12 złotych za godzinę to początek długiej drogi do uzdrowienia rynku pracy w Polsce
Oby rządowy projekt ustawy o minimalnym wynagrodzeniu stał się pierwszym krokiem w kierunku naprawiania rynku pracy, który nam się w III RP mocno nie udał.
Flickr CC by 2.0

Nowe prawo jest już po konsultacjach w Radzie Dialogu Społecznego (związki i pracodawcy). W Sejmie żadnych niespodzianek też pewnie nie będzie. Oznacza to, że minimalna stawka za godzinę pracy wejdzie w życie w styczniu 2017 roku.

Na początek ma wynosić 12 złotych brutto. A potem – co roku – podlegać rewaloryzacji. Sensowność tych 12 złotych polega na tym, że dotąd w Polsce panowała niebezpieczna fikcja. Ustawowa płaca minimalna w Polsce rosła w ostatnich latach całkiem szybko. Z 849 złotych w roku 2005 do 1750 dziesięć lat później.

Problem polegał jednak na tym, że dotyczyła ona tylko zatrudnionych na umowę o pracę. A przecież w ostatnich latach klasyczny etat stał się jakby odpowiednikiem yeti. Wszyscy dużo o nim mówili, ale niewielu go tak naprawdę widziało. Wszystko dlatego, że mniej więcej od początku lat dwutysięcznych i pakietu ustaw uelastyczniających polski rynek pracy (czasy ministra pracy i gospodarki Jerzego Hausnera z SLD) rozpleniła się nad Wisłą plaga umów śmieciowych. A więc różnego typu kontraktów cywilnoprawnych (dzieło, zlecenie, samozatrudnienie).

Lepiej sytuowanym pracownikom z wyższej klasy średniej nierzadko dawały one więcej wolności. Ale im niżej na dochodowej drabince, tym wpływ śmieciówek był coraz bardziej niszczący. Bo wśród klas niższych skutkował niestety plagą wymuszonego samozatrudnienia (sprzątaczki i ochroniarze będący „jednoosobowymi korporacjami”) albo pracą na kolejnych dziełach i zleceniach przez osoby de facto wykonujące obowiązki etatowców. I w praktyce totalnym sprekaryzowaniem szerokich mas polskiego społeczeństwa.

Minimalna płaca godzinowa ma tę sytuację znormalizować. Przestrzegania nowego prawa będzie pilnowała Państwowa Inspekcja Pracy wyposażona w nowe kompetencje (kontrole bez zapowiedzi, które wcześniej były problematyczne). Kary dla pracodawców będą sięgały od 1 do 30 tys. złotych. Niepokoi trochę fakt, że PIP nie została jakoś fundamentalnie dofinansowana (początkowo ministerstwo finansów w ramach racjonalizacji wydatków planowało nawet ograniczyć im podwyżki przyznane jeszcze przez PO-PSL). Co może się skończyć sytuacją, w której inspektorzy mają nowe obowiązki i uprawnienia, ale brak im środków i zasobów, by je wcielić w życie. Oby tak nie było.

W ustawie jest jeszcze kilka dodatkowych zabezpieczeń. Polegających choćby na tym, że stawki minimalnej nie będzie można się zrzec (żeby nie było patologii w stylu „chcesz mieć pracę? To podpisz, że nie interesuje cię płaca minimalna”) i że stawka będzie obowiązywała od razu. A nie dopiero po przepracowaniu pewnego okresu.

Przestrzeganie stawki godzinowej będzie też uwzględniane przy rozdzielaniu zamówień publicznych. To ważne na przykład z perspektywy najbardziej spauperyzowanego sektora polskiego społeczeństwa, czyli na przykład pracowników sektora ochrony i sprzątania, gdzie przez lata realna stawka godzinowa była bliższa 5 złotych. A tę patologię wzmacniały jeszcze instytucje publiczne, ochoczo korzystające z najtańszych opcji outsourcingu usług ochroniarsko-sprzątających.

Dobrze by było, żeby stawka 12 złotych za godzinę (było nie było wyborcza obietnica PiS) stała się początkiem, a nie zwieńczeniem przywracania na polskim rynku pracy potrzebnej równowagi. Razem z planem 500+, który (prócz efektu demograficznego) ma szansę stać się faktycznym elementem wzmocnienia zwłaszcza najsłabiej sytuowanych pracowników (zwłaszcza kobiet). Bo oni dzięki pięćsetce będą trochę mniej uzależnieni od wszechpotężnych pracodawców i będą im się mogli bardziej „postawić”. Czego polskiej gospodarce bardzo potrzeba. Ten sam efekt można by oczywiście osiągnąć również innymi środkami, ale rząd Szydło zdecydował się na 500+. I to jest program, do którego musimy się dziś odnosić.

Ale do zrobienia jest jeszcze sporo. W dalszej kolejności PiS powinien wziąć się za autentyczne wzmocnienie związków zawodowych. I to niekoniecznie w branżach, gdzie one się po czasach PRL uchowały, lecz również w sektorze prywatnym, usługach, organizacjach pozarządowych, a nawet wśród sprekaryzowanej klasy średniej. Dopiero to będzie prawdziwą miarą „dobrej zmiany” na rynku pracy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj