Skażone fipronilem jajka trafiły do 15 krajów UE. Jak do tego doszło?
Trefne jaja krążą po Europie
Użycie fipronilu na fermach było przestępstwem pierwszym, ale nie było jedynym w tej sprawie.
Skażone jaja na gwałt są wycofywane z handlu w krajach, do których trafiły.
Matthias Ripp/Flickr CC by 2.0

Skażone jaja na gwałt są wycofywane z handlu w krajach, do których trafiły.

Skażone fipronilem jaja trafiły już do trzynastu krajów europejskich, również do Polski. Nie grożą utratą życia czy choćby poważniejszymi kłopotami ze zdrowiem, ale każą się poważnie zastanowić nad skutecznością unijnego systemu ostrzegania przed niebezpieczną żywnością.

Jajka zostały skażone na fermach holenderskich i belgijskich. Fipronil, którego używanie w przemyśle spożywczym jest zakazane, został użyty przy dezynsekcji kurników od wszy, kleszczy oraz roztoczy i przedostał się, zapewne wraz z paszą, do jajek. Zmieszanie dozwolonego środka chemicznego z fipronilem było przestępstwem pierwszym, ale było jedynym w tej sprawie.

Spożycie skażonych jajek nie grozi utratą życia, natomiast kłopotami z nerkami, tarczycą lub wątrobą zagraża tylko wtedy, gdyby ktoś zjadł co najmniej kilkanaście jajek. Niemniej afera zatacza coraz szersze kręgi, a posiadacze smartfonów mogą nawet skorzystać z aplikacji „zgniłe jaja”, żeby sprawdzić, skąd pochodzą te, które właśnie zamierzają kupić. W ośmiocyfrowym kodzie znajdują się wszystkie informacje, pozwalające zidentyfikować nie tylko kraj pochodzenia, ale także kurnik, w którym zostały zniesione i sposób hodowli: czy zniosły je kury klatkowe, czy z wolnego wybiegu. Kody kreskowe są ważnym elementem w unijnym systemie ostrzegania przed niebezpieczną żywnością. Tutaj w przypadku jaj wszystko było w porządku. Dziura w systemie wystąpiła w innym miejscu.

Na gwałt więc skażone jaja są wycofywane z handlu w krajach, do których trafiły. Nie tylko ze sklepów holenderskich i belgijskich, ale także niemieckich (tu znajduje się ich najwięcej, około 10 milionów sztuk), brytyjskich, francuskich, szwajcarskich, szwedzkich, luksemburskich i słowackich. W Polsce do sklepów jeszcze nie zostały dostarczone, o mały włos znalazłyby się w gastronomii w trzech województwach: mazowieckim, kujawsko-pomorskim i wielkopolskim. Sprowadzono ich, prawdopodobnie z Niemiec, zaledwie 40 tys. sztuk i teraz zostaną zutylizowane. Żadnego zagrożenia nie ma.

Co w systemie nie działa?

A teraz to, co najważniejsze. Gdyby wszyscy, którzy ze skażonymi jajkami mieli do czynienia, zachowali się tak, jak przewiduje RASFF (system wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności), w ogóle nie byłoby sprawy. Zarówno Holendrzy, jak Belgowie zidentyfikowali skażenie już na początku lipca. I wtedy powinni byli donieść o nim do RASFF, żeby trefne jajka natychmiast z obrotu wycofać. Jednak tego nie zrobili, co – w myśl unijnego prawa – jest przestępstwem. Zrobili to dużo później.

Powód zapewne był taki sam, jak w 2011 r. w Niemczech, gdy niemieckie służby zwlekały z zaalarmowaniem RASFF o skażeniu żywności bakterią E coli, co kosztowało życie 54 osoby. Tym powodem były pieniądze. Szybki alarm usunąłby wprawdzie natychmiast źródło zagrożenia, ale stałby się jednocześnie wspaniała bronią w rękach konkurentów, dezawuującą miejscowych producentów żywności. Przed użyciem takiej broni masowego rażenia konkurenci nie mają zwykle najmniejszych wątpliwości. Więc strach, że holenderskie i belgijskie jajka stracą odbiorców, powstrzymywał zaalarmowanie o niebezpieczeństwie.

Dobrze pomyślany system RASFF nie zawsze jest skuteczny, albowiem troska o zdrowie unijnych konsumentów okazuje się mniej ważna, niż strach przed utratą zysków. Skażone jajka są kolejnym tego dowodem. Unia ma problem i jak najszybciej musi go rozwiązać.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj