Minister rolnictwa chce reaktywacji PGR-ów. Historia zatacza koło
PiS nigdy nie ukrywał, że własność prywatna mu się nie podoba. W oczach jego liderów państwowe jest lepsze.
Obok kołchozów funkcjonowały sowchozy, czyli spółdzielnie rolnicze.
TOMASZ STANCZAK/Agencja Gazeta

Obok kołchozów funkcjonowały sowchozy, czyli spółdzielnie rolnicze.

Zapowiedź reaktywacji PGR-ów (Państwowych Gospodarstw Rolnych) może przysporzyć PiS popularności wśród niektórych starszych osób, dobrze je wspominających. Ale reaktywacja kołchozów, jak nazywano PGR, może też przywrócić na wsi pamięć o sowchozach, czyli spółdzielniach, do których rolnicy mieli wnosić swoją prywatną ziemię. To zła pamięć, na której partia rządząca może dużo stracić.

Szczegółów brak

Minister Jurgiel nie mówi, na czyjej ziemi rząd chce powoływać PGR. Na pewno w grę wchodziłyby grunty znajdujące się w zasobach państwowej Agencji Nieruchomości Rolnych. Kłopot w tym, że lwia ich część znajduje się w dzierżawie u prywatnych rolników. Kiedy się przed laty decydowali na dzierżawę, państwo zapewniało ich, że kiedyś będą te grunty mogli wykupić. Więc w nie inwestowali, jakby już należały do nich. A była to ziemia mocno zaniedbana przez… właśnie PGR-y, bo to one ją uprawiały. Teraz, gdy duże gospodarstwa dzierżawców stały się najlepszą, najnowocześniejszą częścią polskiego rolnictwa, ziemia jest im po kawałku odbierana. Tak już się dzieje. Teraz widzimy, w jakim celu. Żeby znów powołać na niej państwowe gospodarstwa rolne.

Może więc warto przypomnieć sobie, dlaczego upadły? Czy tylko z winy bezlitosnej terapii szokowej Leszka Balcerowicza? Niezupełnie, przy terapii o wiele łagodniejszej też by się na rynku nie utrzymały. Funkcjonowały, dopóki państwo karmiło je ogromnymi dotacjami, ale one wykarmić społeczeństwa nie były w stanie. Przy ogromnych dotacjach do produkcji żywności w ostatnich latach PRL mieliśmy już kartki prawie na wszystko: mięso, masło, cukier, wódkę, wyroby czekoladopodobne i nawet na papierosy. PGR-y, do których tak dzisiaj wzdycha minister rolnictwa, produkowały mało i drogo. Plagą były też kradzieże, dla wielu pracowników „państwowe” oznaczało „niczyje”, nie mieli obiekcji moralnych.

Dzisiaj tak być nie musi. Państwowe gospodarstwa funkcjonować przecież będą w gospodarce rynkowej, a nie – jak w PRL – centralnie sterowanej. Parę kwestii budzi jednak wątpliwości. Słynna pisowska ustawa o ziemi, po licznych protestach, została wprawdzie złagodzona i pozwala „ojcowiznę” przekazać dzieciom. Ale dzieci, jeśli nie będą rolnikami, już tej ziemi nie sprzedadzą, komu zechcą. Prawo pierwokupu ma państwowa agencja. Po co jej ta ziemia? Przekaże ją PGR-om?

Państwowe lepsze

PiS nigdy nie ukrywał, że własność prywatna mu się nie podoba. W oczach jego liderów państwowe jest lepsze. Więc skoro chce ożywiać państwowe gospodarstwa, warto przypomnieć, co działo się w PRL. Obok kołchozów funkcjonowały sowchozy, czyli spółdzielnie rolnicze. Rolnicy byli przez państwo skłaniani, żeby przekazywali tym sowchozom swoją prywatną ojcowiznę. Wtedy się nie udało, wieś sowchozów i kołchozów nienawidziła. Teraz polubi?

Będzie musiała. Gospodarstwo rolne w Polsce nie ma prawa być większe niż 300 hektarów. Już teraz wielu rolników, także tych gorąco popierających PiS, np. w Zachodniopomorskiem, ma dużo więcej niż 300 ha. Tyle że ziemia jest rozpisana na braci, siostry i szwagrów. Łatwo sprawdzić, co jest prawdą, a co fikcją, a potem rozkułaczyć. Historia zatacza koło.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj