żywności. Wisiały na jednym dużym odbiorcy. Bez niego sobie nie poradzą. Konsumenci ich nie znają, kto np. słyszał o Fabryce Cukierków Pszczółka w Lublinie?

Pomoc dla Ukrainy, która miała być symboliczna, okazuje się dla ofiarodawcy kosztowna. Przez polską granicę, najzupełniej legalnie, wjeżdża do Unii coraz więcej ukraińskich słodyczy. Większość zostaje w Polsce.

Ingerencja polityków w rynek często przynosi skutki nieoczekiwane i niezaplanowane. Unijni politycy (zniesienie ceł na ukraińskie słodycze poparł zarówno Parlament Europejski, jak i Rada UE) mieli prawo zbagatelizować cła, nie były przecież aż tak wysokie, średnio kilkanaście procent. Tylko nie powinni byli zapominać, że ich koledzy od Wspólnej Polityki Rolnej już dużo wcześniej uczynili unijny rynek słodyczy niekonkurencyjnym. Podstawowy surowiec do ich produkcji, czyli cukier, jest bowiem w Unii o wiele droższy niż w innych krajach. To forma pomocy dla europejskich rolników oraz koncernów cukrowych. W efekcie czekolady, cukierki czy lizaki w Unii są o wiele droższe. Zapominając o tym, politycy wyrządzili unijnej gospodarce spore szkody, zwłaszcza Polsce.

W Unii obowiązuje jednolita, minimalna cena na cukier. Wylobbowali to sobie wielcy producenci, głównie francuskie i niemieckie koncerny. A ponieważ unijna reforma rynku cukru głównie polegała na zamknięciu wielu cukrowni (także naszych), okresowo cukru brakuje i ceny rosną. Jak najwyższymi cenami jest też zainteresowana nasza Krajowa Spółka Cukrowa, największy producent tego surowca w Polsce. Jak najdroższego cukru życzą też sobie polscy rolnicy. Koncerny mają bowiem dzielić się z nimi zyskami. Dopóki Unia chroniła swój rynek cłami na słodycze, ta polityka była skuteczna. Za nadzwyczajne zyski koncernów cukrowych płacili konsumenci. Teraz zapłacą także producenci słodyczy.

Ukraińskie fabryki słodyczy nie kupują drogiego cukru w UE, tylko na giełdach światowych, gdzie jest dużo tańszy. Tona kosztuje obecnie 350 dol. – wyjaśnia Marian Przeździak z Polbisco. Komisja Europejska praktycznie nie pozwala unijnym producentom słodyczy na kupno tańszego surowca za granicą. Chroni wytwórców krajowych wysokimi cłami na cukier, ten za 350 dol. za tonę. W ubiegłym roku tona cukru w UE kosztowała więc ponad 550 euro. Jeśli ukraińskie słodycze nadal będą na teren Unii wjeżdżać bez przeszkód, mniejsi polscy producenci będą musieli się poddać. Natomiast duzi mogą na serio zacząć się zastanawiać nad przeniesieniem fabryk na Ukrainę. Ryzyko polityczne jest wprawdzie ogromne, ale potencjalny zysk nie do pogardzenia.

Na razie konsumenci coraz mniej rozumieją, o co politykom chodzi? Do jakich zachowań chcieliby nas zachęcić? Ministerstwo Zdrowia, wydając rozporządzenie o rewolucji w szkolnych sklepikach, kolejny raz powtórzyło, że cukier, mąka i sól są niezdrowe. Najlepiej, żebyśmy je w ogóle wyeliminowali z naszej diety, rezygnując z jedzenia słodyczy. Wygląda jednak na to, że tylko polskich. Jednocześnie Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi ma w tej sprawie zupełnie inne zdanie. Uspokaja plantatorów buraków cukrowych, że nadal będzie dopłacać do ich uprawy. Sporo, bo 366 euro do każdego hektara. Co najmniej do 2020 r. Środki na ten cel są przecież policzone i zagwarantowane. Oprócz oczywiście 910 zł dopłaty bezpośredniej do każdego hektara, również tego obsianego burakami.

Skoro cukier szkodzi, a nie krzepi, to dlaczego usilnie do produkcji buraków cukrowych zachęca się rolników i sowicie im za to płaci? Żeby nam skracali życie? Żeby nie budzić „wśród plantatorów obaw i negatywnego poczucia, że odbiera się im historycznie ukształtowane, określone ustawowo i traktowane jako nabyte prawo do uprawy i dostawy”? To cytat ze strony Krajowego Związku Plantatorów Buraka Cukrowego, który uważa, że dopłaty do buraków są stanowczo za małe.

Ogłupiali klienci mimo wszystko bardziej wierzą lekarzom niż rolnikom. Konsumpcja cukru w Polsce powoli, ale jednak spada. Na to też są sposoby. Właśnie pojawiają się plotki, że z powodu suszy cukier może zdrożeć. Producenci liczą, że ludzie znów zaczną robić zapasy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj