Dlaczego między polską a angielską wersją CETA występują różnice?
Między polską a angielską wersją umowy o liberalizacji handlu i inwestycji między Unią a Kanadą występują pewne nieścisłości. Dlaczego?
Jakob Ratz/Pacific Press via ZUMA Wire/Forum

Kontrowersyjna umowa o liberalizacji handlu i inwestycji między Unią a Kanadą nie ma ostatnio dobrej passy. Wbrew oczekiwaniom CETA wciąż nie została zatwierdzona przez unijnych ministrów, a na dodatek na jaw wyszedł błąd w polskim tłumaczeniu dokumentu.

Jako pierwsza o nieścisłościach pomiędzy wersją angielską i polskim tłumaczeniem napisała Polska Agencja Prasowa. Chodzi o zapis dotyczący dostępu do rynku biotechnologii. W polskim tłumaczeniu (przygotowanym przez Komisję Europejską) mowa jest o „współpracy regulacyjnej mającej na celu minimalizację niekorzystnego wpływu wymiany handlowej na praktyki regulacyjne”.

Wydźwięk tego fragmentu sugeruje więc, że strony CETA będą współpracować, by ograniczyć negatywny wpływ wymiany handlowej na istniejące regulacje. Czyli (mówiąc po ludzku): w razie sporu interes państw członkowskich (a więc i obywateli) będzie miał prymat nad wolnym rynkiem.

Problem polega jednak na tym, że w wersji anglojęzycznej logika przepisu jest dokładnie… odwrotna. I głosi, że strony CETA powinny współpracować, by ograniczyć wpływ regulacji na współpracę handlową.

Ten zapis nie miałby może tak wielkiego znaczenia, gdyby nie fakt, że CETA (a wcześniej jej siostra bliźniaczka TTIP) budzi od wielu miesięcy olbrzymie kontrowersje. Ich krytycy twierdzą bowiem, że układ będzie dalej nakręcał spiralę neoliberalnej globalizacji. A to oznacza, że zwycięzcy (głównie wielki kapitał) staną się jeszcze potężniejsi.

Z kolei rządy stracą kolejne narzędzia potrzebne do ochrony swoich najsłabszych obywateli przed tejże globalizacji negatywnymi skutkami. To dlatego od miesięcy po obu stronach Atlantyku rośnie fala sprzeciwu wobec transatlantyckich umów handlowych. Najbliższa zakwestionowania całej umowy i wzięcia na siebie roli „czarnego Piotrusia” jest dziś Belgia.

Wszystko z powodu piątkowej decyzji parlamentu autonomicznej Walonii, która twierdzi, że nie wyraża zgody na CETA. Komisja Europejska (która dokument wynegocjowała) ma czas do końca tygodnia, by te opory załagodzić. W piątek zbierają się bowiem w Brukseli przywódcy państw Unii, którzy (zgodnie z pierwotnym planem) mieli dać umowie zielone światło przed jej oficjalnym podpisaniem na uroczystym szczycie UE-Kanada.

Przypomnijmy, że również w Polsce powstał w ostatnim czasie szeroki front sprzeciwu wobec CETA. Coraz mocniej naciska on na rząd Beaty Szydło, by PiS również dołączył do grona kontestatorów umowy. I przestał bronić polskiej suwerenności wyłącznie retorycznie, przy użyciu wyświechtanych fraz o „wstawaniu z kolan”.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj