Dlaczego w Polsce nie ma kooperatyw
Sklep z zasadami
Podczas zagranicznych podróży widujemy znaczki supermarketu Coop. Kryje się za nimi kawał historii przedsiębiorczości. A może nawet szansa na kapitalizm z ludzką twarzą.
Sklep COOP, Frankfurt 1989 r.
Wolfgang Eilmes/DPA/PAP

Sklep COOP, Frankfurt 1989 r.

Coop to nie jest żadna międzynarodowa sieć supermarketów. Nie znajdziemy jej na listach europejskich gigantów detalicznego handlu spożywczego, gdzie królują korporacje jak brytyjskie Tesco, francuski Carrefour czy niemiecka Schwarz-Gruppe (Lidl i Kaufland). Coop nie może się z nimi mierzyć, bo w ogóle nie jest spółką. Na dobrą sprawę nie ma nawet czegoś takiego jak jeden paneuropejski Coop. Co więc mijamy, jeżdżąc po europejskich drogach od Holandii po Węgry? To raczej szereg operujących (zazwyczaj) na poziomie jednego państwa spółdzielni. Z których każda składa się z mniejszych lokalnych kooperatyw. Organizacyjnie i biznesowo Coopów nie łączy więc nic namacalnego. Prócz nazwy i wspólnego (długo uważanego za niedzisiejszy) pomysłu na prowadzenie gospodarczej działalności.

Różnice widać już choćby w marce. Niby tej samej, ale jednak nie. Węgierski Coop (4 tys. sklepów, 30 tys. zatrudnionych) ma białe logo na czerwonym tle. Logo czeskiego Coopa (2,9 tys. sklepów, 14 tys. pracowników) jest biało-pomarańczowe. Włoski (1,4 tys. sklepów, 56 tys. pracowników) napis Coop jest czerwony. Z kolei w przypadku szwajcarskiego (2 tys. sklepów, 75 tys. zatrudnionych) pierwsze dwie literki są czerwone, a dwie pozostałe pomarańczowe. Podobnie jest z historią.

Wszystkie Coopy mają ten sam wspólny mianownik i swoich założycielskich mitów szukają w drugiej połowie XIX w.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj