Kto zapłaci za podatek bankowy?
Stawka daniny nałożonej przez PiS na banki i ubezpieczycieli będzie wyższa, niż partia zapowiadała w kampanii wyborczej. Sektor finansowy już reaguje – zwalnia i podwyższa prowizje.
Mirosław Gryń/Polityka

Premier Beata Szydło, broniąc nowego podatku bankowego, twierdziła, że to forma kary dla zachodnich korporacji za bardzo drogie usługi bankowe dla Polaków. Teraz na pewno one nie stanieją. Kilka banków, nie czekając nawet na wejście przegłosowanej wczoraj przez Sejm ustawy w życie, już podwyższyło marże kredytów hipotecznych. Bo tak naprawdę podatek od aktywów bankowych (aktualnie planowany na 0,44 proc. ich wartości rocznie, wcześniej miał wynosić 0,33 proc.) jest podatkiem od kredytów. Im kto więcej ich udzieli, tym więcej odda państwu.

Banki mają zatem wybór – albo udzielą mniej kredytów, nowy podatek mniej je zaboli, ale i mniej zarobią, bo przecież to kredyty w dzisiejszych czasach niskich stóp procentowych są głównym źródłem zysków. Banki mogą też nadal chętnie udzielać kredytów, ale spróbują wtedy wliczyć w ich koszty przynajmniej częściowo nowy podatek. Tak żeby pośrednio zapłacili go po prostu klienci. Najgorzej wyjdą na tym pożyczający na długo, czyli na przykład na mieszkanie. Raz ustalona marża jest bowiem niezmienna przez cały okres spłacania kredytu.

Podobno przed negatywnymi skutkami podatku ma nas obronić kontrolowany przez państwo PKO BP. Chodzi o ten sam bank, który właśnie zapowiedział spore zwolnienia (ok. 800 osób) i który ucierpi z powodu tej daniny bardziej niż jego zagraniczni konkurenci, bo nie będzie w stanie odbić sobie niższych zysków na rynkach innych krajów. Do tego PKO BP już teraz wcale nie jest najtańszym bankiem. Nawet więc jeśli rząd zabroni mu podnosić opłaty, stracą ci korzystający dziś z najkorzystniejszych ofert w innych bankach, które zapewne znikną.

Nie ma bowiem wątpliwości, że banki nie wezmą na siebie całego ciężaru nowego podatku. Można je straszyć Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ale niewiele to pomoże. Cudów nie ma, o czym łatwo sobie przypomnieć, śledząc historię opłat interchange. Dzięki temu, że przez wiele lat banki i klientów sponsorowały sklepy, płacąc najwyższy interchange w Europie (średnio aż 1,6 proc. wartości każdej transakcji), mieliśmy prawdziwy raj – bezpłatne konta, karty, a nawet hojne programy rabatowe i zwrot części wydanych plastikiem pieniędzy.

Teraz jest już zupełnie inaczej. Sklepy odetchnęły z ulgą, bo interchange spadł do bardzo niskiego poziomu (0,2–0,3 proc. wartości transakcji). Trudno za to znaleźć kartę darmową bez spełniania jakichkolwiek warunków, programy typu „moneyback” praktycznie zniknęły, a prowizje, zwłaszcza za kredytówki, osiągnęły poziom wprost nieprzyzwoity.

Całość uzupełniają horrendalne stawki za przewalutowanie dla korzystających z polskich kart za granicą. UOKiK nie jest w stanie nic zrobić. Tak to działa w świecie finansów i nie pomogą żadne rządowe bajki. Ktoś musi zapłacić – a jeśli nie ma komu, to zawsze jest przecież klient.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj