Pierwsza dymisja w rządzie Beaty Szydło. Krzysztof Tchórzewski zaprzecza
Według naszych informacji minister energii Krzysztof Tchórzewski podał się do dymisji. Rząd nie chciał jednak przykryć tym informacji o powołaniu Polskiej Grupy Górniczej.
.
Jerzy Dudek/Forum

.

– Nie podałem się do dymisji i nie planuję tego zrobić, zaprzeczam tym informacjom, które się pojawiają – powiedział Krzysztof Tchórzewski dla serwisu Money.pl.

Jednak wcześniej informację o dymisji Tchórzewskiego potwierdził katowicki poseł PiS Michał Wójcik w Polskim Radiu 24. Poseł mówił, że za dymisją stały m.in. względy osobiste. Według naszych informacji ogłoszenie dymisji przesunięto, żeby nie psuć wizerunkowych skutków ogłoszenia decyzji o powstaniu Polskiej Grupy Górniczej.

O tej dymisji mówiło się od dawna. Już w chwili formowania rządu Beaty Szydło Krzysztof Tchórzewski wzięty został trochę z łapanki. Zadanie było trudne, bo chodziło o resort, który nie istniał, a który miał się stać rodzajem superministerstwa: Ministerstwo Energii.

Teoretycznie zadanie to miało przypaść Piotrowi Naimskiemu, głównemu strategowi energetycznemu PiS, twórcy programu energetycznego partii. To on miał zorkiestrować (modne słowo) w jednym ręku wszystkie spółki energetyczne – od kopalni węgla kamiennego, przez Orlen, Lotos, po PGE, Tauron, Energę, Eneę, PGNiG. Był tylko jeden problem – węgiel.

Pierwszym zadaniem nowego ministra było rozwiązanie problemu walącego się górnictwa, i to w taki sposób, żeby górnicy nie zastrajkowali. Naimski patrzy na te sprawy dość trzeźwo i zdaje sobie sprawę, że bez zamknięcia najbardziej nierentownych kopalń Kompanii Węglowej uratować się nie da.

Ale PiS na taki ruch nie może się zdecydować, bo politycznie jest on nie do przyjęcia. Dlatego to Tchórzewski – ekspert partii od kolei – podjął się rozwiązania tej kwadratury koła: jak wycisnąć z energetyki pieniądze na ratowanie Kompanii Węglowej tak, by górnicy byli zadowoleni, a rozwiązanie dawało cień nadziei, że się Komisja Europejska nie przyczepi. Do pomocy Tchórzewski dostał Wojciecha Kowalczyka, który jeszcze w rządzie Ewy Kopacz odpowiadał za ratowanie górnictwa i Grzegorza Tobiszowskiego, który zna się na górnictwie, tylko dlatego, że jest śląskim baronem PiS.

Krzysztof Tchórzewski należy do wąskiego grona najbardziej wpływowych polityków PiS, więc dawał gwarancję, że polityczne przebicie pozwoli mu stworzyć nowy resort (co nie było łatwe) i opracować jakiś program ratunkowy dla kopalń. Ma jednak swoje lata, a na dodatek poważne kłopoty ze zdrowiem. Dlatego już w ubiegłym roku pisząc o formowaniu rządu PiS, wspomnieliśmy, że w przypadku ministra energii będzie to kontrakt krótkoterminowy.

I tak się stało. W dniu, w którym przedstawiciele górniczych i energetycznych spółek oraz banków i instytucji finansowych podpisali w Katowicach porozumienie w sprawie rozpoczęcia działalności Polskiej Grupy Górniczej (PGG), Tchórzewski miał złożyć na ręce Beaty Szydło rezygnację. W branży energetycznej już się spekuluje, kto go zastąpi: Naimski czy Tobiszowski?

Prezes Polski wolałby Naimskiego, który jest bardziej doświadczonym fachowcem i zaufanym politykiem. Pytanie, czy się zgodzi? Teoretycznie sprawa górnictwa została załatwiona, ale człowiek tak doświadczony jak Naimski musi zdawać sobie sprawę, że Tchórzewski sprawy nie rozwiązał. Kupił jedynie trochę czasu. Za chwilę wybuchnie sprawa Jastrzębskiej Spółki Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego. Cudów nie ma: górnictwo musi przejść bolesną terapię, która nie ograniczy się do okresowej rezygnacji z 14 pensji.

Konflikt zapewne rozgorzeje na nowo. Zapewne też to Tobiszowski pokieruje resortem energii i weźmie na siebie odium górniczego niezadowolenia.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj